• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Dagmara Małgorzata

    Pisze, więc jest. Dużo czyta i wyciąga wnioski. Kocha góry, filmy Tarantino oraz wszystko, co związane z wiatrem. Uwielbia potyczki słowne oraz codzienność. W nadawaniu codzienności odpowiedniego kolorytu pomaga jej fascynacja psychologicznymi zagadnieniami i obserwowanie ludzi. Ma 30 lat, maszynę do pisania (sprawną) i jakieś 53kg optymizmu. Na stronie Współcześni samym sobie raczy ludzi słowem.

    Posucha codzienności

    2019-01-09

    Sięgam po czasopismo, na okładce cudowna Karolina Gruszka, nie znam osobiście, ale cudowność bije z każdego zdjęcia i z rozmowy też jakaś taka promienność się wyłania. Takie rozmowy lubię. Spoglądam, a czasopismo z 2016 roku, cóż nie wszystko wyrzucam, nie wszystko zdążę przeczytać od razu.=

    Na okładce w prawym rogu pytanie, hasło – Kochankowie: do ilu się przyznać? Chwilę myślę. Przyznać się, a liczba bez względu na jej wielkość czy małość, jest jakimś wyznaniem winy? Do ilu się przyznać, pytanie z automatu jakoś tak nakierowuje na nieszczerość. Nieważne ilu było, ważne ile powiesz, że miałaś, miałeś. Odgłosy radia przerywają ten tok godowo-myślowy. Po chwili, a dokładniej z momentem ostatniego dźwięku piosenki przed reklamami zaczynam o tym radiu, rozmyślać, a konkretniej to o mej umiłowanej Trójce zaczynam myśleć, która to umiłowana była dla mnie, jest i będzie, mimo że przez wielu jest obecnie omijana szerokim łukiem. A przecież Trójka to moja kochanka od lat, to z niej na kasety piosenki się nagrywało. Ale niektórzy omijają i dziwują się, że ja nie omijam, i nic ich nie obchodzi, że nadal można tam Wojciecha Manna posłuchać, nadal pan Piotr Stelmach czaruje, Hirek Wrona pokazuje inne dźwięki, poprawia sjestę nastrojową muzyką pan Marcin Kydryński, panowie Marek Niedźwiecki i Piotr Baron mnóstwo dają muzycznie człowiekowi i wciąż niezmiernie od lat doprowadza do nuty zazdrości, swym gustem muzycznym racząc pan Piotr Metz. Mam tam swoją kopalnię muzycznych dźwięków i historyjek oraz tego, co szanuję bardzo, dostaję ogrom cały pięknej polszczyzny. Mimo zmian wszelakich nadal wybieram, kto do mnie mówi i choć nie widzę, to wiem, że słownie nieraz panowie puszczają do mnie oko. 

    Słucham sobie na spokojnie, nie zawracając sobie głowy nadaremnie, w kwestii, jaka ta Trójka jest konkretnie, dość mój mózg jest zaprzątany, żebym sobie jeszcze nawet radia w spokoju posłuchać nie mogła. Herbaty mi potrzeba. Bo pora dokończyć nieskończone treści. Czeka mnie dokończenie potoku słów własnych, który to potok, jakiś czas temu postanowił, zamiast piękne wzbierać, osuszać się systematycznie. Na szczęście parę ruchów lepszych, a może i gorszych sprawiło, że na nowo zaczyna się w słów potoku pojawiać jakieś życie, więc mam zamiar skorzystać, więc herbata najpierw. Kawa byłaby lepsza, podpowiada mi mój głos wewnętrzny, który przed chwilą rozmyślał o Trójce, a jeszcze wcześniej o kochankach, tak kawa byłaby lepsza, ale ograniczam. Siadam do komputera i zaczyna się taniec po klawiaturze, wychodzi średnio, kroki niby znam, niby wiem, co chcę napisać, ale jakoś tak ciągle coś mylę.

    Łyk herbaty – fuzja cytrusowej świeżości. Gówno, a nie cytrusowa świeżość, zwykła czarna, w sumie za krótko parzona, bez smaku. Idę sprawdzić pudełko, piszą, że cytrusy. Zaglądam do opakowania – jest, pachnie pięknie. Zaglądam do kosza na śmieci – na górze piękna torebka, a fuzja cytrusowej rozkoszy to herbata liściasta. Za dużo myślałam, robiąc herbatę i odruchowo zrobiłam zwykłą zamiast tej właściwej, pobudzającej, kierującej myśli na właściwe tory. Trudno, idę z powrotem do stołu i laptopa, wymówki w postaci złej herbaty nie robię (o dziwo!), piszę dalej.

    Po dwóch godzinach prób niełatwych stworzenia czegoś, co dałoby się czytać, brzuch zaczyna przypominać, że poza pisaniem ważnym słowem na „p” jest również posiłek. Posilam się, drzemię, piszę, posilam się ponownie. Dzień mija, przychodzi noc. 

    Próbuję przypomnieć sobie chwilę przed zaśnięciem, co było ważne w mym dzisiejszym dniu, czym różnił się od innych, czy zrobiłam cokolwiek, żeby tym dniem, kto wie, ile mi jeszcze takich dni zostało, jakoś się zachwycić? A nawet, jeśli nie zachwycić, to jakoś go zapamiętać pośród innych czwartków, śród i niedziel, coś z niego wynieść? (Poza śmieciami i uczuciem politowania do samej siebie, bo biegać miałam, a nie biegałam, bo nie jeść wafelków miałam – jadłam).

    Zapalam lampkę i sięgam po książkę, może jakieś zdanie, chociaż zapadnie mi w pamięć, cokolwiek. Bo inaczej będzie to, ot totalnie zwykły dzień, zwykłego człowieka, wyrzucony do kosza zapomnienia, jeszcze przed pobudką dnia następnego. A przecież w dzisiejszym świecie trzeba nawet tak zwyczajny dzień urozmaicić jakimś niepowtarzalnym statusem na portalu społecznościowym albo chociażby zdjęciem. A u mnie wg standardów dzisiejszych nic, rozmowa jedna ważna, stron zapisanych pięć – nic do publicznego rozliczenia, kanapki trzy całkiem dobre, obiad wyśmienity, choć prosty, muzyka w radiu przyjemna, jedna piosenka zapisana w zakładce „Do zasłuchania!”.

    Taka posucha codzienność – myślę sobie, biorę głęboki oddech, wyłączam lampkę, uśmiecham się do siebie, posucha codzienności, która pozwala mi zasnąć z uśmiechem na ustach to nic złego.

    Bo zwykły dzień bez fajerwerków, to po prostu zwykły dzień, a nie kurwa żaden dramat.

    Reklama
    reklama Anywhere
    Przeczytaj również
    Reklama
    reklama Anywhere