• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Prowincjonalna .

    Jestem już jakiś czas i od zawsze na Prowincji – i chwała, że tam. Dotknęły mnie lub ominęły różne wybory, ale najbardziej dotknęła i doprowadziła do stanu obecnego stygmatyzacja. Coś najbardziej do dupy, co się może przydarzyć komukolwiek. Kiedy ciągle i bez przerwy słyszysz tylko te dwa znienawidzone zwroty – „ bo ty zawsze”, „bo ty nigdy”, i za cholerę się z tego nie wyrwiesz, bo albo jesteś awanturnicą, albo idiotką nieprzystosowaną. A ja wreszcie wiem, kim jestem, w dupie mam stygmaty. Jeszcze tylko parę starych brudów pozamiatać, jeszcze tylko plan ułożyć i bez przesady, że precyzyjny. Z drogami do przejechania, z ludźmi do pogadania, z biurkiem nowym, wczoraj samodzielnie zrobionym w błękitnych kolorach jak marzenia. Kim jestem naprawdę? Ciągle jeszcze nie wiem. I nie wiem, czy to za wcześnie, czy za późno. Czy to ma jakieś znaczenie? Jestem, otwieram okno i wpuszczam ćmy. Już nie jestem jętką, jeden dzień to za mało na życie.

    Recepta

    2018-12-06

    Na drogach prowincji, różnych drogach – i tych wiejskich żwirowych, gdzie błota czasem po kolana, i tych miejskich z betonu, można spotkać miłość i jej ślady. Taką miłość bez fałszu, bez ekranu srajfona czy komputera. Taką miłość, co wzrusza i przywraca wiarę. Taką, co może się wydawać, że tylko w filmach i to z samym Bogartem. Czasem aż do granic zdumienia i wzruszenia, że w tych czasach przetrwała. Bo te czasy miłości, zdawać by się mogło, nie sprzyjają. Tym czasom sprzyja all inclusive nie tylko na wczasach. Wszystko wypasione od czubka butów po telewizor na trzy ściany. Miara sukcesu na miarę czasów, ale nie na miarę ludzką. Szczęście mierzone ilością pikseli, cali, zer, pinów i kodów, brakiem czasu na coś więcej niż impreza integracyjna, po której tylko kac z tupotem stada słoni i „matko zgubiłam wczoraj majtki… szkoda, bo dałam za nie 300”.  

    Czymże wieża Babel z różnością języków wobec martwych dusz zamkniętych w strachu przed utratą dostępu do karty kredytowej i służbowych przywilejów, bonusów w nagrodę za dobry target, karty na siłownię? I nawet jeśli aplikacja melduje, że jesteś, czy znaczy to, że żyjesz? I wtedy do łez i zapierania tchu w piersiach doprowadza cię nagle objawiona miłość. Patrzysz i nie wiesz, co czujesz, bo czujesz tylko, że łzy lecą bez twojej woli i że coś cię w życiu i pogoni za niby życiem ominęło i że chcesz uciec, bo uczucie strachu miesza ci się w głowie z pragnieniami, o których już nie pamiętasz. 

    Wszystko się dzieje w stolicy prowincji, w małej aptece, starszy pan – tak między 70 a 80 lat – kupuje leki. Drżącą ręką podaje farmaceucie dwie recepty i czeka na informację o kosztach. Po chwili słyszy cenę, chwilę patrzy na recepty, przekłada je w dłoniach z opuszczoną głową i w końcu podaje jedną i mówi: „To tylko tę dla żony poproszę”. Obok, też w kolejce, stoi łysy kolo – z tych, co to bez szyi, ale za to z łańcuchem i tatuażem do pół głowy, rozgląda się wkoło, po twarzach ludzi, raczej pustych i bez wyrazu, bo każdy ma swoje historie i nimi mierzy czas. I trudno w te twarze spojrzeć, bo właśnie sprawdzają, czy sznurówki mają zawiązane. Łysy sięga do kieszeni, wyjmuje portfel i płaci za obie recepty i też patrzy od tego momentu na czubki własnych butów. Jakby się trochę wstydził, jakby nie potrzebował oklasków. „Dobra dziadek – mówi. – Dobra, spoko, nie trzeba dziękować”. Kolejka oddycha, podnosi głowy, zamiata wyrzuty sumienia za siebie i za cały ten świat. Łysy zbawił świat za nich. Za drzwiami, na chodniku patrzę chwilę na łysego. „No co się gapisz? – pyta. – Mus to mus kurwa”. Odchodzi. Starszy pan kupuje na straganie obok kilo pomarańczy.

     

     

     

    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Przeczytaj również
    Reklama
    reklama Anywhere