Wojciech Zawioła

Obserwuje, a potem opisuje i komentuje. Autor dwóch powieści: „Jest takie miejsce...” i „Szukaj mnie”, a także czterech biografii: Mariusza Czerkawskiego, Roberta Lewandowskiego, Karola Jabłońskiego i Agnieszki Rylik. Dziennikarz Canal Plus Sport i prezenter wiadomości w TVN i TVN24. Wielbiciel twórczości z duszą. Autor i prowadzący audycji „Lewitacja” w Radiu RPL.FM.


2017-08-10

Ryga

To nie pustki. To po prostu miasto żyjące spokojniej, bez histerycznych tłumów i wielkomiejskiego hałasu. Miasto przyjmujące z gościnnością godną najlepszych, miasto nienachalne. Miasto bez wątpienia piękne, pamiętające o swojej przeszłości i dbające o nią.

Ryga. Rzadko pojawiająca się w wakacyjnych wspomnieniach czy też historyjkach opowiadanych z dozą romantyzmu. Prawie nieistniejąca jako cel wycieczek i eskapad turystycznych. Dzięki temu w ścisłym centrum jest dość luźno. Z łatwością znaleźć można wolny stolik w którejś z dziesiątek klimatycznych restauracyjek. Swobodnie też przejść można przez Stare Miasto wpisane na listę UNESCO (jak mniemam, nikt na Łotwie nie pomyślał, że na owej liście Ryga znalazła się bezprawnie). I to wydaje się być najprzyjemniejszym momentem, zwłaszcza gdy dwa tygodnie wcześniej trzeba było przeciskać się przez tłumy przemierzające Paryż. Tak, tak, Ryga pozostawia we mnie więcej pozytywnych odczuć niż stolica Francji. Może to źle zorganizowana wycieczka do miasta Wieży Eiffla, może to tłum na każdej ulicy tego miasta. A może po prostu wiek. Może bardziej niż myślałem potrzebuję miejsc spokojniejszych, takich, w które nie zjeżdża cały świat.

Ryga kilka razy przypomniała mi Toruń. Choć jest kilka razy większa od polskiego miasta to klimat panuje tu zbliżony. Warto wejść w każdą niemal uliczkę odchodzącą od Rynku Starego Miasta. Choćby po to by trafić do Peter’s Brewhouse czy prostej jadłodajni Pelmeni z wyborem przepysznych pierogów oczekujących na zakup w rosole – czyli tak jak trzeba.

Czternaście dni wcześniej nieco podobna jadłodajnia w Paryżu nie oferowała niczego specjalnego. Nie wrzuciłem grosika by obiecać sobie, że tu wrócę. A do Rygi zawitałem już po raz drugi, wprawdzie służbowo ale czekałem na te eskapadę z uśmiechem na ustach.

Ktoś napisał na portalu społecznościowym, że brakuje w ryskich Łotyszach uśmiechu i przyjaznego stosunku do ludzi. Że tworzą dystans. Odniosłem przeciwne wrażenie. Zwłaszcza po raz kolejny odwiedzając Casa Nostrę, włoską restaurację z fenomenalnie gościnnym Olegsem. Olegs jest Łotyszem ale część roku spędza w Mediolanie bo zajmuje się modą. Nic dziwnego, że w Rydze pracuje we włoskiej restauracji.

Ryga ma skomplikowaną historię. Władanie Niemców, Zakonu Krzyżackiego, Szwedów, Polaków, carskiej Rosji czy Związku Radzieckiego dało jej z pewnością „popalić”. Być może stąd mądrość miasta, umiejętność wykorzystywania swej historii i architektury. Może stąd umiar w relacjach z turystami. Umiar i spokój, który ogarnia każdego wpatrującego się w Dougavę, nam znaną jako Dźwinę. Rzekę jak morze, bo drugi brzeg jest wręcz niewiarygodnie daleko. Za to zupełnie niedaleko jest dom Bractwa Czarnogłowych odrestaurowany w 1999 roku. Przed nim pomnik Rolanda, tego z „Pieśni o Rolandzie”.

I tylko za mało łotewska jest Ryga. Wpływy rosyjskie widoczne są na każdym kroku. Od mówiących po rosyjsku ekspedientek po nawigacje w taksówkach, opisujące drogę cyrylicą.

Ale ktoś taki jak ja zapomina o tym czytając, że największą imprezą międzynarodową, która odbyła się w Rydze były hokejowe Mistrzostwa Świata w 2006 roku. No i konkurs Eurowizji w 2003 roku po tym jak rok wcześniej Europę zawojowała piosenka „Maybe” łotewskiego przecież zespołu Brainstorm.

Nie jestem ani mieszkańcem Rygi, ani też jej gospodarzem. Ale Ryga wybaczy mi, że do niej zapraszam.

Przeczytaj również...