• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Tadeusz Wojewódzki

    W życiu kierował się zawsze i kieruje nadal aktualną pasją, traktowaną jako najważniejszą. Zafascynowany muzyką rockową grał pod koniec lat 60. na perkusji w zespole Staszka Danielewicza. Urzeczony filozofią doktoryzował się w 1978 u prof. J. Kmity na UAM w Poznaniu dysertacją z zakresu filozofii nauki. Uwiedziony felietonistyką przyglądał się rzeczywistości drugiej połowy lat 80. „Jednym okiem” w Dzienniku Bałtyckim, wpisując się w tonację sąsiadującego z nim w Rejsach wspaniałego rysownika Zbigniewa Jujki. Kiedy nadeszła wolność gospodarcza utworzył jedno z największych biur turystycznych w Trójmieście. Łączył teorię z praktyką biznesową we własnej metodyce, którą zafascynował polską korporację do tego stopnia, że sfinansowała opracowanie i wdrożenie produktu służącego diagnostyce mentalnych uwarunkowań organizacji. Równolegle wykładał na uczelniach trójmiejskich i warszawskich. Obecnie jest adiunktem na wydziale dziennikarstwa i komunikacji społecznej SW Ateneum w Gdańsku. Jako trener Akademii Informacyjnej w Warszawie fascynuje się tutoringiem i doradztwem interpersonalnym. Znużony prozą życia pisze wiersze. Urzeczony możliwościami akrylu stara się obrazem przekazać idee obecne wcześniej w esejach i felietonach.

    Oj tam, oj tam...

    2019-01-08

    Sprawa pozornie prosta jest, wręcz banalna. Co się stało? Otóż na jednej z grup poetyckich, których teraz w sieci jest sporo – ogłoszono konkurs na wiersz. Podano warunki. Uczestnicy przesłali swoje prace, a jury – w osobie założyciela grupy – ogłosiło wyniki. Okazało się wówczas, że nagrodzony wiersz nie spełniał wymogów konkursu. Inne spełniały, ale nie wygrały. Twórcy podnieśli larum. Odpowiedź jury była krótka: „OJ TAM, OJ TAM”.

    Opowieści to jednak nie koniec, gdyż jedna z uczestniczek zażądała wprost wyjaśnienia, dlaczego w trakcie trwania konkursu zmieniono reguły oceny tekstów. W efekcie pojawił się ze strony jurora stosunkowo obszerny komentarz, którego sens sprowadzał się do zarzutu postawionego uczestniczce, że robi widły z igły, widzi problem tam, gdzie go nie ma, psuje atmosferę w zespole i że w sumie nie wiadomo, o co jej chodzi i kto za tym wszystkim stoi. Był też w komentarzu wątek merytoryczny odwołujący się do tego, że w czasach, gdy jest rozdział państwa od kościoła, a w urzędach wiszą krzyże itp., gdy z konstytucją dzieje się to, co się dzieje itd., robienie awantury o taki drobiazg jest przejawem wyjątkowej małostkowości i złej woli.

    Incydent, jakich wokół nas tysiące. Znajomi narzekają ostatnio /poza polityką/ najczęściej na budowlańców. Roboty mają dużo, fachowców jest mało, więc umowa – umową, a wielu robi „jak im wygodniej” lub „jak im wyjdzie”, a kiedy wraca się do umowy „jak miało być”, pojawia się „oj tam, oj tam”.

    Jak reagujemy na takie sytuacje? Nerwowo. Czasami nawet bardzo. Coraz też częściej mówimy o ludziach, jacy to oni są i o świecie – generalnie, że schodzi na psy. Jesteśmy rozgoryczeni, źli, agresywni. Jak każdy nabity w butelkę.

    Z diagnozy, że nabijanych jest więcej niż nabijających – trudno czerpać garściami optymizm. A bez niego – w codzienności – ani rusz… Jak wobec tego sobie radzić, co robić, jak się zachowywać?

    Pokolenie ze słuchawkami na uszach ma wypracowaną formułę uczestnictwa w życiu społecznym: udaje, że niczego nie widzi, w nic się nie wtrąca, pilnuje swego i siedzi w sieci. Co jednak z tymi, którzy jak nie powiedzą, to nie są sobą? Nie nakażesz takim milczeć.

    Można i trzeba mówić o tym, co jest nie tak. O tym, jak być powinno. Trzeba, gdyż inaczej codzienność zmieni się nam w jeszcze większe piekło, niż jest? Brak reakcji, protestu, oporu – rozzuchwala cwaniaków, przestępców i zwyczajnych idiotów. Tutaj nie ma wyboru. Ale równie ważne, jak to, że się mówi, istotne jest, jak się to robi. Nie chodzi przy tym tylko o samą formę, ale głównie o merytoryczną treść.

    Mówienie o tym, co jest nie tak, czyli o naszych problemach, nie powinno zawierać epitetów. A z reguły to właśnie one służą do okraszania ludzi. Mówiąc o problemach – nie atakujmy ludzi, ale zjawisko. Zamiast mówić o idiotach, kretynach, imbecylkach – zacznij mówić o syndromie OJ TAM, OJ TAM. Sens syndromu jest taki, że co innego mówimy, a co innego robimy. Uwagi zainteresowanych takim stanem rzeczy, sygnalizujących, że coś jest nie tak – kwitujemy formułą „Oj tam, oj tam”. Intencją tej formułki jest obniżenie rangi problemu. W rzeczy samej robi się jednak durnia z adwersarza. Skoro widzi problem tam, gdzie go nie ma…

    Nazywając ludzi idiotami, uzyskujemy – dla siebie – efekt emocjonalny wyładowania się na pierwszych lepszych, zazwyczaj Bogu ducha winnych ludziach i wywołujemy w nich reakcję obronną. Choć mogą myśleć tak samo, jak my, będą atakowali nas, a nie tych, którzy doprowadzili nas do wściekłości, a ich być może wcześniej jeszcze – do furii. Nazywając ludzi idiotami itp. zamiast sprzymierzeńców, robimy sobie wrogów i pozostajemy w złej wierze o ludziach.

    Natomiast pisząc czy mówiąc głośno nawet w swoich środowisku pracy o syndromie OJ TAM, OJ TAM, zwracamy uwagę na zjawisko. A warto, gdyż syndrom OJ TAM, OJ TAM osadzony jest w obyczajowej swojskości, konwencji uspokajającej troski, ale dotyczy fundamentu naszej rzeczywistości. Jedynego pomostu, jaki możemy zbudować między teraźniejszością a przyszłością: jest nim umowa o kształcie tej przyszłości. Życie i tak zrobi swoje, żeby nam pomieszać szyki, ale jeśli dodatkowo jeszcze nie będziemy trzymali się warunków umowy, to powstanie pełne wariatkowo. Dlatego dotrzymywanie warunków umowy nie jest przejawem zbędnego formalizmu, ale warunkiem normalności.

    Syndrom OJ TAM, OJ TAM jest sam w sobie sympatyczny. Pokazuje nam, że nic nie jest przesądzone do końca, że nie należy rzeczywistości traktować ani zbyt poważnie, ani przejmować się nią ponad potrzebę itd. Kontekst fantazji ułańskiej i twórczego ducha zawsze jest poręczny w procesie wyjaśnień i tłumaczeń głębszego sensu obecności tego syndromu w naszej, polskiej rzeczywistości.

    Negatywne konsekwencje są natomiast takie, że w realiach opanowanych przez syndrom OJ TAM, OJ TAM nikogo i niczego nie można traktować poważnie. Konwencja tego syndromu to opowiadanie o zielonych ludzikach na Krymie. Natchnieniu jury. Nadprzyrodzonych możliwościach ciał kolegialnych orzekających w sprawach ostatecznych czy zbawicielach narodów…

    Rzeczywistość budowana na syndromie OJ TAM, OJ TAM przyjazna jest dla ustalających reguły i rozliczających się z ich przestrzegania. Dla całej reszty to zwyczajny dom wariatów, życie w rozdwojonej jaźni.

    Przyjmując zaproponowaną tutaj formułę pisania i mówienia o naszej, polskiej rzeczywistości nie tylko sami więcej rozumiemy, ale pokazujemy także innym, że można mówić o naszych najważniejszych sprawach bez nienawiści, dzielenia ludzi, bez epitetów i zbędnych emocji. Na drodze ku NORMALNOŚCI.

    Reklama
    reklama Anywhere
    Przeczytaj również
    Reklama
    reklama Anywhere