Grzegorz Małecki

Mówi o sobie "aktor wyłącznie teatralny". Od osiemnastu lat związany Teatrem Narodowym w Warszawie. Pracował z najwybitniejszymi reżyserami polskich i europejskich scen: Grzegorzewskim, Holoubkiem, Jarockim, Cieplakiem, Lassallem i Nekrosiusem. W rankingach krytyków znajduje się w ścisłej czołówce najważniejszych aktorów polskiego teatru w XXI w. Od prawie dwudziestu lat próbuje napisać pracę magisterską w Akademii Teatralnej w Warszawie, ale wciąż nie znalazł tematu. Studiował również dziennikarstwo i nauki polityczne na UW, ale żadnego z tych kierunków nie ukończył. Twierdzi, że wolał odejść zanim go wywalą. 


2017-06-22

Warszawa-Sopot

Podróże komunikacją są niewyczerpaną krynicą literackich inspiracji. Było już o tramwaju, było o autobusie, więc dziś będzie o pociągu.
Pendolino. Warszawa-Sopot. Zanim pociąg rusza uciekam z wagonu bezprzedziałowego do Warsa, bo przemieszczający się po kraju dział sprzedaży wyciągnął już telefony komórkowe i zaczyna walkę o kontrakty i pieniądze. Wrzask jak na targu.
No więc uciekam do Warsa, siadam, zamawiam jajecznicę, a tu konduktor podchodzi i pyta:
-Czy mogę przed panem posadzić piękną kobietę?
-Jak piękną, to tak - odpowiadam.
Podchodzi. Bardzo młoda, wysoka jak wieża Eiffla i w rzeczy samej urodziwa. Nie miała miejscówki, więc zauroczony kanar poszedł jej na rękę, usadził w restauracyjnym i nie wlepił mandatu.
-Uff... udało się nie dopłacać- mówi do mnie młoda dama.
-Dobrze się pani tydzień zaczyna, pozazdrościć - mówię, no bo jestem nieco skrępowany i co niby innego mam powiedzieć.
-Raczej dobrze się kończy...
Dopytuję co takiego dobrego ją spotkało, a pani od słowa do słowa z rozbrajającym uśmiechem zaczyna opowieść. O swoich sukcesach, morderczej pracy, którą kocha, o życiu na walizkach, wyrzeczeniach, poświęceniu et caetera. Jest skromna i mówi nie za głośno, żeby nie przeszkadzać innym podróżnym. Zafascynowany słucham i myślę sobie, że jednak powinienem bardziej lubić ludzki gatunek. Tymczasem dosiada się do nas jeszcze jedna pani. Niższa nieco, jeszcze skromniejsza i cichsza lecz o równie ujmującym uśmiechu. Wszyscy przedstawiamy się sobie jak przed wojną. Z imienia i nazwiska. Cytując Wojciecha Młynarskiego:

I rozmowa przyciszona
skrzyła się wytwornym żartem,
jakby lśniło w niej śródziemnomorskie słońce
i rozmówcy nie wspomnieli
ani słowa, że inteli-
gencja dzisiaj ledwo wiąże koniec z końcem.


Pani nr 1 to Marta Wieliczko, wybitna wioślarka, pływająca w kadrze narodowej. Zdobywczyni dziesiątków medali w czwórce podwójnej. Kilka dni temu wywalczyła kolejne złoto w pucharze świata. Za trzy lata trzymamy za nią kciuki na Olimpiadzie w Tokio. Pani nr 2 to świetna malarka Agnieszka Gewartowska. Za chwilę otwiera galerię i kto chce będzie mógł sobie Gewartowską kupić i mieć na ścianie.
   Dowiedziałem się, która dziewczyna "czwórce" za co odpowiada i że w wioślarstwie najważniejsze są nogi, wysłuchałem wykładu o litografii, potem pogadaliśmy o teatrze i, nie uwierzycie, wszyscy mieliśmy wyłączone dźwięki w telefonach. Aha, i nie zamieniliśmy ani słowa o polityce.

  Nawet nie zauważyłem kiedy upłynęły nam trzy godziny. Żegnamy się wylewnie przed Trójmiastem, uniesiony sympatią do ludzkości pędzę do wagonu po walizkę a tam jeden z biznesmenów właśnie kończy rozmowę i drze się na cały wagon:
-No. I przez tego skurwysyna cała kasa poszła się jebać. Nara.

No. To nara.

 

Przeczytaj również...