• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Tomasz Kowalski

    Z wykształcenia prawnik. Rocznik 70. Katowiczanin. Pisarz. Autor „Mędrca kaźni”, „Rozmów na trzech grabarzy i jedną śmierć”, „Nie pozwolisz żyć czarownicy” oraz zbioru opowiadań „Przysionek, dom dla pozornie umarłych”.

    Mój świat

    2018-11-01

    Poszedłem tydzień temu na cmentarz i od razu udałem się do baraku tamtejszych grabarzy. Powód? Musiałem porozmawiać o naprawie nagrobka moich rodziców. Minęło już tyle lat, odkąd stałem się sierotą, że ogromna granitowa płyta z napisem „Michał i Teresa” przechyliła się na bok niczym tankowiec osiadły na mieliźnie. Nie wiem, jak na to zapatrują się moi rodzice, o ile w ogóle mają po śmierci jakikolwiek wgląd w moje życie, ale pozostali członkowie rodziny na pewno nie darowaliby mi, gdybym nic z tym nie zrobił. Podczas kolejnego święta zmarłych czcigodne ciotki i szanowni wujowie moi bez wątpienia wykrzywialiby swoje usta w wyrazie ogólnego niezadowolenia i pogardy dla wygasłej, w ich mniemaniu, synowskiej miłości. Oczywiście skłamałbym, gdybym powiedział, że tylko krzywy nagrobek rodziców był jedynym powodem mojej wizyty na cmentarzu. Nie, nie tylko. Doskonale wiecie, że ciągnie mnie w takie miejsca. Nie z powodu jakichś traumatycznych przeżyć niedających się zapomnieć czy depresji będącej wynikiem rozczarowania życiem doczesnym, a objawiającej się natrętną myślą o samobójstwie. Nic z tych rzeczy. Po prostu dobrze się czuję na cmentarzach. Powiedziałbym nawet, że lepiej niż w górach na wycieczce czy w parku na rolkach. Szczególnie zaś upodobałem sobie te nekropolie posadowione pośrodku wielkich miast, ukryte między osiedlami, na skrzyżowaniach ruchliwych dróg, w sąsiedztwie banków i pędzących pociągów. Przechodząc bowiem przez cmentarną bramę, nagle wkraczam w świat przedziwnej, nadnaturalnej ciszy, świat odporny na postęp i zmiany te zza cmentarnego muru, nad którymi ja, czterdziestoośmioletni już mężczyzna, przestaję pomału nadążać. Dopiero tu, pośród umarłych, jestem w stanie usłyszeć bicie swojego serca i szum własnego oddechu – dowodów życia. Potężne, wiekowe drzewa, czerpiące życiodajne soki wprost z czeluści mogił, rzucając cień na rozległe marmurowe morze nagrobków – i niczym greckie kolosy – czuwają nad bezpiecznym snem zmarłych i rozgorączkowanymi umysłami odwiedzających takie miejsca żywych ludzi.

    Ja sam nigdy jednak nie wchodzę na cmentarz jak do siebie. No cóż, póki w piersiach bije serce, jestem tu tylko gościem i przechadzając się szerokimi alejkami czy przeciskając się z trudem pomiędzy grobami, w myślach witam się grzecznie ze wszystkimi. I z tymi znanymi mi jeszcze za życia, jak również z tymi, których miałem okazję poznać dopiero tu, na cmentarzu. Więc kłaniam się nisko babci Janinie Nocoń zmarłej 22 maja 1989 roku, która przeżyła aż 93 lata. I panu inżynierowi Adamowi Jasińskiemu, który odszedł 17 lutego 2011 roku, pozostawiając wdowę Marzenę i ich dorosłą już córkę Agnieszkę. I młodemu Piotrkowi Haberowi, który zginął w wypadku motocyklowym w wieku zaledwie lat dwudziestu jeden. I królom cygańskim, i wojewodom, i lekarzom, górnikom, gospodyniom domowym, przedszkolankom i nauczycielkom historii. Pani Kozłowskiej Walentynie i jej mężowi Franciszkowi, który zmarł miesiąc po niej, z żalu po śmierci ukochanej żony. Andrzejowi i Lucynie, Grzegorzowi, Zbyszkowi i tym maleństwom, które nie zdążyły poznać świata. Tym z lewej i tym z prawej strony, tym pochowanym tuż przy kaplicy i tym spod muru. Lubię też przyglądać się ludziom, tym żyjącym, którzy odwiedzają groby swoich bliskich. Kobietom pochylonym ze szmatą nad grobami swoich mężów, rozmawiającym z sąsiadką o kolejkach w przychodni lekarskiej. Starszym mężczyznom, poprawiającym końcem laski wazon z gerberami. Zamyślonym córkom i spoglądającym na zegarek zniecierpliwionym zięciom. Wbrew pozorom to właśnie na cmentarzu najmniej doskwiera nam świadomość czyjegoś odejścia. Oni tu przecież ciągle są, czekają na nas i myślę, że cieszą się naszą obecnością. Nie dziwi więc widok przygarbionej kobiety w kolorowej podomce, która czule mówi do zmarłego męża: „Zobacz, stary, jak masz tu brudno”. Ja tymczasem dotarłem do celu. Zapaliłem papierosa i oparłem się o drzwi baraku.

    – Dzień dobry, ja w sprawie wyprostowania nagrobka.

    W środku siedziało dwóch mężczyzn ubranych w stroje robocze. Spod podwiniętych, flanelowych rękawów wystawały żylaste, mocno opalone ręce. Jeden z nich spojrzał na mnie przyjaźnie.

    – Wypoziomowania chyba – poprawił mnie.

    – Właśnie, o wypoziomowanie.

    – Chodźmy, pan pokaże.

    I poszliśmy. Od razu dało się wyczuć jakąś nić porozumienia, tę mroczną sympatię. Słoneczko cudnie grzało. Idąc, paliliśmy papierosy i rozmawialiśmy.

    – Ile to może kosztować? – zapytałem.

    – Musimy obejrzeć – odpowiedział majster grabarz i dodał – to tak jak lekarz. Muszę otworzyć, żeby wiedzieć, co jest do zrobienia.

    – Bo może się okazać, że trzeba z powrotem zaszyć – zażartowałem ponuro.

    – Żebyś pan wiedział. Jak ostatnio z moją ciotką – zaczął opowiadać mężczyzna – położyli ją na stole operacyjnym, otworzyli, a tam rak, wszędzie. No to zaszyli. Zmarła tydzień później, sześćdziesiąt jeden lat. „Cholera – pomyślałem – te cmentarne pogaduchy. Wszystko na jedną nutę, wszystko kończy się w ziemi na poziomie minus 170 cm”.

    – Ale się te groby walą – zmieniłem temat, robiąc przy tym zamaszysty gest.

    – Tak to jest. To przez te trumny, panie, liche teraz takie robią, dziadostwo. A jeszcze jak pogrzeb latem, ziemia sucha, to najgorzej. Spadnie, panie, deszcz, ziemia naciągnie wody i się ubija. A u pana, ile leżą?

    – Ostatni pogrzeb – policzyłem w pamięci – czternaście lat temu.

    – O, to spokojnie. Jak teraz zrobimy, to już na zawsze będzie prosty.

    – To ile?

    – Nie zedrę z pana. – Uśmiechnął się i machnął ręką.

    Z głównej alei skręciliśmy w bok w mniejszą alejkę o numerze 14. Po oględzinach, ustaleniu ceny i terminu pożegnaliśmy się serdecznie. Faktycznie, nie zdarł ze mnie. Stałem potem przez chwilę sam nad grobem rodziców. To dziwne, ale wspominając zmarłych, pierwsza myśl, jaka przychodzi człowiekowi do głowy, to wspomnienie chwili, w której dowiedzieliśmy się o ich śmierci. Miałem dziesięć lat, kiedy razem z ojcem jechałem odwiedzić mamę w szpitalu. Był czerwiec, słoneczny, wręcz upalny dzień. Mama dwa dni wcześniej przeszła operację usunięcia kamieni żółciowych. Czułem, że coś jest nie tak. Ojciec już wiedział, ale póki co, nie dawał nic po sobie poznać. Kiedy dotarliśmy na miejsce, wyszedł nam na spotkanie lekarz, który przeprowadził operację mamy. Pamiętam, że ojciec długo wahał się, zanim podał mu rękę. Stałem obok, a pan w białym fartuchu mówił coś o zakażeniu, sepsie i że nic nie dało się zrobić. Wtedy po raz pierwszy i chyba ostatni raz w życiu rozpłakałem się z powodu czyjejś śmierci. Dziwny płacz, który wydobył się ze mnie, trochę jakby wbrew. Jak gdyby to nie ja, a jakaś inna istota, żyjąca wewnątrz mnie, jakiś żydowski dybuk, kazała mi się teraz rozpłakać. Pamiętam, że świadomość utraty mamy była dla mnie wtedy zbyt nierzeczywista, prawie niewyczuwalna. Tak naprawdę dotarło to do mnie dopiero z czasem wraz z widokiem pustej kuchni, bezradnością ojca, brakiem zapachu poślinionej chusteczki na policzku, współczuciem pań nauczycielek i podejrzaną wyrozumiałością ze strony kolegów z podwórka. Dzisiaj przyglądam się wyblakłym datom na czarnym kamieniu. „Kurczę – pomyślałem – jestem już starszy od mamy. A jak dożyję sześćdziesięciu dwóch lat, to będę najstarszy w rodzinie. Dziwne uczucie”.

     

    Opowiadanie z książki Tomasza Kowalskiego „Przysionek, dom dla pozornie umarłych”

    Wydawnictwo MG, 2018

    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Przeczytaj również
    Reklama
    reklama Anywhere