Aleksandra Budka

Wymarzyła sobie, że zawodowo będzie słuchać muzyki. Dziś nie tylko muzyki słucha, ale też o niej opowiada i pisze. Pasjonatka radia i klimatu retro, kolekcjonerka płyt, okularów i torebek. Od wielu lat związana z radiową Trójką. Fanka Grzegorza Ciechowskiego, przez co jej serce jest z pewnością biało-czarne. Kawę zaś pije zawsze białą.


2017-07-24

(Nie)poważne pomysły na życie

Przespałam cały dzień. Bo przeszłam na dietę wegańską. Czy jedno z drugim mają coś ze sobą wspólnego?

W głośnikach Jarecki z nową płytą. Polecił mi ją Mrozu podczas naszej rozmowy w zeszłym tygodniu, a ja przy pierwszej okazji podwędziłam ją z radia. I nie oddam, bo świetne się słucha! A ja lubię mieć w kolekcji albumy, które tak dobrze brzmią. Odkąd mam auto, regularnie do garażu schodzę z kompaktem. I wychodzi na to, że mój samochód jest jednoosobowy, bo na miejscu pasażera jeżdżą ze mną płyty, które zmieniam stojąc na czerwonym świetle. Bo w samochodzie przecież tak świetnie słucha się muzyki! Czy to Moderat w drodze powrotnej z Open’era, czy Jamal o poranku w drodze na Myśliwiecką, czy Baasch, kiedy Tamką nocą wracam z mieszkania Ady. Zresztą, to nowe mieszkanie mojej (starej) przyjaciółki stało się moim nowym azylem. Ada ma na balkonie hamak, w który można się owinąć jak w kokon i przez szczelinę obserwować zapadający nad Warszawą zmrok. Ada serwuje dobrą kawę i wyśmienite ciastka, ale przede wszystkim cudowną rozmowę, po której jest od razu lepiej. A jeśli nie, to można z nią dzielić smutki. Bo obie ten w sobie mamy, choć u mojej przyjaciółki zawsze objawia się w postaci kontrolowanej. Czy to pokrewieństwo dusz? Urodziłyśmy się tego samego dnia, choć w innych latach. To musi coś znaczyć. Nie wierzę w znaki zodiaku, nigdy nie wiem czy ten Wodnik to w końcu bardziej idealistyczny czy pragmatyczny, ale coś w tym dzieleniu tego samego znaku jest. Czasem czuję, że Ada jest ode mnie starsza, choć pesel wskazuje na sytuację odwrotną.

Mój serdeczny przyjaciel, który zna mnie chyba najlepiej, już dawno temu stworzył teorię moich niebieskich poniedziałków. Poniedziałków, będących pokłosiem niedziel, których szczerze nienawidzę. Zostało mi to jeszcze z czasów licealnych, kiedy w niedziele wyjeżdżało się z domu do internatu, w którym mieszkałam przez semestr pierwszej klasy płockiego ogólniaka.  Później miałam przygody ze stancją i wynajmowanym mieszkaniem, ale schemat pozostał. Niedziela, mama przygotowująca jedzeniową wyprawkę, a wieczorem wkuwanie na pamięć rozdziału z podręcznika od polskiego. Wybawieniem był czwartek, kiedy w płockim radiu siadałam przed mikrofonem, żeby prowadzić autorski program. A potem piątek, który szybko znów zamieniał się w niedzielę. I od początku…

Tak więc do dziś nienawidzę niedziel. Wtedy piekę chlebek bananowy, bo pieczenie-wybawienie to jeden ze sposobów, aby tę niedzielę przetrwać. A poniedziałki? Często są w kolorze blue.

Jedno jest dobre – tego dnia rodzą się teksty. Takie, jak ten teraz. Zbieram się do nich cały dzień. Na szczęście mogę jeszcze pisać na balkonie, zmieni się to za 2, 3 miesiące? Za tydzień o tej porze będę siedzieć na plaży i tam chłonąć inspiracje do kolejnego tekstu. Bo ja proszę państwa, żyję dziś z pisania tekstów. I tak mi się marzy, żeby zmieniać gatunki, żonglować nimi, rozkoszować się tym pisaniem już do końca życia. Wymyśliłam sobie, że będę pisarką. Jeśli robicie wielkie oczy, to tym bardziej się cieszę. Wymyśliłam także, że będę pseudoweganką. Ale nigdy pseudopisarką.

W najnowszym TS przeczytałam wywiad z Martą Dymek, autorką bloga Jadłonomia. A że najlepszy przepis na wspomniany już chleb bananowy znalazłam właśnie u niej, postawiłam na ciąg dalszy eksperymentów. Zaopatrzyłam się w zestaw początkującej weganki (mleko kokosowe, nasiona chia i kilogramy warzyw) i ruszyłam w ten nieznany świat. To ciekawe, że jako dziecko w ogóle warzyw nie jadłam. Dziś tak naprawdę tylko one wystarczają mi do życia – a ten coming out to chyba najlepszy start do oficjalnej zmiany diety? Pasztet z kalafiora i kaszy jaglanej wyszedł genialnie. Kokosowy deser z chia także. Problemem będzie powrót do domu, w którym króluje mięso. Dlatego będę pseudoweganką. Nie dopisuję do tego żadnej filozofii, broń mnie Panie Boże od radykalizmu w każdej materii. Gości w warszawskim mieszkaniu uraczę zatem kotletami z kaszy, a w domu rodzinnym sernikiem z cudownego swojskiego pełnotłustego twarogu. Warszawa ostoją warzywnych pyszności, dom rodzinny niech pozostanie strażnikiem tradycyjnej maminej kuchni.

Od tego sennego poranka chodzi za mną tekst o ciekawym zjawisku w polskiej muzyce. Padło jednak na wegańskie zwierzenia, temat muzyki zostawię na najbliższe wydanie magazynu. Czy wydawca mi na to pozwoli? Niech tylko nie wpadnie na pomysł, żebym pisała o weganizmie. To aktualne zauroczenie może mi minąć, zauroczenie muzyką już dawno przestało być kruchym uczuciem z niepewną przyszłością.

Przeczytaj również...