Wojciech Zawioła

Obserwuje, a potem opisuje i komentuje. Autor dwóch powieści: „Jest takie miejsce...” i „Szukaj mnie”, a także czterech biografii: Mariusza Czerkawskiego, Roberta Lewandowskiego, Karola Jabłońskiego i Agnieszki Rylik. Dziennikarz Canal Plus Sport i prezenter wiadomości w TVN i TVN24. Wielbiciel twórczości z duszą. Autor i prowadzący audycji „Lewitacja” w Radiu RPL.FM.


2017-09-20

Nawrócony

Przestałem wierzyć. Coraz rzadziej odwiedzałem świątynie, nie słuchałem kapłanów i wszystkich wiernych, bez jakiegokolwiek zwątpienia głoszących najwyższą i jedyną „prawdę”. Nie chciałem uczestniczyć, wielbić, kłaniać się wyimaginowanym bogom i modlić się na ich widok. Co więcej , każdemu „doświadczaniu” tej „boskości” towarzyszyło przymrużone oko.

Piłka nożna – religia, która opanowała cały świat, przestała być dla mnie świętością. Uczestniczyłem tylko w niektórych nabożeństwach, często zerkając gdzieś w bok. Nie modliłem się, bo nie wiedziałem do czego i do kogo. Coraz mniej rozumiałem fascynację i szczytowanie komentatorów na widok każdej kolejnej sytuacji podbramkowej (choć sam prawie dochodziłem moderując Muliligę podczas transmisji Ligi Mistrzów). Nie chciałem słuchać tych, którzy jeszcze przed momentem biegali po murawie, bo, jak w kościele, mówią od lat to samo. Zdarzały się jedynie wyjątki przywracające wiarę. Tyle, że w człowieka, nie w kult. Wielogodzinnym dyskusjom o futbolu dziwiłem się coraz bardziej, uważając, że nie rozwijają, nie wnoszą nic do mojego życia.

Wszystko to jednak było czymś spowodowane. Może przywiązaniem do zbyt małego i prowincjonalnego kościoła? Może nieudolnym i niemogącym przynieść skutku pompowaniem balonu? Może próbami uczynienia bogami zwykłych kapłanów bez powołania, stającymi się nimi z braku innych perspektyw? Może…

I w całym tym sceptycyzmie, w całym tym marazmie, który opanował moją, już dawno niepiłkarską, głowę, wszedłem wczoraj do Świątyni. Tej prawdziwej, tej, na widok której zapiera dech a włosy stają dęba. Wszystkie.    

Camp Nou – Świątynia barcelońska, z jedynym i niepodzielnie panującym tu bogiem Lionelem. Świątynia potężna jak Sagrada Familia. Świątynia, która wita z otwartymi ramionami i wciąga nie dając nawet szansy się zastanowić czy przechodzi się przez bramę wyznaczoną na bilecie. Świątynia, która cała jest ołtarzem.

Tak. „Proszę Państwa! Można się modlić” – słowa zamieszczone przeze mnie na Instagramie, były pierwszymi jakie przyszły mi do głowy. Przyznaję z pewnym wstydem dziennikarza sportowego, że nie byłem tu od ponad dwadzieścia lat. A wtedy chyba nawet nie miałem pewności czy zostanę żurnalistą.

Ogrom tej świątyni i kilkupiętrowego ołtarza powala, przytłacza i wzrusza. Serio. W pierwszej chwili łapiesz oddech. Masz wrażenie, że powietrze wtłoczyło się w twoje płuca i nie chce wylecieć. Nagle słyszysz w wielu językach „Mój Boże” w ustach ludzi, którzy wchodzili za tobą. Za chwilę pisk młodej dziewczyny, która z przejęcia nie wie co ma ze sobą zrobić. Wyjmuje więc aparat i pstryka wszystko i wszystkich. Nawet mnie – pewnie przypadkowo, bo przecież nie wzięła mnie za Gerarda Pique.

Włóczę się po koronie tej świątyni (bronię się przed zwykłym słowem „stadion”) i chłonę tę atmosferę na godzinę przed mszą. Staram się połknąć wszystko oczami, by nic mi nie umknęło. Czekam na boga. Organista już go anonsował. Po reakcji wiernych nie ma żadnych wątpliwości. Bóg jest jeden, reszta to bożki – wyznawani bardziej lub mniej, ale bożki.

Strzela cztery gole. Mimo, że snuje się po murawie to kiedy przyśpiesza zamieszanie jest nie do opanowania. Po każdym trafieniu wierni podnoszą ręce i, chwaląc jego imię, kłaniają się najgłębiej jak się da. Kilkadziesiąt tysięcy głów oddaje hołd. Magia.

To jest religia. Tak. To jest religia. Czasem trzeba zobaczyć by uwierzyć. Więc się nawróciłem. Tak na chwilę.  

 

Przeczytaj również...