Zuzanna Ciszewska

Historyk Sztuki. Z pasji poluje na młode talenty wierząc w przyszłość dzisiejszego malarstwa. Za dnia zbiera rzemiosło artystyczne, a w nocy szlifuje to pisarskie. Patrzy, widzi, wnioskuje i później lubi się tym dzielić.


2017-07-28

Dzień Kobiet

Dziś rano zapomniałam o proszku do prania. Nie byłoby w tym nic dziwnego, ale zrozumiałam to dopiero, gdy wszystkie ubrania zawisły już na suszarce. Z powrotem nastawiłam więc bezpieczne 30 stopni i pomyślałam o roztargnieniu. Nowoczesna kobieta u progu trzydziestki jest rozumiana jako poukładana, pozbierana, opanowana, a przede wszystkim przekraczająca bramy kariery. Wszystko powinno dziać się szybko, intensywnie i bez zahamowań, bo tylko taka kobieta ma szansę na przetrwanie.

Nie jestem nowoczesna, dlatego z trzecim już kubkiem kawy siadłam do komputera i zaczęłam zastanawiać się co słychać u moich dawnych znajomych. Pożałowałam nie od razu, no - może po kilku razach chwilowej wizyty na ich (pełnych ogólnodostępnych informacji) profilach społecznościowych. Większość żeńskich widm przeszłości, koleżanek, znajomych, byłych przyjaciółek i dziewczyn, których twarze gdzieś i kiedyś często widywałam - sprawiało wrażenie spełnionych. Nie dawało mi to spokoju - czy tylko ja codziennie zastanawiam się co tak naprawdę chcę zrobić ze swoim życiem? Czy każda z damskich głów jest już po brzegi wypełniona PLANEM? Jak to możliwe, że przepis na samorealizację może składać się z kilku, najbardziej podstawowych składników? Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to wszystko to jeden, wielki, wciskany mi w trzewia kit, dlatego zapoczątkowałam kilka, niezobowiązujących konwersacji. - Jak tam? - Co słychać? -Widzę, że się powodzi! - Chyba o czymś nie wiem? To kilka z odzywek, na widok których na miejscu moich rozmówczyń prawdopodobnie w ogóle bym nie odpowiedziała. Jak się okazało, tylko ja jestem socjopatką, a kobiety a) są bardziej otwarte niż nam się wydaje i b) bardziej niż moglibyśmy przypuszczać lubią chwalić się swoim życiem. 

P. jest dwa lata po ślubie i ma za sobą dwa porody, jeden pięć lat, drugi pięć miesięcy temu. Leżała na położnictwie mniej więcej wtedy, kiedy ja zaczynałam studia. Pamiętam ją ze szkoły, bo była ładna i miała popularną siostrę. Sukcesem P. są jej obfotografowane od stóp do głów dzieci i prężna działalność w branży cukierniczej na terenie naszego małego miasta. Jest aktywna fizycznie, dzięki małżeństwu zamożna i bardzo często używa słów: szczęście, mama, dziękuję i dumna. W ciągu dnia zajmuje się dziećmi, a wieczorami piecze torty dla tych, którzy albo nie mają czasu, albo talentu. Bardzo zdziwiła ją moja wiadomość - do tej pory zamieniłyśmy może 5 zdań w życiu. Było to jednak - jak miało się później okazać - bardzo miłe zaskoczenie. Kobiety, a przede wszystkim kobiety-matki, są łase na komplementy. Wychwaliłam więc urodę potomstwa i wypieków, dopiero potem komplementując jej własną (nie powiedzieć matce jak słodkie są jej pociechy to jak wymierzyć policzek jej i sobie równocześnie). Nim się spostrzegłam gaworzyłyśmy jak najlepsze kumpele, a moja wiedza poszerzyła się o pewne istotne aspekty od basenu dla niemowląt po idealny sposób na to, by ciasto nie opadło. Nie znałam się na żadnym z tych tematów. Zawsze wydawało mi się, że zakładanie rodziny w tak młodym wieku musi skończyć się klapą. Myślałam, że kobieta, która nie dała sobie szansy na edukację, niezobowiązujące znajomości i ogólne doświadczenie, jest skazana na utratę własnej osobowości. Dlaczego od zawsze tłuczono nam do głowy - najpierw praca, potem rodzina? Dlaczego tak ważne jest szukanie siebie w obcych miejscach, ludziach i zdarzeniach? Nie ufamy swoim instynktom i skazujemy się na zmęczenie, nieszczęście i zatracenie tylko po to, by powiedzieć sobie: jestem spełniona, czyli: wykorzystałam wszystkie, możliwe szanse. Zabawne, że wtedy inne okazje przechodzą nam koło nosa. 

W tym samym czasie toczyłam batalię słowną z M. Miałam za swoje, bo samowolnie wyszłam przed celownik i skazałam się na ostrzał. M. jest dziennikarką w państwowej telewizji i jedyne, co mogłam na pierwszy rzut oka stwierdzić to to, że kocha swoją pracę i wieczorne kąpiele w nowym mieszkaniu w centrum stolicy. Pozazdrościłam jej jedynie fajnej wanny, bo od dłuższego czasu myłam się tylko na stojąco. Znałyśmy się ze studiów i dogadywałyśmy całkiem nieźle, aż poróżnił nas stosunek do imprez, a więc i mężczyzn. Czasy gniewu mam już za sobą, ale bałam się jak M. potraktuje mój nagły przypływ bezinteresownej życzliwości. Zapomniałam, że mam do czynienia z eks-przyjaciółką, której ciekawość na temat moich spraw jest równie niezaspokojona. Kilka koleżeńskich zwrotów wystarczyło, by zakopać dawno zaostrzony topór wojenny i po chwili miałam gotowy obraz kobiety, będącej zupełnym przeciwieństwem maglowanej P. M. od trzech lat była reporterką. Jej pięcie się po szczeblach kariery nie odbywało się w zawrotnym tempie, co nie przeszkadzało jej w wygłaszaniu cierpiętniczych mów w stylu: jestem wiecznie zmęczona, nie mam na nic czasu, śpię po 3 godziny dziennie, nigdy nie stworzę stałego związku. Nie była sfrustrowana. Sprawiała wrażenie wniebowziętej. Jakby jej prawdziwą wartość określała godzina, o której wstaje każdego ranka i o której wraca do domu (odpowiednio: czwarta i dwudziesta druga). Zainspirowana rozmową z P. o kolorach dziecięcej kupy zapytałam M. o jej stosunek do posiadania potomstwa. Odpowiedziała mi onomatopeją, imitującą bardzo, ale to potwornie sarkastyczną salwę śmiechu. Zrozumiałam wtedy, że ludzie często kreują sobie takie potrzeby, na które pozwala im ich rzeczywistość. A przynajmniej tylko o takich potrzebach mówią głośno. Jakby bali się, że ktoś może odkryć, że nie wszystko tak naprawdę jest okej. M. opowiadała o kolejnych imprezach, premierach filmowych i bankietach. P. szczerze cieszyła się ostatnimi czystymi spodniami, w których mogła wyjść wieczorem z mężem do kina. Miały własny sposób na przyszłość. Nie lepszy, nie gorszy - własny. Tylko czemu żadna z nich nie wspomniała ani słowem, że choćby czasem, przez krótką chwilę, chciałaby czegoś więcej? 

Olśniło mnie za kilka dni. Skończyłam właśnie lekturę „Nieznośnej lekkości bytu” Kundery i zachodząc w głowę, dlaczego sięgnęłam po tę pozycję dopiero teraz, wszystko zrozumiałam. Nowoczesna kobieta to mit. Bujda na resorach, w którą chcemy wierzyć i którą pragniemy wyznawać, robiąc codziennie dokładnie to, co ja parę dni wcześniej. Patrzymy jak żyją inni, wgapiamy się w ich sukcesy, zastanawiamy się: jak to możliwe, że ja tak nie mam, skoro tak chcę i właśnie o tym marzę. Tylko, że guzik - to nie nasze pragnienia. Legenda nowoczesnej kobiety sukcesywnie, powoli i skutecznie pokazuje nam, jak dążyć do czegoś, co robią, mają, a w efekcie czują inni. Niektóre z nas więc, a wśród nich pewnie i ja, każdego ranka i co wieczór z bólem brzucha dręczą się, dlaczego taka P. ma już dzieci, a ja nawet nie mieszkam z facetem; czemu M. zarabia pięciocyfrową pensję, a ja wciąż walczę o przetrwanie; jakim cudem każda kolejna litera alfabetu wygląda, jakby osiągnęła cel, podczas gdy ja nadal go szukam? Chcemy wszystkiego na raz, być P. i M. jednocześnie, sprawiać wrażenie samokontroli, ale halo: musimy odpuścić. Dać spokój i raz na zawsze zrozumieć, że są wśród nas panie domu i pracujące mamy, dwudziestoletnie milionerki, czterdziestoletnie kwiaciarki, lubiące nudę i zapracowane, nieśmiałe i przebojowe, goniące za sukcesem i pragnące żyć na wsi. Nie bójmy się powiedzieć wprost, że nam się nie chce, wolimy w swoim czasie i po swojemu. 

Dużo czasu minie zanim zrozumiem, że idąc własną drogą powinnam patrzeć na boki i spoglądać w górę, zamiast mieć wzrok utkwiony w cel podróży, bo przez to mogę przegapić naprawdę piękne widoki. Pierwszym, co zrobię, to przełożę proszek w inne miejsce, żeby był zawsze w zasięgu ręki. I od tej pory za każdym razem, gdy w takich chwilach pomyślę, że mam niepoukładane w głowie, zamknę oczy, odetchnę głęboko, głośno zaklnę i po prostu - uproszczę sobie życie.

(Ilustracja: Daria Solak)

Przeczytaj również...