• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Katarzyna Woźniak

    Zwyczajna dziewczyna z łódzkich Bałut. Dźwiękoczuła i światłolubna. Na co dzień analizuje rynek w "Media i Marketing Polska". Po godzinach kolekcjonuje opowieści. Z wykształcenia polonistka i filmoznawczyni. Zdecydowanie woli pisać o książkach, choć właśnie to robi najrzadziej.

    Dekonstrukcja reportera

    2018-11-07
    „Kapuściński ocala i utrwala godność człowieka. Czyni z tej formuły główną zasadą tłumaczenia świata człowieka z jednego końca świata temu na drugim końcu. Wolność, idee zbawiania i wyzwolenia – to abstrakcje. Liczy się najbliższe otoczenie i kształt dnia, bochenek chleba” — rozmowa z Damianem Nenowem, reżyserem hybrydowego filmu „Jeszcze dzień życia”, którego głównym bohaterem jest Ryszard Kapuściński.

    Bask z Polakiem postawili na coś, co w swoim założeniu brzmi surrealistycznie i z góry skazane jest na niepowodzenie – animowany film akcji o wojnie w Angoli. Jak to możliwe, że udało się Wam zrobić film o Kapuścińskim w wersji hybrydowej?

    Sam nie wiem, jakim cudem tego dokonaliśmy. Faktycznie, ten projekt nie miał szans na powodzenie. Brzmiał jak pomysł szaleńca.

    Zatem: jakim cudem powstał „Jeszcze dzień życia?”

    Drugi raz pewnie byśmy tego nie powtórzyli. Albo zrobilibyśmy zupełnie inaczej. Nikt przed nami nie zrobił niczego podobnego. Mówię o samym formacie – pełen metraż, film animowany w technologii animacji 3D, hybryda. W tej skali ani w tej części Europy czegoś takiego nie było. Nie mieliśmy kogo zapytać o wskazówki, sprawdzić, jak się produkuje taki film, działaliśmy na zasadzie prób i błędów. Etapów pracy jest mnóstwo oprócz koncepcyjnej: zdjęcia, montaż, dużo komplikacji. Dzielenie pracy było koszmarne. W Platige Image na co dzień zajmujemy się nowoczesną technologią, ale niekoniecznie wiemy, jak takie przedsięwzięcia realizuje się z pięcioma partnerami i w takiej skali. Za każdym razem rozbijaliśmy głową mur. Ale i głowa się uodparnia – przy każdym uderzeniu robi się twardsza.

    Jeszcze-dzień-życia_02

    Czyli wiele razy zaczynaliście od początku.

    Produkcyjnie na szczęście nie. Jeśli chodzi o finansowanie – to trwało długo i było skomplikowane, ale na szczęście nie było cofania się do początków. Udało nam się producentów przekonać, że to wartościowy projekt. Praca nad scenariuszem trwała 6 lat. Animacja – 3. Żadnemu etapowi nie chcę umniejszać, ale dla mnie duże znaczenie miała praca nad scenariuszem. Zamykaliśmy się w kilka osób w jednej sali i na flipchartach rozpisywaliśmy film klatka po klatce, scena po scenie. Współpracowali z nami storydeweloperzy, scenarzyści. Pamiętam porozkładane karteczki symbolizujące bloki scen. Kładliśmy się spać z poczuciem objawienia, rano stwierdzaliśmy, że to był pomysł do bani.

    Problemy wynikały z konstrukcji bohatera, czy tego, żeby nie robić prostej ekranizacji książki Kapuścińskiego?

    Głównie z powodu formatu hybrydowego. To nie miała być typowa historia. Nie można z niej zrobić również nudnego, przeintelektualizowanego filmu o starciu idei. W założeniu to nie miało być kino wojenne czy film akcji tylko dla fanów reportaży Kapuścińskiego. Albo dla kogoś, kto śledzi konflikty zbrojne na świecie czy interesuje się dekolonizacją. „Jeszcze dzień życia” jest adresowany do szerokiej publiczności. Chodziło o film akcji, ale nie z udziałem bohatera, który jedzie na koniec świata, bo ma tam wykopać studnię.

    To też nie jest klasyczny film drogi.

    Jest i nie jest. Na pewno nie jest spolaryzowany w prostym akademickim kierunku, do którego można przykładać jakiekolwiek klisze. Cofanie się w koncepcjach wynikało z tego, że nie do końca byliśmy pewni, co to ma ostatecznie być. Ani ilustrowany dokument, ani ekranizacja, ani biografia, raczej kino akcji o reporterze, który staje się pisarzem. Staraliśmy się wydobyć esencję stawania się nim, narodziny stylu Kapuścińskiego. Przesłanie filmu miało być uniwersalne, poważne i nieprzesadnie obciążające jednocześnie.

    Raul de la Fuente, drugi reżyser, zgłosił się do was sam. Co powiedział: cześć, fascynuje mnie postać Kapuścińskiego i chciałbym z wami zrobić o nim film? A może zafascynowała go książka? Jaki był pierwszy komunikat, który cię do projektu przekonał?

    Kapuściński był mentorem dla Raula, który w świecie filmów dokumentalnym żyje. Reportaż, film dokumentalny – to się zazębia, a miłość do Afryki w wyobraźni Raula nad tym góruje. Dla Raula bliskie są również sprawy zwykłych, biednych ludzi, słucha ich i podąża za nimi – według formuły Kapuścińskiego. Jedna z najważniejszych polskich książek reporterskich również była dla Raula ikoniczna, stąd potrzeba realizacji filmu.

    jeszcze_jeden_dzien_z_zycia_1

    Każdy przynajmniej raz zetknął się z Kapuścińskim – pod wpływem lektury szkolnej albo dokonał świadomego, dorosłego wyboru. Jak było u Ciebie?

    Nie powiedziałbym, żeby to była wielka fascynacja, ale tak jak u większości Polaków – lista lektur pod koniec podstawówki zobowiązuje. Wtedy czyta się „Heban” i „Cesarza”. Czytałem nawet więcej, niż przewidywał kanon, bo zachęcał nas do tego polonista. Miałem jednak poczucie, że jest dla mnie za wcześnie, żeby coś z tych książek wyciągnąć więcej. Że do zagadnień o wolności i sprawiedliwości społecznej trzeba dojrzeć. Byłem chłystkiem, książki były dla mnie za trudne. Na pewno zapamiętałem to, co od zawsze stymuluje moją wyobraźnię – imponujące, plastyczne poetyckie opisy.

    Miałeś kiedyś iść na ASP.

    Zgadza się, zajmowałem się rysunkiem i malarstwem. Ponownie odkryłem Kapuścińskiego podczas pracy nad filmem. Doznałem olśnienia: obrazy, które we mnie zostały, zrosły się z aktualnością poruszanych przez reportera zagadnień. W pracy nad filmem próbowałem dekonstruować świat i złożyć go z powrotem. Bawić się tym. Moim ukochanym filmem jest „Neverending story”. Ten film zaczarował moją chłopięcą głowę. Tam wciąż dzieją się surrealistyczne, nowe rzeczy. „Jeszcze dzień życia” pozwolił w swojej formule zutylizować trochę epicki rozmach, a przy okazji poruszyć tematy aktualne. Media wciąż donoszą o sytuacji na Ukrainie i w Syrii. Nawet w naszym rodzimym ogródku szaleje confusão (portug. zamęt, zamieszanie – przyp. red.). Zobaczyłem szansę na realizację filmu o narracyjnym rozmachu z komponentą skrajnie aktualną, a przy tym być może ponadczasową.

    W świetle kulawo znowelizowanego prawa prasowego i popularności mediów społecznościowych wszyscy jesteśmy dziennikarzami. Po latach docieracie do Angoli i rozmawiacie z żyjącymi, naocznymi świadkami wielkiego przewrotu – w latach 70. rodziła się nowa Afryka postkolonialna. Kim byliście – dokumentalistami, reporterami? A może artystami – jeśli dodać do tego nowatorską formę przekazu?

    Z wrodzonej skromności ograniczyłbym się do bycia filmowcem. Realizowaliśmy pewien plan, precyzyjną instrukcję z udziałem autentycznych bohaterów. Nie zaprzeczam – na pewnym etapie pracy pojawia się myśl, że w jakimś stopniu realizujemy formułę Ryszarda Kapuścińskiego. Próbujemy rozumieć ludzi, a nie tylko pokazywać wydarzenia przez pryzmat faktów. Nie skupiamy się też na tym, kto miał rację w konflikcie. To przybliża nas do pracy reportera – który opisuje świat, przebywając z rozmówcami. Także przez pryzmat ich uczuć, które przecież faktami nie są. Oddech Kapuścińskiego w naszym filmie zatem jest, to nie tylko zapisy cudzych wspomnień przepuszczone przez filtr naszego postrzegania.

    I wrażliwości. W filmie pojawia się zdanie, że już sama obecność dziennikarza na miejscu wiele zmienia.

    Kapuściński rezygnował z klasycznej perspektywy. Nie patrzył ze wschodu na wschód. Kiedyś mówiliśmy o kolonizatorach, dziś o uchodźcach – Kapuściński patrzył człowiekowi w oczy, stając na wprost.

    Dziennikarz nie jest biernym świadkiem, staje się bojownikiem w sprawie. Ma dostęp do broni w postaci informacji. Jakkolwiek pompatycznie to brzmi – każdy z nas ma realny wpływ na losy świata. Co chwilę stajemy przed wyborem.

    Obiektywizm jest niedefiniowalny. Zawsze powtarzam formułkę, że zmiana świata to nie żadne „rocket science”, tylko „quantum physics”. Chodzi o ciężar dylematów, które dźwigamy jako ludzie. Reporter na pewno przynajmniej raz w życiu znajdzie się w sytuacji, która da mu odczuć, że ma realny wpływ na bieg wydarzeń. Ilu reporterów, tyle etyk zawodowych i pomysłów na to, jak reagować w danej sytuacji. W latach 70. Kapuściński znalazł się w tym miejscu i czasie niekoniecznie tylko z powodów stricte zawodowych. Goni swoje fascynacje i demony z żelazną konsekwencją. Zmierza w kierunku epicentrum konfliktu, żeby móc nadać depeszę. Wiadomo, że tam nawet nie znajdzie w tym celu teleksu. Jedzie więc, żeby odnaleźć Chrystusa z plakatu. Zatracił się w swoich wojnach i nadal podąża w kierunku jądra ciemności. Może to uzależnienie od adrenaliny, ucieczka od samego siebie, potrzeba życia na krawędzi – mógł to robić z masy powodów, niekoniecznie profesjonalnych. Kapuściński w Angoli przekroczył wiele granic. Każdy jego ruch powodował reakcję. Czy by tę depeszę nadał, czy nie – i tak ginęliby ludzie. Miał na to tylko częściowy wpływ. Na pewno teleks był dla niego frustrujący – mógł przez niego nadać zaledwie kilka słów, nie mógł się zrealizować jako pisarz, a ten się w nim narodził w Angoli. Dotarł do swojego limitu wytrzymałości pod wpływem tego, co zobaczył i usłyszał. To jedna z sytuacji, która wykuwa charakter, w tym przypadku pisarza.

    Przekroczył w sobie Rubikon.

    Myślę, że ma na to wpływ fizyka kwantowa, o której wspomniałem. Ruchome piaski i confusão. Piękne portugalskie słowo.

    Jeszcze-dzień-życia_03

    O niepokojąco aktualnej wymowie.

    Przerażająco aktualnej. Kapuściński mówi, że confusão zawsze wróci. Po to reporter jeździł na wojny – żeby wciąż na nowo się z nim rozprawiać. Dochodzi do wniosku, że czasem lepiej zaakceptować chaos niż na siłę go porządkować. Paradoksalnie sprzątający bywają gorsi od bałaganu. Wystarczy otworzyć gazetę. Zapominamy o tym, co było powodem większości konfliktów zbrojnych, bo te napędzają się same. I to wraca zawsze. Dziś oficjalnie nie mamy zimnej wojny, ale poziom skonfliktowania świata jest tak duży, że w sumie trudno stwierdzić, kto z kim wojnę prowadzi, bo charakter konfliktów się zmienił.

    W filmie padają słowa o tym, że konflikty wewnętrzne zawsze prowadzą do zewnętrznych.

    Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie próbował wykorzystać tę sytuację i położyć łapę na zasobach. Czy walka o Syrię różni się jakkolwiek od konfliktów w Afryce w latach 70. i 80.? Wydaje mi się, że nieszczególnie.

    Żyjący świadkowie, jak Farusco – widzieli film?

    Tych ludzi nie udało się nigdy z Angoli wyciągnąć poza jednym momentem. Na dwa tygodnie przed Cannes przyjechali do Lizbony. I akurat nie mogłem wtedy się z nimi spotkać. Byli filmem poruszeni, wzruszeni, bardzo szczęśliwi. Baliśmy się jednak ich reakcji. Farusco to przecież generał w stanie spoczynku, do niedawna był aktywnym politykiem, ministrem spraw wewnętrznych. To ważna postać – istotny człowiek z realną traumą, porywczy i znerwicowany, potrafił wymachiwać karabinem na środku odludzia podczas zdjęć. W filmie pada pod jego adresem mnóstwo oskarżeń o zdradę, nie wiedzieliśmy, jak to odbierze. Oprócz porywczości – jest też skryty i skromny, w trakcie wywiadu jest zawsze fotografowany tyłem, nie może znieść bycia w centrum. Na początku w ogóle nie chciał z Raulem rozmawiać, mówił, że znajdzie nam dziesiątki takich, którzy mogą powiedzieć o konflikcie więcej niż on. Po seansie był podobno wzruszony. To dla nas wielki sukces.

    Jedną z Twoich fascynacji są bitwy lotnicze. 

    To czysta fascynacja, niezakorzeniona głęboko. Jako dziecko marzyłem o zostaniu pilotem, bo dynamika, prędkość, przestrzeń – to oddziaływało na moją wyobraźnię. Ot, trajektorie ruchu i romantyczna strona latania. Człowiek w maszynie w sytuacji granicznej – olbrzymie wysokości i temperatura minus 70, w której zamarzają gałki oczne.

    Ekstrema są dla Ciebie inspirujące? 

    Człowiek w takich sytuacjach mnie fascynuje. Wojna jako taka nie, ale człowiek w sytuacji wojny – już tak. Widać to pewnie w filmie „Paths of Hate”. Animacja jest świetnym narzędziem do pokazywania dwóch stron rzeczywistości i wykorzystywania wyobraźni. Pozwala patrzeć na świat przez pryzmat emocji. Chwilowe stany odmienne, budzenie się w ludziach demonów, o których istnienie by siebie nie podejrzewali. Wojna jako zjawisko ma w sobie nieskończony potencjał, żeby opowiadać historie ludzi, którzy znaleźli się w sytuacjach granicznych. Kiedy zło wychodzi z człowieka. Albo reakcje wobec bezradności.

    Moment dekonstrukcji oznacza rozpad i jest początkiem czegoś nowego jednocześnie. Kapuściński jedzie na południe Angoli, gnany nieznaną wewnętrzną siłą, w sam środek jądra ciemności, żeby narodził się z niego pisarz. Przepoczwarza się. Przekracza granicę własną, a przez to granice języka, gatunku.

    Moment ekstremalny, graniczny następuje wtedy, kiedy człowiek przestaje widzieć iluzję, a dostrzega nagle nagą prawdę. W naszym filmie zsyntetyzowaliśmy proces do paru wydarzeń. Zmiana w reporterze nie nastąpiła na pewno na przestrzeni 3 miesięcy. Ale mechanizm jest ten sam. Iluzje, fascynacje i demony ustępują miejsca ukształtowanej świadomości. Kapuściński sam się rozpadł i sam się poskładał. Uzmysłowił sobie, co dla niego jest ważne – w obserwacjach i dalszym przekazie. W jednej ze scen Farusco opowiada o kobiecie z chlebem. To oczywiście scena z książki. Że ta kobieta jest dla życia i dla chleba – i czasem to wystarczy. A nawet z nawiązką. To słowa, które zapoczątkowały w reporterze świadomościową zmianę. Od teraz nie skupia się na przywódcy zbrojnego powstania i romantycznych bojownikach o idee, tylko na kobiecie z chlebem. Oczywiście postaci poboczne nie przestają być dla niego reportersko fascynujący, ale zaczyna opisywać świat przez inny pryzmat.

    Jeden z rannych w ciężarówce prosi reportera o ostatnie zdjęcie. Jak wielka jest w zwykłym człowieku potrzeba poczucia, że nie zginie cały.

    Jak wielka jest potrzeba ocalenia i utrwalenia godności. Kapuściński utrwala i powtarza tę formułę, czyni ją główną zasadą tłumaczenia świata człowieka z jednego końca świata temu na drugim końcu. Wolność, idee zbawiania i wyzwolenia – to abstrakcje. Liczy się najbliższe otoczenie i kształt dnia, bochenek chleba.

    Jeszcze-dzień-życia_04

    W polskiej kulturze mamy wiele postaci, które nie wróciły z wojny wewnętrznej, jak Krzysztof Miller. Myślałeś jeszcze o filmie o człowieku-ikonie?

    O postaci nie, ale o formacie – jak najbardziej. To narzędzie, które wypracowaliśmy wspólnie. Nie chodzi o postać czy historię, ale zderzenie prawdy z fikcją, żeby pokazać podszewkę zjawiska.

    Taka forma pozwala rozbijać egzaltowane bańki. „Jeszcze dzień życia” dotyka zagadnień fundamentalnych dla tożsamości, życia człowieka, a z drugiej strony – prezentuje je w formie animacji, która z zasady buduje dystans.

    Animacja w swojej formule pozwala częściowo bezboleśnie przeprowadzić nas przez temat, o którego istnieniu nie chcemy wiedzieć. Przecież dziś nie chcemy widzieć pustych kapoków na plażach. Chcemy być cynikami i to też jest przerażające. Zjawiska nam zagrażające nie powstają ot tak. My chcemy tych zjawisk. Chcemy dostawać materiał, na który mamy ochotę: fake newsy chociażby. Powstają, bo jest na nie przestrzeń. Prawda jest za trudna do przyjęcia.

    Jeszcze projekt życia przed Tobą?

    Pewnie tak. Czekamy z Raulem, aż pomysł na film się narodzi. To wymaga czasu. W psychologii mówi się, że doświadczenie staje się na pewnym etapie doznaniem negatywnym. Wiemy już, ile kosztuje praca nad filmem hybrydowym. Kiedy zaczynaliśmy, byliśmy odważni, bo nie wiedzieliśmy, co nas czeka. Teraz będziemy potwornie ostrożni, żeby znaleźć temat, który nas satysfakcjonuje. Doświadczenie i świadomość bywają potężnym balastem.

    Czego Ci twórczo życzyć w kolejnych dniach życia?

    Energii, zapału i odwagi. I żebym zapomniał o balaście. Żebym z powrotem nie wiedział, jak to się robi.

     

    Damian Nenow– ur. 1983, reżyser filmowy, twórca krótkometrażowych filmów animowanych, ilustracji i konceptów. Pracuje w studiu Platige Image, gdzie zajmuje się reżyserią, animacją, montażem oraz szeroko pojętą grafiką 3D. Absolwent Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi. Jego pierwszoroczny film „The Aim” (2005) dostał nagrodę specjalną na festiwalu „ReAnimacja” w Łodzi oraz pierwszą nagrodę na festiwalu „Dozwolone do 21 lat” w Tarnowie. Jego animacja „Paths of Hate” była wyświetlana na ponad 90 festiwalach i nagrodzona 25 razy.

     

     

    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Przeczytaj również
    Reklama
    reklama Anywhere