Agnieszka Kawula

Kobieta wielowymiarowa i wielozadaniowa z duszą wypełnioną Aloha, zdecydowanie zakochana w życiu. Może pisać o każdej porze dnia i nocy bo kocha słowa a one ją. Na drugim biegunie jej pasji jest hawajski masaż Lomi Lomi Nui, którym budzi dusze swoich klientów. Prowadzi warsztaty masażu i pracy z ciałem. U Kawuli dzień bez filiżanki cappuccino dniem do poprawki. Kocha Gdynię, po której wędruje ze swoim psem Gandhim w poszukiwaniu tęcz.


2017-08-10

Ach ta wakacyjna miłość!

To mogło wydarzyć się dwa lata temu, albo i nawet pięć. Mam kłopoty z datami i wszystko jakoś wydaje mi się praktycznie wczoraj, albo rok temu. Nawet zapomniałam ile mam lat i żyłam w przeświadczeniu, że o rok mniej... No nie ważne. W każdym bądź razie przygoda to była wakacyjna. Prawie typowa… To był czerwiec (chyba, albo lipiec? Znowu kłopot… I pomyśleć, że jednak zdałam tę maturę z historii… o zgrozo!). A nie, jednak lipiec, bo akurat zaczynał się Open’er Festival, a co za tym idzie nalot tłumów na Trójmiasto. Więc sobie czekałam śmiało w swej chatce zielonej i czekałam aż zadyma minie knując jednak ukradkiem wypad do Gdańska na wystawę Human Body, tylko jakoś się jej bałam...

Ale los jest jaki jest i wszyscy wiemy, że sobie robi co chce. A było to tak…

Kilka dni przed festiwalem dostaję sma od mężczyzny. Mówi, że dużo o mnie słyszał, że też zajmuje się masażem i czy bym z nim się nie spotkała, nie pogadała o Lomi Lomi, może się wymieniła masażem? Akurat będzie w 3mieście. Okej. Kawa, gadu, gadu, aloha, ciao. Potem dostaję smsa czy bym się nie wybrała na wystawę bo on też o niej właśnie myślał. No on masażysta, ja też, okazja dobra, czemu nie. I całe szczęście, że nie byłam sama i na męskim ramieniu mogłam się wesprzeć, bo wystawa zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. No coś mnie walnęło i to zdrowo… Ale o tym może innym razem… W innym wspomnieniu…

Po wystawie chwila na rozmowę. Potem każde idzie w swoją stronę. Potem kolejne zupełnie przypadkowe spotkanie. Kawa spontaniczna. Potem drogi się rozjeżdżają. Dosłownie. Bo ja zostaję. On jedzie ponad 500 km do siebie... Ale w sercu pozostaje to coś. A że są wakacje. To czemu by się nie spotkać znowu? I zaczyna się typowa wakacyjna przygoda.

Pojawia się propozycja. Jedźmy stopem do Francji. Jego znajoma rezyduje akurat na wakacjach z rodziną, blisko Saint Tropez. Mamy metę, pomasujemy, odpoczniemy. Jak to autostopem?! Ale czy ja się nadaję!? No zastanów się. Jadę we wrześniu, możesz ze mną. Ale czy Ty się nie boisz? No nie, już jeździłem stopem. Dwa dni później, mówię TAK. Pakuję więc plecak, worek orzechów różnej maści i lemoniadę domowej roboty na start. Gotowa. Bo i czemu nie? Toć on ma doświadczenie…

Ha! I miał, ale ciut inne niż to wyglądało początkowo… I całe szczęście bo po raz kolejny okazało się, że potrafię działać w totalnie nowej dla mnie sytuacji, że jak trzeba to potrafię być cholernie cierpliwa o co się nigdy bym nie podejrzewała, że mam totalnie wywalone na to kiedy się umyję, gdzie sikam i że to akurat centrum Zurychu pod latarnią, przed północą oraz, że chwilę po rzeczonym sikaniu zasypiam trupem na ławce przy rzece gdzie pluszczą wielkie, całkiem zdrowe ryby…

I choć nasza relacja nie przetrwała (tak to wygląda, że był to wakacyjny, przedłużony romans ;-)), bo on jakoś nie umiał się dowiedzieć czego chce od życia, więc zdecydowałam się iść sama dalej, to jestem mu szalenie wdzięczna właśnie za tę podróż, oraz tym co nas gościli bo to były the best wakacje ever! Tydzień totalnego wyzwolenia. Akurat wczoraj sobie wspominałam tamtą Kawulę i niezmiernie mi się ona podobała wtedy. Z tym błyskiem w oku, wolnością w sercu, otwartością na smakowanie nowego mimo lęku. Miałam dobrego kompana na podróż. Idealne zgranie w czasem trudnych sytuacjach. Przez trzy dni praktycznie się do siebie nie odzywaliśmy, a każde i tak wiedziało co robić… A na miejscu… Co za raj! Co za rozkosz gorącej plaży! Co za woda!

I pamiętam jak po trzech dniach bycia w drodze w końcu się umyłam. I te ogromne krople kapiące z prysznica zabrały kilka warstw lęku przed nieznanym, pamiętam ich orzeźwiający smak, pamiętam jak masowały skórę głowy, i jak kończyły żywot na koniuszkach palców u stóp. A potem… Pamiętam białą sukienkę na moim ciele, bez bielizny i gubienie się głównymi ulicami miasteczka.

Pamiętam smak krłasantów zjedzonych w nieprzyzwoitej ilości, podjadanie oliwek, bagietki smarowane przepysznymi pastami prosto z lokalnego rynku. I pamiętam zanurzanie języka w porannym zapachu niezwykłego cappuccino. Pamiętam plaże, gorące, dzikie, wolne… I to wszechogarniające uczucie, że jest się boginią. Nawet jeśli trwało to kilka dni, byłam boginią, szaloną Kawulą, która chciała po powrocie do Polski ruszyć w dalszą drogę w nieznane, ale się ogarnęła, odprawiła niezdecydowanego kochanka i wróciła do swojego życia, które i tak już momentami nazbyt dzikie było jak na jedną zalęknioną dziewczynę ;-).

I nie żałuję ani dnia. W tamte wakacje pokonałam tyle lęków, że naprawdę brawo ja…

Czasem na naszej drodze stają tak cudowne osoby przy których możemy zobaczyć siebie całkiem nowego i ta nowa wersja jest szalenie fajna! Odkryłam całkiem fajną siebie wtedy. Sama bym tego nie dokonała (chyba… bo bym sama stopem nie zjeździła trzech krajów). Czasem pojawia się ktoś tylko na chwilę, otwiera przed nami drzwi, zaprasza na spacer po egzotycznej krainie, a kiedy wspólny czas mija, bez żalu idzie się dalej.

Duma jestem z siebie. Bo marzyłam o takiej podróży, a kiedy pojawiła się okazja, nie stchórzyłam tylko stawiłam się na posterunku życia, choć ze stresu rozwolnienie trzy dni przed miałam ;-).

Przeczytaj również...