Dawid Dróżdż

Reprezentant łódzkiego filmoznawstwa. Miłośnik Kieślowskiego, Jarmuscha i Saury. Kino uważa za najlepszy pretekst do rozmowy o świecie. Wychowany na poruszającej muzyce Björk, fali Małyszomanii i autorytecie Cordella Walkera, dzięki czemu sentyment budzą w nim melancholijne skandynawskie dramaty, opowieści o małych bohaterach i sztampowe seriale z lat 90.


2017-07-20

Rozmowa kwalifikacyjna

Znużony nieprzespaną nocą przecieram zaropiałe oczy. Kościelny dzwon, nie dając chwili spokoju zadżumionemu umysłowi, wybija 12 razy. Ostatni wybrzmiewa w moich uszach jeszcze przez kilka minut, jakby chciał zasygnalizować, że dzisiejszy dzień nie zaliczy się do udanych. Naznaczony jarzmem przynależności do pokolenia „mileniasów” leżąc bezwiednie w łóżku, przeglądam „fejsa”. Nazwałbym go multimedialnym albumem, gdyby nie fakt, że tyle w nim nieistotnych dla mnie twarzy. W starych rodzinnych albumach zdarzało się napotkać nieznajomą postać, ale zawsze ktoś z rodziny mógł przedstawić choćby mały zarys anonima. Każdą z osób łączyła jakaś historia czy emotywna nić z właścicielem zdjęcia jak wspólny imieninowy melanż u ciotki Irenki, liceum czy choćby, kurwa, choroba weneryczna złapana podczas szkolnej wycieczki… - cokolwiek! Książka twarzy wyświetlana na ekranie mojego smartfonu zalewa kolejnymi parami oczu widzianymi po raz pierwszy w życiu. Wyrywam zdjęcia poprzez usunięcie dwóch osób ze znajomych. Kolejni znajomi znajomych wyskakują na tablicy, kolejne selfie w lustrze będące symbolem narcyzmu – choroby naszej generacji. Jak bowiem wyjaśnić silną aberrację optyczną dotykającą tak dużą część „mileniasów” polegającą na wpatrywaniu się w ekran telefonu zamiast w obiektyw odbity w lustrze? Jak nazwać to w sposób mniej rygorystyczny od narcystycznej dociekliwości? Aparaty w latach 90. nie dawały swobody kontrolowania swojego wyglądu w momencie robienia zdjęcia. Mogliśmy zobaczyć swoje odbicie, ale nie mieliśmy szans włożyć szklanych oczu obudowanych czarnym, kwadratowym pudełkiem. Wraz z rodzeństwem fotografowaliśmy wszystko i wszędzie, aby jak najszybciej zużyć całą kliszę i móc ją wywołać. Chcieliśmy jak najszybciej skonfrontować nasze wyobrażenie siebie z efektem fotograficznym. Nie potrafiliśmy kontrolować wyrazu twarzy, ułożenia ust czy fryzury. W dzisiejszych czasach, kiedy zdjęcie umieszone w sieci staje się naszą wizytówką, byłoby to poważne utrudnienie. Ukazywanie piękna, szczęścia, dobra, szaleństwa, odwagi podnosi naszą osobę w hierarchii społecznej, stąd niepowstrzymywana chęć zajrzenia w obiektyw. Bezustannie chcemy kierować naszym życiem, aby nie wymknęło nam się z rąk. Waga, zegarek, liczniki kalorii, photoshop. Wszystko to daje nam poczucie kontroli nad naszym życiem. Nie lubimy, kiedy sytuacja zmienia bieg, kiedy goni nas czas, czy ktoś wrzuca kompromitującą nas fotkę na „fejsa”. Ile może zależeć od naszego wirtualnego profilu? Co, jeśli mój przyszły pracodawca zajrzy na mojego „walla” lub dziewczyna, którą poznałem wczoraj w knajpie zaprosi mnie do znajomych?  Pierwsze wrażenie, często decydujące o dalszym przebiegu znajomości, nie jest już pierwszym spotkaniem, lecz spojrzeniem na fejsbukową tablicę.

 Moje rozmyślenia przerywa dźwięk telefonu. Nieznany męski głos w słuchawce zaprasza mnie na spotkanie w sprawie pracy za godzinę w Cafe Wolność znajdującej się na tak samo tytułowanym placu. „Mój profil na Facebooku musi się więc nie najgorzej prezentować” - pomyślałem. Mając jeszcze zaspany umysł, nie zdążyłem poprosić o powtórzenie nazwy firmy, którą podał potencjalny pracodawca we wstępie naszej rozmowy, ale uznałem to za nieistotny fakt. Pewnie kolejne call center.

Mimo wycieńczającego upału docieram na miejsce 2 minuty przed czasem. Siadam naprzeciwko spasionego typa przecierającego bezustannie czoło oblane sierpniowym potem. Spogląda na mnie spod okularów, mentorsko mrużąc brwi i dając przy tym odczuć swoją wyższość. Snuje długopisem po przyniesionym przeze mnie CV niczym kat nożem po ciele bezbronnej ofiary. Nie wiedziałem, w które miejsce ubodzie. W nikłe doświadczenie? A może w piotrkowskie liceum, które kończyłem z łatką bezperspektywicznego lenia?

- Niech pan mi wymieni 5 swoich zalet i 5 swoich wad – wybąknął przez swoje pulchne, rozczerwienione poliki.

W dzieciństwie przekonany byłem o swoich doskonałych zdolnościach wokalnych. Nie straszny był mi rockowy repertuar Comy, na której się wychowałem ani popowe rytmy Modern Talking. W wyobraźni snułem piękną karierę rockmana przemierzającego sceny wszystkich stron świata. Dopiero pierwszy przenośny komputer z wbudowanym mikrofonem pozwolił mi nagrać swój śpiew, co przyniosło duże rozczarowanie rozbuchanej fantazji. Nagranie obnażyło defekty, a w zasadzie ogromne braki, których wcześniej nie dostrzegałem. Kilka dni temu w odmętach internetu odnalazłem „youtubowy” program, w którym urocza prezenterka wyjaśniała zjawisko odmiennego słyszenia własnego głosu przez nas samych. Jest to spowodowane faktem, że wydobywane przez nas dźwięki docierają do nas nie tylko poprzez uszy, ale również ciało. Klatka zbudowana z kości i mięśni, w której zamknięty jest każdy z nas, zniekształca jednak nie tylko dźwięki. Ile to razy druga osoba odbierała moje intencje inaczej niż było to w moim zamiarze? Ile to razy ktoś strofował mnie zwracając uwagę na nietaktowne zachowanie, podczas gdy byłem przekonany o swojej błyskotliwości? Oceniany całe życie przez rodzinę, nauczycieli, sąsiadów czy pracodawców mogłem podać mu z marszu 50 zalet i jeszcze więcej wad. Które jednak są prawdziwe? Nie potrafię sam odpowiedzieć na to pytanie. Chyba potrzebowałbym kolejnych dwudziestu kilku lat na odtworzenie swojego życia na taśmie i ocenienie samego siebie.

Pytanie o wady i zalety zawsze mnie bawiło i nie inaczej było tym razem. Wybuchnąłem niekontrolowanym śmiechem, wyparskując kropelki śliny na twarz niedoszłego pracodawcy.

- Coś pana bawi?! – zagrzmiał złowrogo.

- Przepraszam – odpowiedziałem pokornie, zaczynając wymieniać swoje wady i zalety. Jak jednak w ciągu 15 minut dowiodę, że jestem pracowity, skromny, pokorny, rozważny i empatyczny? Świat z pewnością byłby piękniejszy, gdyby wszyscy sobie ufali tak, jak ten facet wierzył (jak mniemam) w moje słowa. Nie sądziłem jednak, że okazja na dowiedzenie mojej empatyczności nastąpi już chwilę później. Zapadła niepokojąca cisza przerwana przez gwałtownie hamujący na placu Wolności tramwaj. Motorniczy najwyraźniej zadumany nad swoim pieskim losem zapomniał zmienić zwrotnicę i z pewnością nie po raz pierwszy skręcił w złą stronę. Śpiący w środku pijak wybudzony z głębokiego snu uderzył głową o szybę. Pogrążony w letargu, słaniając się na nogach, wyszedł na ulicę. Rozejrzał się, lecz nie dostrzegł niczego poza lejącym się z nieba żarem. Było zupełnie cicho i pusto. Tramwaj odjechał, pozostawiając go naprzeciw wojnie ze światem, którą toczy od 60 lat. Mimo swojego doświadczenia nadal nie potrafi wygrać nawet jednej bitwy. Zdezorientowany podszedł do balkonu, na którym kontynuowaliśmy rozmowę. Jak niczego nieświadome dziecko wykrzyczał to, co poczuł w danej chwili.

- Jestem głodny! Dajcie mi pieniądze! Uratujcie mnie! – jego krzyk wrócił ze zdwojoną siłą odbijając się od obmierzłych jak jego pijackie życie łódzkich budynków. „Sam nie mam pieniędzy” - chciałem odpowiedzieć. Na karcie pozostało mi 27 złotych, w bilonie miałem „piątkę”. Nie dam mu przecież tyle. Mogłem kupić za to małe piwo, będące jedynym remedium na nieudaną rozmowę kwalifikacyjną. Z drugiej strony nietaktowne z mojej strony okazałoby się przegonienie go. Wyjście na bezempatycznego chama może pozostawić nienajlepsze wrażenie na pracodawcy. Pod presją jego świdrującego dziurę w moim sumieniu wzroku wyjąłem z portfela ostatnie 5 zł.

– Hej! Masz tu piątaka! Idź do sklepu! – wykrzykując te słowa zrzuciłem ostatnie drobne. Uradowany pijak - kwotą, jaką mu powierzam - wpadając w ekstazę, obserwował powoli opadający pieniążek. Zbawienna suma mogła zapewnić mu przecież, poza poczciwą przekąską, nienajgorszej jakości chmielny płyn przywracający życie w krwioobieg. Wysuwając drżące dłonie w górę, oczekiwał łupu z niepowstrzymywanie pojawiającym się na jego twarzy uśmiechem. Witając się już ze złocistym trunkiem, podczas delirycznych spazm, agresywnie zaatakował monetę dłonią pokrytą bliznami widocznymi nawet z odległości balkonu, na którym siedzieliśmy. Jego spuchnięte od seryjnych libacji oczy nie zdołały wyoscylować miejsca spotkania monety i pragnącej jej dłoni. Odbijając się od złamanego (chyba) kciuka upadła na ziemię, krążąc na krawędzi po topiącym się w upale asfalcie. Żenująca pogoń czteronożnej istoty za małym błyszczącym przedmiotem podsumowująca w całej krasie bezwzględność kapitalizmu zakończyła się na studzience kanalizacyjnej. Po przekąsce i piwie pozostał tylko plusk rozczarowania. Cały plac wypełniła rozpacz pijaka, a ja nawet nie potrafiłem mu współczuć, co uświadomiło mi, że empatyczność wymieniona na liście zalet nie była zbyt trafną oceną samego siebie. W tym momencie myślałem jedynie o moich ostatnich 27 złotych, którymi pragnąłem jak najszybciej ostudzić organizm. Usidłany przez powinności społecznego etosu i kapitalistycznego świata, niczym pijak przez alkohol, wyszedłem w zafrapowaniu z placu Wolności, którego nazwa zdawała się brzmieć dziś dość kpiąco…

 

Przeczytaj również...