Andrzej Saramonowicz

Andrzej Saramonowicz – reżyser, scenarzysta, pisarz, dramaturg i dziennikarz. Autor największych polskich hitów komediowych w XXI w. (m.in. "Ciało", "Testosteron" i "Lejdis"). Jest jednym z najchętniej czytanych i najwyrazistszych niezależnych publicystów w kraju. Jego teatralny "Testosteron" – od wielu lat grany nieustannie w kilkunastu krajach - jest dziś jedną z najpopularniejszych polskich sztuk na świecie. Wydał dwie powieści („Chłopcy” w 2015 i „Pokraj” w 2018), które z miejsca stały się rozchwytywanymi bestsellerami. Członek zarządu Gildii Reżyserów Polskich.


2017-09-28

Plac Zbawiciela

93 lata temu, 28 września 1924 roku, urodził się jeden z moich ukochanych aktorów Marcello Mastroianni. 

 

Siedzieliśmy z jednej z tych modnych knajp, gdzie stołują się wyłącznie konsumenci make love not war. Obserwowałem dwa gołębie, przykurzone symbole pokoju. Bez pardonu napierdalały się o leżący pod stolikiem kawałek foie gras. Świat nie może istnieć bez kanibalistycznych wojen. Chciałem z nią o tym porozmawiać. Bez powodzenia. Od kwadransa nie odzywała się, oczywiście wyłącznie do mnie, bo zamawiając kawę, samym tylko tembrem głosu oraz dywagacjami, co z jej wnętrzem robi amarantus, a co quinoa, ujawniła kelnerowi sporo o swoich upodobaniach seksualnych.

Byłem pełen podziwu. Taki bezinteresowny acz konsekwentny wysiłek, tylko po to, żeby mnie wkurwić. Naprawdę piękne. Wiotki kelner, przy którym Tadzio ze „Śmierci w Wenecji” to kwadratowy troll o grubych rysach, słuchał jej cierpliwie, mrugając przy tym długimi rzęsami zza okularków subtelnych niczym oddechy aniołów. Co chwilę kiwał też ze zrozumieniem złocistą główką. Jebany elf.

Szlachetny obserwator, mam na myśli, rzecz jasna, kogoś wierzącego w ład i miłość równie mocno, co moja świętej pamięci matka, Jan Paweł II lub Sylvia Plath, mógł odnieść wrażenie, że kelner zakochał się w okamgnieniu, wszak zlizywał z jej ust każdy bemol i ćwierćgłoskę. Ale my nie byliśmy szlachetni, nas utwardził wiek XXI, dla nas było jasne, że połyskliwy elf wolałby, abym to ja zdmuchnął mu piankę z cappuccino. W końcu więc machnęła odtrącająco ręką, tamten znikł, a ja usłyszałem:

- Co robiłeś poprzedniej nocy?

- Byłem w domu, odwiedził mnie Marcello Mastroianni - uśmiechnąłem się.

Byłem ciekaw, jak zareaguje. Nijak, co sprawiło mi zawód. Czarne, grube oprawki, obowiązkowy uniform z Placu Zbawiciela, obojętnie patrzyły na mnie, a może tylko przeze mnie. Nie dawała sobie wytłumaczyć, że nie pasują do jej bladej twarzy, a zwłaszcza krwistej szminki, którą codziennie znaczyła brzegi kieliszków, szklanek, talerzy, serwetek, papierosów, penisów i wszystkiego, co akurat stanęło na drodze. Słońce łapało spazmatyczne bliki w jej szkłach, a ona, w ciągłym milczeniu, łypała to na mnie, to na chłoptasiów, co przechodzili obok, napinając chude dupiny w obcisłych rurkach.

- Marcello Mastroianni – powtórzyła. - Nigdy mi o nim nie mówiłeś.

- Wybacz - uśmiechnąłem się. - Nie wiem, jak mogłem zapomnieć. To mój kumpel. Aktor. Z Włoch.

- Aha - przyjęła do wiadomości. - I po co przyjechał? - kontynuowała śledztwo, ale już cieplejszym tonem, najwyraźniej uspokojona, że przynajmniej tej nocy trzymałem się z daleka od obcych jej wagin.

– Pytał o „Słodkie życie”, czy lubię.

Skrzywiła się podejrzliwie, więc wyjaśniłem pospiesznie, że to film i że on w nim grał.

- I co było dalej? – drążyła.

Mimo młodego wieku miała dobre zadatki na domowe gestapo.

- Dalej piliśmy kawę i koniak - ciągnąłem.

– Włoch i nie chciał wina? – zmarszczyła czoło.

– Nie. Powiedział, że w niebie mają wina po kokardę – wypaliłem, bo byłem ciekaw jak zareaguje.

Nijak.

- Poza tym dużo palił – ciągnąłem. – Wiesz, słońce, ten Marcello strasznie dużo pali.

- Głupi nałóg - wzdrygnęła się, a ja pokiwałem głową, że się z nią absolutnie zgadzam.

Ująłem jej dłoń, nie cofnęła jej.

– I co było dalej, kochanie? – jej głos był już miękki i ciepły.

- Spytałem go, co mam zrobić, by w końcu być dokładnie takim facetem, jakim mnie zagrał - powiedziałem, patrząc jej bezczelnie w oczy.

- I co odpowiedział? - zainteresowała się.

- Że właściwie już nic, co najwyżej mógłbym się lepiej ubierać.

- Ma rację ten twój Marcello - uśmiechnęła się z czułą wyrozumiałością i pocałowała mnie dokładnie w chwili, gdy złocisty elf przytargał jej latte z owsa.

 

Przeczytaj również...