Andrzej Saramonowicz

Andrzej Saramonowicz – reżyser, scenarzysta, pisarz, dramaturg i dziennikarz. Autor największych polskich hitów komediowych w XXI w. (m.in. "Ciało", "Testosteron" i "Lejdis"). Jest jednym z najchętniej czytanych i najwyrazistszych niezależnych publicystów w kraju. Jego teatralny "Testosteron" – od wielu lat grany nieustannie w kilkunastu krajach - jest dziś jedną z najpopularniejszych polskich sztuk na świecie. Wydał dwie powieści („Chłopcy” w 2015 i „Pokraj” w 2018), które z miejsca stały się rozchwytywanymi bestsellerami. Członek zarządu Gildii Reżyserów Polskich.


2017-09-04

Kordian i sen

Sen miałem, że przywódcy Unii Europejskiej wymogli na prezydencie Polski, by urządzić u nas międzynarodowe czytanie Konstytucji RP. I żeby to na dodatek Andrzej Duda zorganizował osobiście.

I był w tym śnie ogromny stół, w jakichś ogrodach, ale chyba nie na tyłach pałacu prezydenckiego, bo bym rozpoznał, raczej Belweder, a może Żelazowa Wola, a może wręcz Arkadia (ale nie że centrum handlowe, tylko ta masońska pod Nieborowem); zresztą pal licho gdzie to było, ważne, że fantazyjnie i z taką pompą, jaką tylko mogą wymyślić sztywniaki, kiedy chcą sprawiać wrażenie, że są na totalnym luzie.

I ja się tam znalazłem, i to nie w byle jakiej roli. Otóż miałem dla tych wszystkich europejskich tuzów, a byli tam i pani Merkel, i pan Macron, i pani May (chyba po starych łączach jeszcze), i pan Orban, i pan Fico, i pan premier Włoch, co to nikt nie pamięta, jak się nazywa, i panowie Juncker oraz Timmermans, a nawet pani Grzybowska, prezydent Litwy, która się musi u siebie w kraju nazywać Grybauskaitė, bo tam zakazują ciągle polskich nazwisk, otóż więc miałem dla nich wszystkich, a przecież nie wymieniłem jeszcze wielu, przeczytać Konstytucję Rzeczpospolitej Polskiej. Po polsku właśnie.

Dlaczego ja, a nie panowie Krzysztof Gosztyła czy Piotr Fronczewski, którzy dostali głosy od Boga, nie mam pojęcia. Prawdopodobnie dlatego, że było to mój sen, a nie pana Gosztyły czy pana Fronczewskiego.

I siedziałem na froncie wielkiego stołu, a po mojej lewej, gdzieś tam na środku, za wazami z grzybową i chłodnikiem oraz za premierami pomniejszej wagi, więc usadzonymi bliżej mnie, klapnęli pani Merkel i pan Macron, a naprzeciw nich pan Duda z panią Kornhauser-Dudową, która się cały czas uprzejmie uśmiechała, odpytując panią Merkel z der-die-das.

A ja się pociłem ze strachu, jak wypadnę i bałem się nawet dmuchnąć do mikrofonu (tak się sprawdza czy działa), żeby to zbyt dwuznacznie nie wyszło. W dodatku było już nieco po czasie, a ja ciągle nie miałem przed sobą Konstytucji, bo jej nigdzie ludzie pana prezydenta nie mogli znaleźć. Pan prezydent to już wiedział i dlatego zagadywał pana Macrona. Jestem słaby z francuskiego, ale z tego, co zrozumiałem, opowiadał mu co lepsze kawałki z "Ucha prezesa", głośno się przy tym śmiejąc. Więc pan Macron też się uśmiechał, choć znacznie rzadziej, częściej natomiast uciekał wzrokiem w stronę sztućców, trącając palcami widelce, jakby je widział pierwszy raz w życiu.

W końcu pani Merkel popatrzyła na zegarek i wszyscy w całej Europie wiedzieli już, że coś jest nie tak. Pan Duda spojrzał na mnie krzywo, jakbym to ja był winien tego spóźnienia, ale cóż ja mogłem poradzić, kiedy ciągle nie miałem przed sobą tekstu Konstytucji. Przyznam jednak, że mocno mnie to krzywe spojrzenie ubodło i nawet przez sekundę myślałem, żeby wstać i powiedzieć, że nie mam z tym nic wspólnego, a nawet, że mam wręcz kilka poważniejszych pretensji do pana prezydenta niż to, że mnie obwinia o zaniedbania własne i jego ludzi, ale pomyślałem, że to jedynie pogłębi powszechny europejski pogląd, że Polacy to kłótniki, więc tylko zastygłem sztywno, z twarzą ściętą, a w myślach pomyślałem sobie to, co myślę o panu prezydencie bardzo często.

W końcu zjawił się ktoś z kancelarii prezydenta, kogo - jak to w snach bywa - w pierwszej chwili nie rozpoznałem, ale kto miał kozią brodę i wyglądał jak Czeczen albo miłośnik harleyów. Ten ktoś rzucił przede mną na stół całą masę Konstytucji RP, które wyglądały niczym książeczki z instrukcją obsługi sprzętu AGD albo telefonów komórkowych. Teraz, po przebudzeniu, myślę, że to mógł być pan Kędryna, bo ma kozią brodę, a poza tym z kancelarii prezydenta znam tylko jego.

Zacząłem przeglądać te książeczki. Miały być Konstytucjami RP, ale naprawdę przypominały instrukcje obsługi sprzętu, którego nie umie się obsługiwać. I oczywiście zachowywały tę samą logikę, czyli, żeby się zorientować, czy to aby naprawdę polska Konstytucja, musiałem się wpierw przedzierać przez tekst po turecku, chińsku, arabsku, łotewsku, węgiersku i fińsku. I w żadnym z tych zapisów nie mogłem odnaleźć słowa, które nie tylko przypominałoby wyraz "konstytucja", ale chociażby "Polska". W dodatku czułem na sobie ciężkie spojrzenia prezydentów i premierów, pewno myśleli, że jestem jakiś niedorozwinięty, bo tak przewracam z tę i nazad polską Konstytucję, a ja dopiero po dłuższej chwili znalazłem polski tekst (między albańskim i romskim), i po kolejnej dłuższej chwili zorientowałem się, że to nie jest tekst naszej Konstytucji, ale jakieś jej omówienia i to w dodatku krytyczne, zapewne przygotowane pod niechybną zmianę ustawy zasadniczej.

Więc przywołałem nieznacznym, sprytnie dyplomatycznym gestem pana Kędrynę i szepnąłem mu, że to nie jest ni chuja Konstytucja Rzeczpospolitej Polskiej i co mam w takim razie robić. A przez niego przeszedł wzdłużny dreszcz, a z ócz wychynęła mu zmora przerażenia. Zgarnął ze stołu te instrukcje i pognał gdzieś w tył. Gdzie dokładnie nie wiem, bo mam usztywnione kręgi szyjne C5-C6 i nie mogę już obracać głową, jak dawniej.

Ponownie zaległa cisza. By ją zgłuszyć, pan Duda się poderwał i ślicznie inkrustowaną husarską chochlą począł gościom wlewać na talerze grzybową. Wszystkim bardzo smakowało, a pan Löfven, premier Szwecji poprosił nawet panią Dudową o przepis. I nikt niemal nie zauważył konfliktu, gdy pani prezydent Litwy, wybierając chłodnik, oznajmiła siedzącym obok przywódcom Cypru i Portugalii, że to w ogóle nie jest polska zupa.

Po jakimś czasie pan Kędryna przybiegł znów, ale ostentacyjnie mnie ominął i dopadł do pana prezydenta. Szeptał mu coś do ucha z przezroczystą twarzą, a pan prezydent uważnie słuchał, po czym odłożył łyżkę, wytarł usta serwetą i powiedział wszystkim, że czytania polskiej Konstytucji nie będzie, bo pan Saramonowicz z Kultury Niepodległej - i tu wskazał na mnie - ma chore gardło.

Boże, żebyście widzieli te wściekłe spojrzenia. I pani Merkel, i pan Macron, i pan Löfven, co mu tak grzybowa podeszła, i pani Grybauskaitė, i pan Fico, i pan Orban, i pan premier Włoch, co nikt nie pamięta, jak ma na nazwisko, i przywódcy Cypru i Portugalii, jednym słowem, wszyscy, wgapiali się we mnie z myślą: i po co nam dupę zawracasz, człowieku?

Chciałem zaprotestować, krzyknąć, że pan Andrzej Duda łże, więc się poderwałem i otworzyłem usta, lecz okazało się, że nic nie mogę powiedzieć, bo mam, kurwa, rzeczywiście chore gardło. I przywołałem w okamgnieniu tego cieniarza Kordiana, co się zobowiązał zgładzić cara, ale jedyne, co mu się udało, to dotrzeć pod drzwi sypialni tyrana, gdzie frajer zemdlał.

A potem się obudziłem.

Przeczytaj również...