Ewa Siniarska

Przez ponad 20 lat związana z mediami (jako brand manager tytułów prasowych, szef promocji Radia Kolor oraz Dyrektor PR wydawnictwa Edipresse Polska) i sztuką, między innymi była odpowiedzialna za współpracę z mediami w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej. Realizowała wiele dużych wydarzeń medialnych, wystaw, pokazów mody, ogólnopolskich plebiscytów, a także gali charytatywnych. Pracowała także jako manager gwiazd oraz czołowych projektantów mody. W ubiegłym roku, po latach pracy w korporacjach, postawiła wszystko na jedną kartę, zostawiła dotychczasowe zajęcia i stworzyła kawiarnię Przystanek Miłość w warszawskim Forcie Mokotów. W kawiarni organizuje spotkania z artystami, aktorami, przedstawicielami różnych kultur i angażuje się w promowanie pasji ciekawych osób o niezwykłych zainteresowaniach. Obecnie realizuje także swój nowy autorski projekt „Słodkie smaki świata”, przez który chce przybliżyć przepisy na życie mieszkańców innych krajów świata, a także typowe dla danych regionów słodycze. Jej pasją są podróże, szukanie nowych smaków i inspiracji, poznawanie nowych kultur, psychologia, książki oraz filmy Clinta Eastwooda. Mama dwóch córek, 15-letniej Zuzi i 11-letniej Mai. fot.: Monika Szałek


2018-01-12

Czy ktoś tu o czymś marzy?

Ponad dwadzieścia lat pracy w wielkich korporacjach nauczyło mnie ciągłego ścigania się z czasem. Przez 20 lat byłam zależna od strategii firmy, planów moich przełożonych. Zawsze ktoś decydował o tym co i jak mam zrobić.

Pracowałam w PR, w mediach, przy organizacji dużych eventów. Pracując spełniałam marzenia wielu i swoje. Wtedy to były również moje marzenia.

Przychodzi jednak w życiu taki moment, i tak mi się zdarzyło w zeszłym roku,  że coś zatrzymało mnie na moment i usłyszałam własny głos: dokąd Ty tak ciągle biegniesz?

I w ciągu chwili zrozumiałam, że już tak nie chcę. Nie chcę ciągle ścigać się z czasem, który zresztą tak naprawdę nie istnieje, to my wkładamy siebie w jego ramy, to my go określamy i na własne życzenie wsiadamy w kołowrotek życia.

A GDYBY TAK ZAPRZYJAŹNIĆ SIĘ Z TYM CZASEM?

Nie wiedziałam jeszcze co, nie wiedziałam jak, gdzie i kiedy, ale wiedziałam, że jest to na wyciągnięcie ręki.

I znalazłam. Głęboko we mnie odnalazłam pomysł, na  stworzenia miejsca, w którym czas nie istnieje, gdzie goście mogą zatrzymać się na chwilę, popatrzeć na siebie z miłością, gdzie mogą po prostu być, i nieważne co robią, nieważne ile zarabiają i co posiadają. Ale, że są, po prostu. Każdy tak samo ważny, tak samo cudowny i zasługujący na zauważenie. Miejsce, w którym jest jak w domu, pachnie świeżo upieczonym ciastem, można wtulić się w kanapę, a jeśli ktoś ma ochotę, to może pograć na starym pianinie, albo poczytać książkę z biblioteczki. Albo na moment zasnąć. Potem przyszła mi do głowy nazwa i tak powstał Przystanek Miłość.

Problem, dość duży, polegał na braku środków na realizację tego marzenia. Biznes plan straszył ogromnymi kwotami. Plan się odsuwał. Aż do wiosny, kiedy to pomogła mi….Barbra Streisand.

Zawsze byłam jej fanką i od dziecka marzyłam o tym, żeby kiedyś zobaczyć ją na żywo. Niestety kilka lat temu ogłosiła koniec tras koncertowych. Nie przestawałam marzyć i wizualizować sobie oglądając jej DVD, że kiedyś jednak zasiądę na widowni.

W kwietniu 2016 roku przeczytałam na fanpage’u Barbry, że zagra 8 koncertów w Stanach w lipcu i sierpniu. Z pomocą bliskich mi osób udało mi się kupić bilety, co graniczy z cudem, bo tuż po ogłoszeniu sprzedaży znikają w mgnieniu oka. Miejsca były na końcu hali i bardzo wysoko. Nieważne, miałam wielką wojskową lornetkę, więc spakowałam ją do bagażu i wyruszyłam w drogę.

17 godzin z przesiadkami, żeby spełnić marzenie życia. Pomyślałam: „Barbra musi się o tym dowiedzieć”. Podczas lotu napisałam do niej list, który chciałam wysłać mailem po przybyciu na miejsce.

Cały wieczór szukałam adresu, niestety nie znalazłam, a wysyłać list na P.O. Box do Nowego Jorku nie miało sensu, wiedziałam, że dotrze do niej dawno po koncercie.

W Chicago zatrzymałam się u przyjaciół moich rodziców, którzy znają mnie od kiedy byłam w brzuchu u mamy. Przy kolacji, kiedy zapytali mnie czemu jestem taka smutna, moja odpowiedź zabrzmiała absurdalnie, ale była prawdziwa: bo nie mogę wysłać maila do Barbry Streisand!

I tu się zaczyna cud.  Okazało się, że owi cudowni przyjaciele, znają szefa dużej firmy, która sponsoruje koncerty w Chicago, dokładnie w United Center, czyli arenie Chicago Bulls, gdzie miał odbyć się koncert, więc była szansa, że dowiemy się na jaki adres mogę ten list wysłać.

Splot dalszych wydarzeń był jak sen, dostałam adres mailowy, co prawda nie Barbry, ale z informacją pod jaki adres  wysłać list, następnie instrukcję, żeby dołączyć zdjęcie biletów i moje, a na dzień przed koncertem, że mam po przyjściu skierować się do holu kasowego, gdzie będzie czekał manager obiektu. Wszystko dokładnie tak się toczyło, cudowny manager czekał, zaprosił do biura na lampkę wina, porozmawialiśmy, po czym powiedział, że teraz wskaże właściwe miejsce – w pierwszym rzędzie, gdzie Barbrę i mnie dzielił tylko pan z ochrony.  Moja wojskowa lornetka, którą miałam cały czas przy sobie, była już zbędna. Kiedy otworzyła się kurtyna i na scenę weszła Ona, potrzebne były tylko chusteczki do wycierania płynących ze wzruszenia łez.

Wtedy pomyślałam, że możliwe jest absolutnie wszystko i jeżeli czegoś naprawdę pragniesz, to otworzą się wszystkie właściwe drzwi i staną na drodze wszystkie właściwe osoby, które pomogą Ci to zrealizować.

Wracając do Warszawy pomyślałam, że skoro tak, to nie ma opcji, żeby cokolwiek ograniczyło mnie w stworzeniu Przystanku Miłość.

Wypisałam więc wszystko czego potrzebuję, aby to miejsce powstało tak jak je sobie wyobraziłam, od podłóg, farb, po wyposażenie i sprzęt.

I znów napisałam list. Opisałam w nim moje marzenie o tym miejscu, jak je sobie wyobrażam, jakie będzie i jaki rodzaj współpracy mogę zaproponować w zamian za pomoc w realizacji marzenia.

Znalazłam adresy do firm, które wypisałam sobie na liście i wysłałam.

W ten oto sposób powstał Przystanek Miłość. Dzięki wspaniałym ludziom, którzy poczuli mój pomysł, spodobał im się i postanowili podjąć ze mną współpracę.

Właśnie mija rok od tego momentu, kiedy znalazłam miejsce na moją kawiarnię. Wtedy ściany były krwisto czerwone po poprzednim klubie i była tam jeszcze energia mocnych imprez. Dziś jest tu jasno, kremowo, przytulnie, spokojnie. Po prostu domowo.

Przychodzą przyjaciele, żeby spędzić razem czas, pary na randki, rodziny z dziećmi, które mają tu swój kącik z grami i zabawkami.

A ja spełniam swoje marzenie, dbam aby goście nie czuli, że gdzieś tam czai się czas. Jego tu po prostu nie ma. Każde urządzenie wskazuje inną godzinę i nie mam zamiaru w ogóle tego zmieniać.

To miejsce dedykowałam mojemu ś.p. Dziadziusiowi Tadeuszowi Czwarno, który miał małą cukiernię na Pradze i jej poświęcił swoje życie. Jeszcze nie umiem robić pączków takich jak Dziadek, ale podobno mój sernik jest jednym z najlepszych. Przynajmniej goście tak twierdzą, nazywając go niebiańskim lub anielskim. Któregoś dnia jeden z gości zamówił kawałek, jeszcze ciepły, i usiadł na drugim końcu kawiarni. Za chwilę słyszę głośny krzyk: 

  • niech pani nie sprzedaje tego sernika!

Przerażona wybiegam z zaplecza myśląc, że coś jest nie tak. Na co gość krzyczy dalej:

  • biorę cały!

Po czym składa ręce do nieba:

  • Babuniu kochana, ja Cię bardzo przepraszam, ale ten sernik jest najlepszy jaki jadłem w życiu, jest lepszy od twojego, przepraszam cię babuniu!

Takie sytuacje, których było już wiele i z wielką radością będę je opisywać, tylko potwierdzają, że to była najlepsza decyzja, jaką mogłam podjąć. Paradoksalnie wbrew rozsądkowi, ale za to zgodnie z sercem.

Teraz, kiedy ktokolwiek mówi, że coś jest niemożliwe, chętnie moją historię opowiadam. Jak to kiedyś powiedział Walt Disney „If you can dream it, you can do it”.

 

CZY KTOŚ TU O CZYMŚ MARZY?

Przeczytaj również...