Dawid Dróżdż

Reprezentant łódzkiego filmoznawstwa. Miłośnik Kieślowskiego, Jarmuscha i Saury. Kino uważa za najlepszy pretekst do rozmowy o świecie. Wychowany na poruszającej muzyce Björk, fali Małyszomanii i autorytecie Cordella Walkera, dzięki czemu sentyment budzą w nim melancholijne skandynawskie dramaty, opowieści o małych bohaterach i sztampowe seriale z lat 90.


2017-06-16

Dunkierka

I

     Nadeszła jesień. Pora roku, która większości kojarzy się ze smutkiem i melancholią, mnie napawała radością i oczekiwaniem na nadejście czegoś dobrego. Jest to dość ogólne określenie, ale w końcu człowiek nigdy nie wie, co go czeka, więc słowo „czegoś” wydaje się tu najtrafniejsze. Dwa miesiące temu na urodzinach przyjaciela poznałem Martę – filmoznawczynię, która zajmowała się organizowaniem kursów dla scenarzystów. Była to doskonała okazja, aby podzielić się swoimi pomysłami i szkicami pierwszych nieudolnych scenariopisarskich prób. Marta, jako że była osobą otwartą i serdecznie podchodzącą do każdego młodego twórcy, a do tego podlaną przeze mnie dużą ilością ginu z tonikiem, zaproponowała mi wyjazd na dwudniowy kurs dla początkujących scenarzystów w Dunkierce. Co prawda, kiedy usłyszała rano mój rozentuzjazmowany głos w słuchawce pytający: „Hej, czy muszę załatwić jakieś formalności związane z kursem w Dunkierce?” wydała się dość zaskoczona, ale najważniejsze, że po krótkim streszczeniu zeszłego wieczoru, potwierdziła mój wyjazd.

     Miałem niecałe dwa miesiące na przygotowanie się do francuskich wojaży. Zastanawiałem się, co mogę wynieść z dwóch dni. Czy dowiem się o pisaniu scenariuszy czegoś więcej niż z lektury forum dla młodych filmowców na stronie www.sięgajpomarzenia.pl? Stwierdziłem, że jedyną korzyścią, jaką przyniesie mi ten wyjazd, będzie zapoznanie twórców z całej Europy, którzy się tam pojawią. „Nic tak nie buduje kariery jak znajomość odpowiednich twarzy” - pomyślałem. Wziąłem się więc za doskonalenie swoich dzieł. Otwieram plik zatytułowany wzniośle „miłość ponad wszystko” i czytam tkliwe wiązanki słów o emocjach, których chyba nigdy nie doświadczyłem. Kasuję, myślę, loguję się na Facebooku - czas poszukać weny. Jedna nowa wiadomość od „Weronika Kowalczyk”. Kto to kurwa jest Weronika Kowalczyk? Moją uwagę przykuwa zdjęcie profilowe, na którym widnieje urocza dziewczyna o głębokim spojrzeniu sugerującym jej błyskotliwość i nieprzeciętną inteligencję. Otwieram treść wiadomości:

Cześć,

wiem, że podobnie jak ja wybierasz się na wrześniowy kurs scenariopisarski do Dunkierki. Strasznie się go obawiam, nie potrafię odnajdywać się w nowych sytuacjach, ponadto jestem zamkniętą osobą. Chciałabym poznać kogoś przed wyjazdem. Z tego co wiem, jesteś jedynym Polakiem poza mną, który tam pojedzie. Jesteś więc pewnie bardzo utalentowany, ja nie ukrywam (choć troszkę się tego wstydzę), dostałam się tam tylko ze względu na znajomość z Martą. Proszę, odpisz jak tylko odczytasz tę wiadomość, musimy się poznać!!  

Miłego dnia :)

     Co odpisać? Przecież nie pozostawię zbłąkanej duszy bez odpowiedzi. Z drugiej strony sprawia wrażenie rzepu, który może nie dać się łatwo odczepić stając tym samym wlekącą się po francuskich uliczkach kulą u mej nogi. Odpisuję uprzejmie i wymijająco:

Cześć,

fantastycznie, że napisałaś! Na pewno dasz sobie świetnie radę! Poza tym ilość Twoich znajomych (1493) wskazuje na to, że nie jesteś chyba osobą mającą kłopot z zawieraniem nowych znajomości. Pozdrawiam i do zobaczenia w Dunkierce!

     Wracam do pisania. Otwieram plik o wzniosłej nazwie: „miłość ponad wszystko”. „Scena pierwsza. Wnętrze. Mieszkanie Laury. Dzień.” Odgłos wiadomości. Już odpisała? Sprawdzam Facebooka. Tak, to ona:

Och, wspaniale, że odpisałeś! Czekałam na Twoją wiadomość, bałam się, że mnie zbyłeś. Liczba moich znajomych może być złudna. Człowiek w internecie nie ma oporów z zawieraniem nowych znajomości. Gorzej bywa, gdy jest się offline... Opowiedz mi coś o sobie, chciałabym Cię poznać, zanim spotkamy się na żywo.

     Niebezpiecznie zmierza do nawiązania bliższej cyberrelacji, którą łatwo przenieść do tzw. „reala”. Trzeba uważać. Na razie nie odpisuję. Wracam do pisania. Otwieram plik o wzniosłej nazwie: „miłość ponad wszystko”. „Scena pierwsza. Wnętrze. Mieszkanie La...” Odgłos wiadomości. Co jest kurwa?! Otwieram wiadomość:

???

     Robi się gorąco. Napiera. W takich sytuacjach ujawnia się moja wada niepotrafienia bycia niemiłym w sytuacjach tego wymagających. Besztająca mnie pani w okienku na poczcie za krzywo naklejony znaczek – odchodzę bez słowa ze skruszoną miną; gówniarz bezczelnie wyprzedzający mnie w sklepowej kolejce – przymykam oko; natarczywa istota szukająca kompana – zostaję kompanem. Odpisuję na wiadomość:

W zasadzie nie wiem, co mogę o sobie powiedzieć. Może Ty zaczniesz?

     Wiedząc, że mogę oczekiwać na zwrotną wiadomość, nie zamykam okienka. Po kilku minutach otrzymuję odpowiedź:

Nie wierzę! Z pewnością masz bogatą osobowość, której nie chcesz przede mną odkryć, ale nie powinnam się temu dziwić, w końcu się nie znamy. Napiszę Ci więc ja kilka słów o sobie. Mam nadzieję, że Cię to trochę ośmieli. Na imię już wiesz jak mam, więc pominę to. Mam 22 lata i mieszkam z rodzicami w Warszawie. Chcę zostać scenarzystką lub poetką. Jestem introwertyczką i jedynie poprzez pisanie wyrażam swoje myśli. Lubię brytyjski rock lat 70. i 80. Gardzę współczesnymi gwiazdami, które myślą, że robią dobrą muzykę tylko dlatego, że parę psioch zebrało się pod sceną i piszczy na ich widok. Staram się odżywiać zdrowo, lecz ulegam pokusom jak każdy. Uwielbiam czekoladę i orzechowe lody w rożku. Nie jem mięsa. Jestem za legalizacją marihuany. Uważam, że nadużywanie alkoholu powinno być zakazane, choć sama upijam się co najmniej dwa razy w tygodniu. Zaczęło mnie to niepokoić, kiedy zorientowałam się, że jestem wesoła tylko wtedy, gdy jestem pod wpływem. Spokój odnajduję dzięki jodze. W ciepłe wieczory lubię wychodzić do parku i leżeć na trawie kiedy mnie nikt nie widzi. Każdej z gwiazd przypisuję jedno swoje marzenie. Jeśli któraś z nich zgaśnie lub zniknie mi z oczu, to znaczy, że marzenie nigdy się nie spełni. Raz w życiu zażyłam amfetaminę i nie żałuję tego, choć nigdy bym nie powtórzyła. Nie wierzę w Boga ani życie pośmiertne. To, że zamienimy się w proch nie przeraża mnie. Po obejrzeniu horroru boję się zamykać oczy. Boję się je otwierać po nocy z przypadkowo poznanym facetem. Znam trzy języki, ale w żadnym z nich nigdy nie powiedziałam „Kocham Cię”. Boję się jeździć windą. We śnie często spadam, budząc się tuż przed upadkiem. Wierzę, że dobre uczynki powracają, a za złe nigdy nie spotka nas kara. Nigdy nie rozmawiałam z rodzicami o rzeczach dla mnie ważnych. Nauczyli mnie bać się ludzi zamiast ich kochać. 

     Dość śmiała prezentacja siebie biorąc pod uwagę fakt, że wymieniamy wiadomości niecałą godzinę. Zaintrygowała mnie jednak i postanowiłem bliżej poznać tę natrętną osobę o błyskotliwym spojrzeniu.

II

     Minęło kilka tygodni. Za 2 dni rozpoczynał się kurs w Dunkierce. Utrzymywałem stały kontakt z Weroniką, ale nigdy się nie spotkaliśmy. Pisywaliśmy do siebie wiadomości kilka razy w tygodniu, rozmawiając na wiele tematów - od tych błahych jak trendy w żywieniu czy współczesne gwiazdy popkultury poprzez te naprawdę ważne dotykające naszych uczuć. Zaczęliśmy porzucać wszelkie bariery, które do tej pory nas hamowały w zwierzaniu się sobie nawzajem. Pisałem o swoich emocjach tak jak nigdy nie opowiadałem o nich swoim bliskim. Miałem dziwną potrzebę uzewnętrzniania się osobie, której nigdy nie widziałem na oczy. Kiedy nie odpisywała na moje wiadomości, czułem zdenerwowanie nie pozwalające mi na myślenie o czymkolwiek innym. Im dłużej utrzymywaliśmy naszą cyberrelację, tym bardziej obawiałem się naszego spotkania we Francji.

     Słońce wpadające przez uchylone okno przebudziło mnie dziś wyjątkowo wcześnie.  Niepokój związany z wyjazdem wzbudzał we mnie fizyczną niemoc, której przezwyciężenie okazywało się niemożliwe bez wspomagaczy w postaci porannego jointa i kawy. Włączyłem TV, choć uważam, że epatuje propagandowymi ideologiami formułowanymi przez głupców. Kanał pierwszy – telewizja śniadaniowa - „jak zrobić idealny makijaż?”. Kanał drugi – telewizja śniadaniowa - „kurs samoobrony dla kobiet”. Kanał trzeci – telewizja śniadaniowa - „jak przyrządzić meksykańskie pulpeciki z czerwoną fasolą”. Kanał czwarty – kreskówki - najlepsza alternatywa. Spalony na skwar po 45 minutach oglądania gonitwy strusia z kojotem postanowiłem oderwać przekrwione ślepia od telewizora i poddać je regenerującemu naświetlaniu promieniami komputerowymi. Nowa wiadomość od Weroniki, wysłana o 4:23:

Jak Cię poznam w Dunkierce? Nie masz zdjęcia profilowego. Musisz wysłać mi swoją fotkę!!!

     Moja matka będąca zagorzałą katoliczką i konformistką uległa w latach 90. bumowi napływających z Zachodu nowinek technologicznych, wśród których jedną z nich były aparaty fotograficzne w całkiem przystępnych cenach. Klisza i wywołanie zdjęć nie były drogie, więc każda ceremonia była upamiętniana z pedantyczną dokumentalnością. W dzieciństwie zrobiono mi miliard zdjęć, przez co nabyłem dziwnej fobii objawiającej się poprzez poczucie zażenowania i onieśmielenia podczas stawania przed obiektywem. Z fotografii przyjmuję tylko zdjęcia artystyczne nie przedstawiające żywych istot, chyba że nadają zdjęciu głębszy sens. Decyduję się więc odroczyć decyzję wysłania fotografii. Czas popracować nad scenariuszem. Otwieram plik o wzniosłej nazwie: „miłość ponad wszystko”. „Scena pierwsza. Wnętrze. Mieszkanie Laury. Dzień.” Odgłos wiadomości. Czy ona ma do cholery wszczepiony jakiś chip?! Wiadomość:

Nie mogę się doczekać :)

     Ja wręcz przeciwnie. Odpisuję:

Wiesz... to chyba nie jest najlepszy pomysł. Już za dwa dni mnie poznasz i zobaczysz jak wyglądam. Poza tym (może to dziwne), ale czuję się niekomfortowo, kiedy sam siebie fotografuję. Mam nadzieję, że zrozumiesz.

     Zrozumiała.

III

     Przed wyjazdem dużo czasu zajęło mi wybranie odpowiedniego ubioru. Dylematy pomiędzy elegancką koszulą mogącą być odbieraną jako schludność, ale również zarozumiałość czy bluza z kapturem i ryzyko postrzegania mnie za niechluja lub za sympatycznego gościa nie robiącego z siebie na starcie „kogoś lepszego”? Eleganckie skórzane buty czy sportowe modne adidasy? Włosy zaczesane na bok w stylu grzecznego ucznia czy do tyłu „na buntownika”. Założyć okulary przeciwsłoneczne czy może czapkę z daszkiem z dyskretnie lśniącym logiem drogiej firmy? Podła dociekliwość poznania myśli innych sprawia, że zatracam się we własnych niekończących się dylematach i dywagacjach. Podobno dzieci autystyczne nie potrafią wyobrazić sobie myśli i uczuć innych co powoduje, że wypowiadają wszystkie swoje myśli bez poddania ich w wątpliwość „czy to wypada powiedzieć?”. Przez to, że 99% ludzi wokół nich posiada umiejętność wyobrażania sobie myśli i uczuć innych osób, chorzy są skazani na wykluczenie. Jaki świat byłby lepszy i łatwiejszy, gdyby nikt z nas nie posiadał tej umiejętności. Żylibyśmy bez zmartwień o to, jak zostaniemy odebrani w społeczeństwie. Czy kobieta, na której nam zależy, zauroczy się nami, czy szef na rozmowie kwalifikacyjnej zwróci uwagę na nasze nerwowe pocieranie wilgotnych dłoni o spodnie lub czy mówiąc do kogoś bliskiego „wszystko będzie dobrze”, ten nie rozpozna naszego łamiącego się głosu demaskującego kłamstwo. Komunikacja między ludźmi zaczyna i kończy się na interpretacji małych gestów i znaków, a słowa zaczynają odgrywać drugorzędne znaczenie.

     O 8:50 byłem na lotnisku w Calais. Droga do Dunkierki zajęła mi 40 minut autobusem. Wysiadłem przy Rue du Sud - ciągnącej się w nieskończoność ulicy otoczonej zielenią i pięknymi, niskimi zabudowaniami. Uwielbiam poznawać miasta przez niepowstrzymywaną ciekowość odkrywania nowych miejsc, placów i zaułków. Choć nigdy nie doświadczyłem uczestnictwa w pokazie striptizowym, to zapewne emocje z tym związane można porównać do odkrywania miasta. Im więcej ubrań zrzucała przede mną Dunkierka, tym bardziej chciałem ją rozbierać, tym bardziej chciałem ją mieć. Pozostając z dwiema godzinami do rozpoczęcia kursu, oddałem się miejskiemu labiryntowi. Skręciłem w prawo, szedłem powolnym krokiem wzdłuż Placu Republiki rozkoszując się francuskim słońcem spływającym po moich przymkniętych powiekach. Po chwili znalazłem się w najpiękniejszym parku, jaki widziałem w życiu. Usiadłem na ziemi, żeby choć na chwilę przyjrzeć się i zapamiętać to miejsce. Wziąłem w dłoń jeden z pierwszych jesiennych, zeschniętych na wiór liści leżących na ziemi i rozprysnąłem go na jeszcze zielonej trawie. Błogie napawanie się urokami przyrody, bogato zdobionych altan i sadzawek przerwała mi myśl o nieuchronnie zbliżającym się momencie poznania Weroniki.

IV

     Dotarłem do budynku, w którym odbywał się kurs. Setki nieznanych twarzy, języków i penetrujących mnie oczu. Usiadłem na parapecie. Opierając twarz o kolano prześwietlałem wzrokiem przechodzących obok mnie kursantów z nadzieją, że kolejnym z nich będzie Weronika. Wśród szumu rozmów słyszę dźwięk wiadomości:

Spóźnię się...

     Zawiedziony podążam w stronę auli, na której miał odbyć się pierwszy wykład prowadzony przez jakiegoś francuskiego scenarzystę, którego nazwiska nawet nie jestem w stanie wymówić. Siadam w jednym z ostatnich rzędów. Czuję dziwne zobojętnienie względem wszystkiego, co mnie otacza. Nie potrafię przestać myśleć o moim pierwszym spotkaniu z Weroniką. Zadręczam się pytaniami. Czy pomachać do niej, kiedy wbiegnie spóźniona do auli? Czy zapytać jak minęła podróż? Pocałować ją w policzek na przywitanie? A może po prostu podać dłoń? Zacząłem pisać w głowie scenariusze naszego pierwszego spotkania, pierwszej wymiany zdań, lecz żaden z nich nie wydawał się odpowiedni. Postanowiłem oddać więc pióro losowi i spontaniczności.

     Po chwili dosiadł się do mnie jakiś Holender. Potwierdzał wszystkie stereotypy, jakie miałem w głowie o człowieku tej narodowości. Miał na imię Ruud, nosił wąskie musztardowe spodnie, jasną wiatrówkę, pod którą dumnie dzierżył zapiętą na ostatni guzik białą koszulę. Jego zaczesane na bok rude włosy wyglądały jakby przed wyjściem z domu na każdego z nich poświęcał 5 minut swojego cennego holenderskiego czasu. Frustracja związana z oczekiwaniem na stresujący moment poznania Weroniki wzrastała, a Ruud nie pomagał mi w jej ujarzmianiu. Snuł bez końca swoje opowieści o zrealizowanych przez niego filmach i projektach czekających na wyprodukowanie. Stwarzałem pozory zainteresowanego, nerwowo spoglądając przy tym na drzwi znajdujące się kilka metrów za moimi plecami. Pierwszy z prelegentów rozpoczął swój wykład. Pseudointelektualne wypociny o tym, jak przekazać emocje bohatera w swoim scenariuszu, powodowały u mnie jeszcze większą nerwowość i nieodpartą chęć wydostania się z dusznej auli. Do mojego lewego ucha dobiegło jednak ciche skrzypnięcie drzwi. Odwróciłem się gwałtownie i ujrzałem w półmroku sylwetkę 170-centymetrowej blondynki o niebieskich oczach. Zsunęła powoli z ramienia swoją torebkę, filtrując przy tym wzrokiem salę w poszukiwaniu pary oczu wołającej: „hej, jestem tym, kogo szukasz”. Nerwowo zwróciłem głowę ku występującemu prelegentowi, spazmatycznie hamując się przed zdemaskowaniem swoich emocji. Nieudolnie wyraźnie. Ruud: „może tic-taca?”. Kiwnąłem nieśmiało głową, odmawiając poczęstunku i nie ukrywając przy tym tremy, którą wywołała we mnie Weronika. Ruud: „coś ci jest?”. Czując gorący wzrok Weroniki na moim uchu, plecach i szyi, zapewniłem Ruuda o moim dobrym samopoczuciu. Stapiała mnie całego, nie pozostawiając możliwości ucieczki. To była katorga, która jednocześnie wywoływała we mnie niezwykłe podniecenie. W rzeczywistości nie zwracała na mnie uwagi notując brednie tego konowała, który raczył zgromadzonych swoim dennym przemówieniem. Pozostało mi wysłuchać go, oczekując w napięciu końca wykładu.

V

     Nasze pierwsze spotkanie nie przebiegło zgodnie z wyśnionymi przeze mnie scenariuszami. Podaliśmy sobie dygoczące dłonie, oficjalnie przedstawiliśmy się nawzajem i wymieniliśmy spojrzenia, które nie miały w sobie niczego z tych wszystkich nieprzespanych nocy, podczas których wymienialiśmy długie wiadomości. Podeszła do automatu z kawą. Wyjąłem zmiętego papierosa trzymanego zawsze w prawej kieszeni kurtki na wypadek nerwowej sytuacji. Wkładając go trzęsącą dłonią do ust, przypomniałem sobie o jednej z pierwszych wiadomości, w której opisywała siebie. Moja wyobraźnia nakarmiona pięknie sformułowanymi zdaniami zażądała więcej i stworzyła obraz nieskażonej perfekcji, z której teraz pozostał jedynie szary obraz namalowany przez kiepskiego pejzażystę. Czy konfrontacja mojej osoby z wyobrażeniem, które miała Weronika w swojej głowie, wypadła równie blado?

     Mimo nienajlepszego początku znajomości postanowiliśmy wieczorem wybrać się na spacer wzdłuż morza. Otaczające nas plaże zatopione w świetle ulicznych lamp, tworzyły doskonały anturaż dla zapoczątkowania gorącego romansu. Muskając niby przypadkowo swoją zesztywniałą z zimna od jesiennej bryzy dłoń o jej zgrabną, gładką rękę, uśmiechałem się przywołując obraz Weroniki z mojej wyobraźni. Dzierżony przeze mnie w drugiej dłoni flakon z czerwonym winem pustoszał coraz szybciej. Z każdym łykiem stawałem się bardziej rozluźniony, a Weronika stawała się osobą bliższą tej, którą poznawałem przez dwa miesiące naszej internetowej korespondencji. Śmiałość wynikająca z upojenia alkoholowego tuszowała zgryzotę i drętwotę intelektualną kobiety ujmującej mnie wcześniej swoją błyskotliwością. Obojętne stawało się dla mnie, co mówi i w jaki sposób rysuje swoje poglądy o świecie. Ja zarysowałem ją i jej wnętrze od nowa, tak jak robiłem to przed ekranem komputera.

     Obudziłem się o świcie leżąc na środku plaży pośród zupełnej pustki i ciszy. Na mojej piersi rozpościerały się długie, połyskujące słonecznym blaskiem włosy, które lekko łaskotały moje ciało. Uniosłem jej twarz. Rozwarła delikatnie swoje wielkie niebieskie oczy, a ja wiedziałem, że jest kobietą, której oddałbym w tym momencie wszystko. Po chwili jednak przypomniałem sobie, że pewność własnych sądów jest niczym innym jak głupotą i uświadomiłem sobie, że nie potrafiłem wymienić z nią wczorajszego wieczoru nawet jednego zdania łączącego nasze osobowości. Wszystko, co oplecione było w jakikolwiek sens, pozostawało tylko w moich myślach. Bez słowa wstaliśmy, otrzepaliśmy dokładnie nasze zapiaszczone ubrania i powędrowaliśmy w stronę hotelu mijając Parc de la Marine. Ten sam park, w którym wczoraj podnosząc się z trawy otrzepywałem ubranie oblepione zeschniętymi, żółtymi liśćmi. Jak bardzo może zmienić się świat przez 24 godziny - pomyślałem.

     O 10.00 dotarliśmy na wykłady. Niezliczona ilość zdań o mało ważnych rzeczach i wymuszonych uśmiechów wypełniła nasze wspólne 8 godzin. Rozeszliśmy się o 18.00 żegnając uściskiem dłoni i żalem pod przykrywką nieszczerego uśmiechu. Nie pamiętam żadnego z 13 wykładów, w których uczestniczyłem. Nie pamiętam rad doświadczonych scenarzystów, nie poznałem żadnej osoby, z którą mógłbym nawiązać współpracę. Dunkierka nie pozostawiła mnie jednak z pustymi rękoma. Dała mi coś więcej niż prelekcje, wykłady czy nauki mistrzów. W swojej głowie napisałem najpiękniejszy romans świata, który trwał niecałe dwa miesiące. Wystarczająco długo, aby stworzyć temperamentną historię pary introwertycznych romantyków łaknących bliskości drugiej osoby. Zbyt krótko, aby zaspokoić niegasnące pragnienie miłości.

Przeczytaj również...