Wojciech Zawioła

Obserwuje, a potem opisuje i komentuje. Autor dwóch powieści: „Jest takie miejsce...” i „Szukaj mnie”, a także czterech biografii: Mariusza Czerkawskiego, Roberta Lewandowskiego, Karola Jabłońskiego i Agnieszki Rylik. Dziennikarz Canal Plus Sport i prezenter wiadomości w TVN i TVN24. Wielbiciel twórczości z duszą. Autor i prowadzący audycji „Lewitacja” w Radiu RPL.FM.


2017-09-08

U2 – kolejne lądowanie samolotu zwiadowczego

Nie lubię gdy z wiekiem muzycy rockowi łagodnieją. Chowają pazur do kieszeni, słowa (te prawdziwe) zatrzymują w szufladzie zaczynając wyśpiewywać banały o miłości. Mierzi mnie to. Trochę też obraża jako wieloletniego fana. I zadaję sobie pytanie czy Bono, The Edge, Adam Clayton i Larry Mullen zdają sobie sprawę z tego co czynią tym wielbiącym ich za „Unforgettable Fire” , „The Joshua Tree” czy nawet „Achtung Baby”?

Słucham dwóch niedawno opublikowanych singli U2 i nadziwić się nie mogę. Próbuję się bowiem doszukać czegoś, co przypominać mi będzie magię twórczości irlandzkiej czwórki. Efekt jest taki jak podczas słuchania kilku ostatnich płyt. Zerowy. Może z małymi wyjątkami takimi jak „Beautiful Day” „Magnificent” czy „Raised by Wolves”. I czego mam się spodziewać 1 grudnia? Może lepiej wyleczyć się z oczekiwań.

W pełni zgadzam się z Piotrem Stelmachem z Radiowej Trójki (skoro już „wjechał” na moją sportową działkę), że nikt nie zdobywa złotych medali olimpijskich w łyżwiarstwie figurowym przez 30 lat. Fakt. Tyle, że to nie łyżwiarstwo figurowe. I nawet w ogóle sport. W sporcie z wiekiem obniża się loty (bo organizmu się nie oszuka), w muzyce, w tworzeniu sztuki, z wiekiem i doświadczeniem wchodzi się na wyższe poziomy. Gdybym był złośliwy i nadal odwoływał się do sportu, zwróciłbym uwagę, że sportowcy, w którymś momencie, kończą kariery.

U2 to samolot zestrzelony w 1960 roku nad Związkiem Radzieckim. Samolot zwiadowczy, rozpoznawczy. Bono i The Edge znakomicie niegdyś „rozpoznawali” i wyczuwali czego potrzebują spragnieni muzycznych uniesień ludzie, a później ich fani. Teraz błądzą, nie wiedzą co nagrywać, dla kogo nagrywać i w którym kierunku pójść. Kolejne płyty rodzą się w bólach i jakby na siłę. Bono już nie śpiewa, Bono wykrzykuje, ozdabiając co jakiś czas swoje wykonanie dziwnym „oooo!”. The Edge już nie porusza się na krawędzi swoich strun a Adam Clayton z Larry’m Mullenem już nie tworzą perfekcyjnej sekcji rytmicznej.  

Zawsze uważałem, że kto jak kto ale U2 na moją krytykę musi sobie „zasłużyć”. Byłem wrogiem wszystkich niezadowolonych. Szybko zrozumiałem zamysł zespołu kiedy ukazała się „Achtung Baby” z fenomenalnym „Mysterious Ways” i „Until The End Of The World”. Byłem wniebowzięty „Zooropą” bo były na niej „Lemon” i „Numb”. Zachwycałem się nawet opluwaną przez wszystkich „Pop”, bo uważałem, że album zawierający takie skarby jak „Please” czy „Wake Up Dead Man” musi być uznany za wybitny. Ale już nie znajduję takich pereł. Znajduję za to nieskładne kompozycje bez duszy.

Ten zespół zmienił się nie do poznania. Nie ma już Bono z filmu „Rattle and Hum”, na którym w samej kamizelce i kapeluszu z dużym rondem, podczas kosmicznego „Silver And Gold”, raczy słuchaczy długą mową na temat rasizmu i kończy ją słowami: „Ok Edge, play the blues”. A Edge wręcz niszczył ostrym brzmieniem swojej gitary.

Każdy z muzyków U2 brzmi teraz inaczej, łagodniej, bez wszechobecnego buntu wobec świata. Ktoś powie: łagodniej grali już wcześniej. Tak. Ale jak wielką moc miały „With Or Without You”, „Pride” „One” czy „All I Want Is You”…

I tak sobie narzekam bo czuję dość wyraźnie jaka to może być płyta - sugerują mi to owe dwa single. I martwię się zawartością tego albumu. Bo oczywiście go kupię. Bo to U2, bo to Bono, bo to The Edge, bo to Adam Clayton i Larry Mullen. I basta. Cholera.

 

Przeczytaj również...