• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Magdalena Juszczyk

    Dziennikarka radiowa i telewizyjna. Zaczynała w Radiu Jazz z serwisem kulturalnym "HeyNow na miasto". Potem było Radio PiN, codzienny "Kalkulator kulturalny" i wywiady z osobowościami świata kultury. Radiowa Dwójka stała się na kilka lat miejscem jej cotygodniowych spotkań z twórcami w cyklu "W Dwójce raźniej". Za emitowany w Telewizji Kino Polska "Program obowiązkowy" nominowana była w 2017 r. do nagród PISF-u. Ma maturę, magistra, kartę mikrofonową i prawo jazdy kategorii B. Lubi rowery z RFN-u, stylowe motocykle wraz z ich jeźdźcami, a do szybowca wsiada na jedno zawołanie.

    Filip Pławiak: Nie każdą scenę trzeba wygrać

    2018-11-05
    Jedni reżyserzy widzą w nim pogodnego blondyna z pozytywną aurą, inni każą mu na ekranie mordować z premedytacją. Dla roli gotów jest skakać do basenu na główkę lub nauczyć się rosyjskiego w kilka tygodni. Amerykańscy recenzenci doszukują się w nim podobieństw do swoich znakomitych aktorów, a on mógłby zasilić obsadę wczesnych filmów Krzysztofa Kieślowskiego. Ma 29 lat, mnóstwo wdzięku, apetyt na granie i instynkt zawodowca. Filip Pławiak niedawno został szpiegiem.

    Natychmiast po przekroczeniu progu naszego studia zakomunikowałeś, że nie lubisz wywiadów. Jest dla aktora pewną trudnością spotykanie się z dziennikarzami, którzy zamierzają grzebać w ich technikach pracy?

    To kwestia indywidualna. Ja mam akurat tak, że lubię to, co robię, ale nie lubię o tym mówić. Nie lubię opowiadać, jak buduję rolę, jak ją przygotowuję. Wychodzę z założenia, że najważniejsze jest to, co widać na ekranie. Nie chcę potem opowiadać, co chciałem osiągnąć, bo widz może odnajdować w tym coś innego, co też będzie w porządku.

    To chyba w ogóle jest problem artystów-filmowców, reżyserów i innych twórców.

    Owszem. Podoba mi się, że w „Czerwonym pająku” Marcina Koszałki cała sieć interpretacji, dlaczego wydarzyło się to, co się wydarzyło, jest bardzo otwarta i widz może rozumieć film na mnóstwo różnych sposobów. I to jest dla mnie fajne w kinie, lubię oglądać takie historie, w których sam mogę sobie coś dopowiedzieć.

    filip_plawiak

    Zanim, jak w „Czerwonym pająku”, wszedłeś w krainę mroku, grałeś zupełnie inne postaci. Przypomnijmy chociażby sympatycznego słonecznego chłopca z blond lokami z „Biletu na Księżyc” Jacka Bromskiego. Chcesz mieszać te światy, a w nich rozmaicie wykorzystywać swoje warunki?

    Chcę! Dla mnie właśnie to jest najciekawsze w moim zawodzie: mogę wchodzić w różne buty, mogę stawać się różnymi ludźmi i przeżywać kilka żyć w jednym – to jest super. Im bardziej różnorodne są moje postaci, tym większe stanowią dla mnie wyzwanie. Dobrze się czuję w mroczniejszych rolach, ale lubię też pojawić się w pozytywnej aurze, z szerszym uśmiechem – „Bilet na Księżyc” był okazją do tego. Po tym filmie trochę się nawet bałem, że zostanę w jakiejś szufladzie bez szans na wkraczanie w mroczne światy, ale na szczęście od razu trafił się „Czerwony pająk”.

    „Prosta historia o morderstwie” Arkadiusza Jakubika to też kraina mroku i tajemnicy. Rodzi się pytanie, czy nie zostaniesz do niej już na dobre przyporządkowany?

    Nie boję się tego. W tzw. międzyczasie pojawiły się „Listy do M. 3”, które z mrokiem mają niewiele wspólnego.

    Dziwiłam się, że zagrałeś w tej produkcji.

    Właśnie po to to zrobiłem, żebyś się dziwiła! Fajnie od czasu do czasu pokazać się z zupełnie innej strony, a tam miałem taką szansę. Zagrałem sympatycznego, uśmiechniętego weterynarza. I chciałem rozjaśnić ten mrok, który się wcześniej w moich filmach pojawiał.

    Rozmawiamy o pierwszej dużej roli w kinie, na wielkim ekranie, ale wcześniej grywałeś w serialach, epizody w filmach…

    Była to ogromna radość, kiedy po czwartym roku studiów od razu w wakacje mogłem zagrać jedną z głównych ról w filmie. Przedstawiono mi scenariusz „Biletu na Księżyc” i zachwycony starałem się zagrać jak najlepiej. A później, przy każdej kolejnej propozycji, rozważałem – chcę to robić, czy też nie. Nie jest jednak tak, że mam już ogromny wybór i mogę przebierać w ofertach. Na początku myślałem, że jeśli zagra się główną rolę w filmie, to wszystkie drzwi będą już otwarte, ale tak nie jest. Na szczęście od razu po zdjęciach udało mi się dostać rolę u Marcina Koszałki. Później pojawiały się jakieś propozycje i kiedy przed castingiem bardzo chciałem zagrać w danym filmie (wiedząc, o czym ma on być i będąc tym mocno zainteresowanym), robiłem wszystko, żeby rolę otrzymać. I zauważyłem pewną prawidłowość: jeśli się czegoś bardzo, bardzo chce, to wtedy szanse są dużo większe. Jeżeli człowiek nie do końca wyobraża sobie siebie w danej postaci, to często nie udaje się wygrać castingu.

    filip_plawiak_2

    Samospełniająca się przepowiednia?

    Trochę tak. Odporność psychiczna jest chyba jedną z najważniejszych cech, jaką powinien mieć aktor. Cały czas jesteśmy oceniani, są nam przypinane jakieś łatki i na żadnym etapie nie możemy sobie powiedzieć: teraz jestem już nietykalny i zawsze będę miał co grać. To tak nie działa.

    Chyba od dawna wiesz o sobie, że jesteś psychicznie bardzo silny?

    Jestem. W tej pracy dużo bawimy się naszą psychiką. Budzenie w sobie emocji, które u granego przez nas bohatera mogą prowadzić do przemocy czy nienawiści, albo do tego, że chce on kogoś zabić – to są tematy, których wolimy nie dotykać w normalnym życiu. A my, aktorzy, mamy przyzwolenie, by się tym „bawić”. Ale trzeba też to umieć robić, a także się od tego odciąć. W tej pracy można też podróżować – gdy się wejdzie w kostium, w scenografię, powstaje wrażenie, że się wsiadło w wehikuł czasu.

    W „Czerwonym pająku” ta podróż się udała, zwłaszcza że Marcin Koszałka jako wyśmienity operator umiał potraktować cię jako element wizualny świata stworzonego w opowieści. Wyglądasz jak wyjęty z tamtych czasów.

    Marcin szukał chłopaka o ciemnych włosach i ciemnych oczach, a wszystko tak się potoczyło, że się nim stałem – ja, blondyn o niebieskich oczach. Super nam się współpracowało! On na pewno jest dotknięty jakimś darem, to musi być geniusz. Świetne jest to, jak potrafi zarazić swoim podejściem do pracy.

    REKLAMA

    bulwary_ksiazece

    REKLAMA

    98223b39-930d-41cc-86b6-9f3c435c56a7_lossy30 

    Zatem chciałeś na planie u Koszałki skakać na główkę do basenu. Nie wiesz, jakie są zasady BHP?

    Owszem, wiem, ale nie wiem, dlaczego takie są.

    Chciałeś się popisać?

    Sporo trenowaliśmy do tego filmu...

    Lubisz aktywność, sport? 

    Lubię bardzo. Lubię też rywalizację, zdrową rywalizację. 

    W sporcie czy w zawodzie? 

    W moim przypadku rywalizacja sportowa przenosi się do zawodu. Chociażby w taki sposób, że zawsze chcę grać jak najlepiej. Rzadko jestem w stu procentach zadowolony. Jest w porządku, a ja chciałbym lepiej, coś bym poprawił, coś zmienił. 

    Z kim się ścigasz?

    Z sobą samym. I najciekawsza jest dla mnie różnorodność. Nie chcę grać ról wyłącznie jednego rodzaju. Typem twardziela – widać to na pierwszy rzut oka – nie jestem. Ale mogę twardziela zagrać. I trafiają mi się takie role, jak chociażby w „Nielegalnych”.

    Jaki świat jest tam przedstawiony?

    To świat niezwykle interesujący, świat szpiegów. Chyba każdego fascynują ich tajemnice. Nie bez powodu powstaje na świecie tyle filmów o szpiegach. W Polsce kręci się ich niewiele. Wspaniale, że w końcu i u nas pojawia się serial szpiegowski.

    filip_plawiak_3

    Dlaczego tak nas to podnieca?

    Chcemy dotknąć tego, czego nie znamy, co jest dla nas tajemnicze i ryzykowne.

    W jakim stopniu CANAL+ ryzykuje, ekranizując bestsellerowe powieści Vincenta Severskiego, i ile w tej produkcji było twojego ryzyka?

    Mojego ryzyka było niewiele.

    A granie w języku rosyjskim?

    To było wyzwanie! W pewnym sensie owszem, również ryzyko. Ale niebezpieczeństwo, że sama produkcja będzie nieudana, jawiło mi się jako znikome. Gwarancją była z jednej strony baza, czyli proza Vincenta Severskiego, a z drugiej – filmowcy: reżyserzy Leszek Dawid i Jan P. Matuszyński, operatorzy Piotr Sobociński i Kacper Fertacz, a także cała ekipa aktorska. [m.in.: Grzegorz Damięcki, Agnieszka Grochowska, Sylwia Juszczak, Andrzej Seweryn, Wojciech Żołądkowicz, Synnøve Macody Lund – przyp. M.J.] 

    Zdjęcia w serialu „Nielegalni” robią na mnie wrażenie, a ty odnalazłeś się w tym obrazie idealnie.

    Cieszę się bardzo. Widziałem dopiero dwa odcinki, z ciekawością czekam na kolejne.

    Jestem zdania, że grana przez ciebie postać Olega Zubowa „Travisa” jest najmocniejszym punktem całej opowieści. A w serialu świetnie wypada twój spokój, tajemnica, umiejętność bycia trochę groźnym, nienazwanym, taką tykającą bombą. No i największy walor: język rosyjski. Kto cię go uczył?

    Tomek Leszczyński, który studiował w Rosji i pracuje tam często. Przygotowywał mnie prawie dwa miesiące. Jeśli chodzi o język, czułem się bardzo bezpiecznie. Kiedy filmowaliśmy sceny po rosyjsku, Tomek zawsze był na planie, mogłem go o coś zapytać. W serialu 60-70% kwestii wygłaszam po rosyjsku. I super jest to nowe doświadczenie grania w obcym języku. Rosyjskojęzyczni aktorzy byli bardzo otwarci, wspaniale się z nimi pracowało. Jedyny stres, jaki miałem w spotkaniach z nimi na planie, to właśnie kwestie językowe, nie chciałem być przez nich nierozumiany. Ale chwalili mnie, mówiąc „oczeń haraszo!”.

    Miałeś swoje preferencje co do wyboru postaci granej w „Nielegalnych”?

    Nie, otrzymałem propozycję zagrania tej konkretnej postaci. Dawała pole do popisu, byłem zachwycony tym, jak została napisana w scenariuszu. Andrzej Seweryn powiedział, że gdyby był młodszy, chciałby zagrać „Travisa”. Faktycznie trafił mi się temat wdzięczny do wykreowania. Kiedy mój bohater uruchamia w sobie świadomość oficera KGB, potrafi zachowywać się naturalnie i żyć życiem kogoś takiego. Jak powiedział Vincent Severski, bycie szpiegiem nie polega na stworzeniu sobie kilku twarzy, lecz kilku świadomości. 

    Szpieg jest zatem trochę jak aktor? 

    Trochę tak. Z tym że waga decyzji szpiegów jest o wiele większa niż waga decyzji aktorów. My możemy zagrać lepiej lub gorzej w lepszej lub gorszej produkcji, a u nich stawka jest dużo wyższa.

    REKLAMA 

    CYB_online_banner_PO_Lemo_anim

     

    Jakiś recenzent z prasy światowej, opisując aktorstwo Filipa Pławiaka, zestawił twój wizerunek z dwoma nazwiskami: Edwarda Nortona i Ryana Goslinga. Co to wywołuje w twojej wyobraźni na tym etapie życia?

    Ogromną radość. Tekst ukazał się w „The Hollywood Reporter”. Niby nikt nie chce być do nikogo porównywany, ale gdy jesteś zestawiany z Nortonem... Podziwiam go od „Lęku pierwotnego”, to jeden z moich ulubionych aktorów. Ktoś wysłał mi ten artykuł, byłem wtedy na planie „Wołynia” i po przeczytaniu nawet trochę się wzruszyłem.

    Ten temat odwołuje nas też do sesji fotograficznej w Anywhere.pl. Być może autorka zdjęć, Dorota Czoch, również odnalazła te podobieństwa? Czy w takiej sesji fotograficznej masz coś do zagrania?

    Przed obiektywem aparatu nie czuję się komfortowo, inaczej niż przed kamerą. Gdy ktoś robi mi zdjęcia, musi się zazwyczaj mocno napracować, żeby coś ze mnie wydobyć. Zanim uda się to osiągnąć, stresuję się i czuję jak totalne drewno.

    Masz ranking swoich ról?

    Nie mam. Wychodzę z założenia, że po zagraniu każdej roli jakaś jej cząstka zostaje we mnie i buduje bagaż moich doświadczeń. Zbieram nie tylko własne doświadczenia, ale też doświadczenia moich bohaterów. Korzystam z tej możliwości i w moim 29-letnim życiu nazbierałem już więcej doświadczeń, niż by mi się udało, gdybym nie tworzył postaci w aktorstwie. Ich przeżycia w pewnym sensie stają się moimi.

    filip_plawiak_4

    W swojej pracy spotykałeś też tuzów zawodu. W „Prostej historii o morderstwie”, w której twoja rola była filarem filmu, miałeś fantastycznych partnerów, Andrzeja Chyrę i Kingę Preis. Oni są trochę za młodzi, żeby być twoimi mistrzami, ale może nauczyli cię czegoś?

    Z całą pewnością dużo się od nich nauczyłem. W pracy z bardziej doświadczonymi i cenionymi aktorami – a właściwie ze wszystkimi, z którymi się spotykam – staram się podpatrywać i uczyć, ile się da, wyciągać to, co najlepsze. Z Kingą i z Andrzejem bardzo dobrze się dogadywaliśmy, a dzięki temu, jak mnie traktowali, nie czułem się przy nich malutki. Była to partnerska współpraca. Świetnie pracowało się też z Arkiem Jakubikiem, który wspaniale wszystkim zarządzał. Zawsze do takich spotkań podchodzę bardziej z entuzjazmem niż z obawą, z im lepszym aktorem mam grać, tym bardziej się cieszę, tym większą mam frajdę i wyzwanie. 

    Już o tym mówiliśmy, że lubisz rywalizację.

    Lubię, ale też zdaję sobie sprawę z tego, o czym czasami się zapomina: nie każdą scenę trzeba wygrać. Należy myśleć o tym, co będzie lepsze dla historii, nie można podchodzić do grania w taki sposób, że zawsze muszę coś udowodnić. Są sceny, w których grana przeze mnie postać musi być słabsza i pod kątem rywalizacji muszę przegrać. Dla opowiadanej historii tak będzie lepiej. A ja jeszcze wam pokażę na przykład sześć scen później. 

    Jestem zaskoczona tą refleksją u tak młodego człowieka. Na dobrą sprawę to jest doświadczenie życiowe. „Nie każdą scenę trzeba wygrać” – kto ci przekazał tę wiedzę? 

    Sam doszedłem do takiego wniosku. Może wyniosłem to też z domu, z wychowania, może z jakichś przeżyć, ale na pewno z dotychczasowych doświadczeń zawodowych. Bywałem czasem świadkiem takich sytuacji w pracy, w których ktoś koniecznie chciał wygrać, a nie powinien, i ja to dostrzegałem. Nie moim zadaniem jest przywoływanie odpowiednich zależności i proporcji na planie, to sprawa reżysera.

    Jakim twórcą jest Wojciech Smarzowski? To ktoś, kto stawia aktora przed trudnymi dylematami, również zawodowymi?

    Bardzo się ucieszyłem z szansy współpracy z Wojtkiem Smarzowskim przy „Wołyniu”. Nawet nie wiem, jak go określić... To jest tak łebski gość, że z każdego spotkania, nawet jeśli to tylko chwila z nim, można brać garściami. Cieszę się, że chwilę dla siebie w tym Wołyniu mieliśmy, niezwykle to dla mnie cenne i chciałbym więcej. Nawet gdyby zaproponował mi stanie w trzecim planie…

    Czyli to nie ty odmówiłeś mu udziału w filmie „Kler”?

    Nie, nie ja. Do mnie nie dzwonił.

    Wyobrażam sobie ciebie w koloratce...

    Może będzie „Kler 2”?

    Czarny humor. Skoro mowa o „Klerze”, myślisz, że kino może zmieniać rzeczywistość? 

    Mam taką nadzieję.

     

    fot.: Dorota Czoch 

     

    Galeria
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Przeczytaj również
    Reklama
    reklama Anywhere