• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Katarzyna Woźniak

    Zwyczajna dziewczyna z łódzkich Bałut. Dźwiękoczuła i światłolubna. Na co dzień analizuje rynek w "Media i Marketing Polska". Po godzinach kolekcjonuje opowieści. Z wykształcenia polonistka i filmoznawczyni. Zdecydowanie woli pisać o książkach, choć właśnie to robi najrzadziej.

    Miłka Raulin: "Siła bierze się z braku"

    2018-10-21
    „Wiem, że wobec świata jestem małą kropką, a wszystko, co mam, jest jedną wielką energią. Każda komórka ciała drga z jakąś częstotliwością i tych komórek we mnie jest policzalna ilość. Drgających górskich cząsteczek — też jest policzalna ilość, ale zważ, jakie są dysproporcje. Wydaje mi się, że moją misją, gdy idę, jest dopasowanie się do drgania, które daje ta góra” — mówi Miłka Raulin. O sile kobiecości, marzeń i paradoksie braku z najmłodszą zdobywczynią Korony Świata rozmawia Katarzyna Woźniak.

    Kim Ty jesteś: sportowcem? Królową? Bo najmłodszą zdobywczynią Korony Świata na pewno. Z kim się spotykamy?

    Powiedziałabym, że z mamą Jeremiego i inżynierem kolejnictwa.

    Przytocz, proszę, całą nazwę stanowiska, bo robi wrażenie.

    Z inżynierem trakcji elektrycznej, ale też osobą, której misją jest realizacja marzeń.

    Skąd „pociąg” do podróży i do podbojów świata? Przekraczania granic?

    Wybór mojego zawodu był czysto pragmatyczny. Rodzice byli muzykami. Mama śpiewaczką operową, ale karierę zakończyła po urodzeniu dzieci i pracuje w szkole jako nauczyciel. Mój tata był trębaczem. Razem z rodzeństwem uwielbiamy muzykę, ale nasze kariery zawodowe poszła w innych kierunkach. Jestem inżynierem kolejnictwa, moja młodsza siostra jest inżynierem wodno-kanalizacyjnym, a starsza bankowcem. Muzykowanie jest fajne, ale bardziej praktycznie jest mieć konkretny zawód. Miałam szczęście, bo kiedy wybierałam specjalizację, z Unii Europejskiej płynął strumień dofinansowań na infrastrukturę, w tym kolejową. Wiadomo: gdzie są pieniądze, będzie i praca. A jeśli chodzi o podróże — mam naturę szlajacza.

    Jesteś z Gdyni. Ta kojarzy się raczej z niespiesznym nadmorskim spacerowaniem. Ciebie gna w góry. Kiedy w sobie poczułaś górski zew?

    Jako 12-latka pojechałam na kolonie, mieliśmy wejść na Śnieżkę. Pytałam, gdzie ta góra. Ktoś wskazał pierwszą lepszą przede mną i powiedziałam: OK, blisko, mogę iść. Potem okazało się, że ten ktoś pokazywał małą kropeczkę, daleko od nas. To była podróż, intensywny dzień marszu. Kiedy weszłam na Śnieżkę, zaczęłam na szczycie narzekać, że wszystko mnie boli. Ktoś podszedł do mnie, klepnął mnie po ramieniu i kazał się odwrócić.

    Pamiętam ten widok: zielone zbocza porośnięte kosodrzewiną, ogrom przestrzeni, to, że byłam wobec niej taka mała i jednocześnie wielka, że udało mi się na tę górę wejść. Robiłam to nieświadomie, nie wiedziałam, co mnie czeka na szczycie. To był moment, który uświadomił mi nagrodę, jaką droga i zmierzanie do celu.

    Jak postrzegasz tę nagrodę? Co się czuje, kiedy zdobywa się szczyt, upragniony cel?

    Na szczycie czuje się mieszankę wszystkich uczuć, ale sam proces zaczyna się dużo wcześniej. Myślę, że tajemnica tkwi w miesiącach przygotowań. Na szczycie spija się już esencję, śmietankę, espresso. Czuje się dumę, że udało się pozyskać fundusze, szczęście, że miało się tyle siły i odwagi w sobie i, że trafiła się fantastyczna pogoda. Ale na szczycie towarzyszy też poczucie rozwagi i świadomość, że trzeba jeszcze zejść. Taka „paczka emocji” uruchamia najdelikatniejsze miejsca w sercu. W brzuchu zaczynają latać motyle. To niesamowite uczucie: być na szczycie. Zawsze wtedy beczę.

    milka_1

    Gadasz z górą? Podobno podróżnicy na szczytach tak robią.

    Myślę, że z wyczuwalną tam energią. To raczej nie jest rozmowa z sobą samym. Wiem, że wobec świata jestem małą kropką, a wszystko, co mam, jest jedną wielką energią. Każda komórka ciała drga z jakąś częstotliwością i tych komórek we mnie jest policzalna ilość. Drgających górskich cząsteczek — też jest policzalna ilość, ale zważ, jakie są dysproporcje. Wydaje mi się, że moją misją, gdy idę, jest dopasowanie się do drgania, które daje ta góra.

    Rezonujesz.

    Tak. Muszę być z nią w pełnej zgodzie.

    Rozmawiamy o filozofii podróżowania. A przecież cały człowiek to też physis. Zdobycie Korony Świata wymaga nie lada kondycji. Oprócz ciała dźwigasz jeszcze plecak. Co było w zdobywaniu Mont Everestu najtrudniejsze?

    Everest nie był najtrudniejszą górą, na której byłam. Najtrudniejszy i na pierwszym miejscu jest cały czas Denali. To wymagająca fizycznie i pogodowogóra na Biegunie Północnym, na Alasce. Położona na 53. równoleżniku, jest tam strasznie zimno, a dodatkowo trudnością jest brak mułów, jaków, porterów — wszystko trzeba nosić samemu. Z Everestem może zmierzyć się zwykły człowiek. Może nie kanapowiec, ale ktoś, kto prowadzi aktywny tryb życia, spokojnie jest w stanie zdobyć Dach Świata. Nigdy nie trenowałam jak sportowiec. Jestem za to wydolna, mam niskie tętno spoczynkowe, czyli moje serce jest przyzwyczajone do długoterminowego wysiłku. Tam pojawiają się za to inne trudności: ciało odmawia posłuszeństwa, źle się tam oddycha, chodzi, je i trawi. To miejsce, w którym organizm ludzki mówi: „nie”. „Nie chcę tu być”.

    Pomagasz sobie wtedy głową?

    Zawsze wtedy myślę, że nic nie trwa wiecznie. Dobrze, że się starzejemy, wchodzimy w życiu w nowe etapy. Wszystko zależy od perspektywy. Na Evereście było trudno, bo wiedziałam, że mam przed sobą dwa miesiące bez syna, będzie zimno, nie mogę zjeść rzeczy, które lubię, ale wiem, że to jest tylko wycinek czasu w moim życiu, który musi się odbyć, żebym mogła zdobyć szczyt.

    Jest coś, czego się boisz?

    Małych psów.

    Już na sam widok sztywniejesz?

    One są strasznie groźne! Mogą odgryźć np. łydkę, a najgorzej, jak jeździsz rowerem, to w ogóle jest przechlapane. Jakimś cudem nabierają na tych swoich małych łapkach takiej prędkości jak Ty. (Śmiech)

    Mobilne centrum agresji.

    A tak na serio. Na co dzień nie używam i nie lubię słów „strach” i „problem”, wolę użyć słowa „obawa”. Jest we mnie siła i wewnętrzna świadomość, że nie ma rzeczy, z którymi nie mogłabym sobie poradzić, którym nie mogłabym stawić czoła.

    REKLAMAFord_NowaKuga_baner_1100x400-min

    REKLAMA

    bulwary_ksiazece

    Zacząłeś słuchać Led Zeppelin?

    Wielokrotnie i sobie, i innym to udowodniłaś. Tego samego uczysz swojego syna?

    Jeremiego uczę pokory wobec świata i życia. Wdzięczność i pokora — to dwie podstawowe rzeczy, które powinno się nieść w plecaku. Myślę, że wyrośnie na fajnego człowieka.

    Jak Jeremi Cię postrzega? Jesteś mamą, na którą można się lansować.

    Myślę, że jest dumny. Robi mi niespodzianki, wkłada rysunki do mojego ekspedycyjnego plecaka. Kiedy szłam na Everest, otworzyłam kartkę od niego dopiero po miesiącu, czekałam do swoich urodzin, które spędzałam w base campie... Czytam: „Mamo, wiem, że zdobędziesz Everest. Wiem to, bo jestem twoim synem”.

    Czyli poczucie własnej wartości zbudowane.

    Trzeba budować w dzieciakach świadomość ich mocy. Wiadomo: nie mogą obrosnąć w piórka, ale dziecko musi czuć się wyjątkowe i wartościowe. I świadome, że może zmieniać świat na lepsze. Wszyscy jesteśmy stworzeni do rzeczy wielkich. Już biologiczny aspekt o tym świadczy. To, że nie ma dwóch takich samych osób z taką samą tęczówką oka albo układem linii papilarnych. Każdy z nas jest unikatowy, tylko trzeba tę unikatowość w sobie odkryć i karmić. Skupić się na sobie, wiedzieć, do czego się dąży. Wtedy możemy naprawdę wysoko się wspiąć.

    milka_2

    Twoja historia, wykształcenie i postawa są ciosem ostatecznym dla mizoginów i budowniczych stereotypów. Cel ma sens, gdy pomaga rosnąć. Jesteś królową, masz koronę. Co teraz?

    Korona to atrybut przechodni. Przyjdzie kiedyś ktoś, komu z przyjemnością ją oddam.

    Zdradź, czym teraz znokautujesz malkontentów.

    Moje życie wiążę z przestrzenią kosmiczną. Czuje się bardzo związana z wszechświatem. Każdy element naszego ciała zbudowany jest z tych samych pierwiastków, które były obecne na świecie od Wielkiego Wybuchu. Pochodzimy więc z jednego, wielkiego worka i powinniśmy się we wszechświecie umieć odnajdywać,płynąć w jego nurcie. Mam poważne plany dotyczące przestrzeni kosmicznej, ale to projekt zajmie mi pewnie z 20 lat. Jestem cierpliwa, wytrzymam.

    Zdradzisz choć pierwszy filar tego planu?

    Zaczęłam studia – zarządzanie przestrzenią kosmiczną w gospodarce. Złożyłam też dokumenty do Polskiej Agencji Kosmicznej.

    Która jeszcze nie wie, jak bardzo Cię tam potrzebuje.

    Daję im czas do namysłu. (Śmiech)

    Do ważnych decyzji trzeba dojrzeć.

    Wszystko w swoim czasie. W moim życiu dzieje się tak dużo, że nie odczuwam tego jako straty. Jeszcze jest Europejska Agencja Kosmiczna, NASA — trzeba tylko pozyskiwać odpowiednią wiedzę. Teraz przechodzę w tryb uczenia się. Wszystko jest na razie w początkowej fazie planów, ale tak właśnie wygląda realizacja marzeń.

    Układa się plan.

    Kierujesz się zasadą: „nie odkładaj marzeń, odkładaj na marzenia”?

    Oczywiście, „collect dreams, not things”. Jeżdżę starym samochodem, dziś nie chciał mi odpalić, bo rozładował mu się akumulator. Wartością jest dla mnie to, co mam w środku.

    Co najbardziej w sobie lubisz?

    W ogóle siebie lubię. Lubię w sobie upór i konsekwencję, jestem człowiekiem nieodpuszczającym, jak sobie ustawię cel, to dążę do jego realizacji. Mam w sobie też wewnętrzne dziecko, które cały czas karmię, bo to ono pozwala mi marzyć z dużą intensywnością. Moje klimaty to zabawy w błocie, kiedy można zrobić coś głupiego, ale i stawić czoła wyzwaniu.

    milka_3

    Błoto to też obcowanie z kosmosem.

    Wszystko się łączy. Lubię w sobie spontaniczność, kieruję się w życiu intuicją i to też w sobie lubię.

    Co najbardziej oddziałuje na Twoją osobowość? Co Cię zmienia i wzmacnia?

    Krąg ważnych dla mnie ludzi — nauczyłam się ich selekcjonować i dopuszczać do siebie tylko tych, którzy są dla mnie naprawdę ważni. Jestem swoim epicentrum i lubię decydować o tym, kto znajdzie się w moim najbliższym otoczeniu. Czyje zdanie jest dla ciebie ważne, kto cię motywuje — to ma być twoja decyzja. 

    Masz jakiś autorytet podróżniczy? Czy słuchasz siebie i wytycznych z wnętrza?

    Moimi autorytetami są sportowcy w ogóle. Ci, którzy robią to zawodowo i ci, których pasją jest po prostu sport. Ludzie, którzy przekraczają granice i dzięki ciężkiej pracy osiągają sukces. Czasem jest tak, że nie mamy do czegoś predyspozycji, ale jesteśmy w stanie osiągnąć cel przez upór i konsekwencje. Na przykład ja jestem totalnie niezdolna. Nie mam zdolności plastycznych, nie umiem specjalnie śpiewać, niczym mnie Bóg nie obdarzył, ale jestem za to bardzo pracowita.

    To też jest dar.

    Nie wiem, czy nie można tego w sobie wybudować? Cenię ludzi, którzy są po prostu pracowici.

    Jak zdefiniowałabyś sukces? Niektórzy mówią, że sukces to 80 proc. ciężkiej pracy, 15 proc. szczęścia i tak dalej.

    Też wymieniłabym tu dużo składowych. Szczęście jest potrzebne, ale ważna jest też otwarta głowa. Dla mnie sukcesem jest to, że coś mi się uda za czwartym razem. Nie musi mi się udać za pierwszym razem — droga, która do celu prowadzi, jest też potrzebna. Ma wzmacniać i przygotować do jeszcze trudniejszych wyzwań. Kiedy myślę o sukcesie, to widzę jego składowe: pracowitość, wewnętrzna odporność na bodźce z zewnątrz, szczęście i ludzie, którzy są wokół.

    Co byś powiedziała 5-letniej Miłce, gdybyś ją teraz spotkała?

    Jakie to jest fajne pytanie! Wzruszyło mnie. Powiedziałabym jej, żeby była odważna. A może nic bym jej nie powiedziała? Ona wszystko czuła, nie potrzebowała wielu słów. Fajnie byłoby ją spotkać. Powiedziałabym, żeby szła za głosem serca i słuchała tego, co w środku. I powiedziałabym jej, że jestem z niej dumna — z tego, że pójdzie własną drogą, może czasem trochę pod prąd. Nie wiem, dlaczego tak rozkleja mnie to pytanie.

    milka_4

    Może dlatego, że tyle w tobie dziecka, które w sobie szanujesz i dopuszczasz je do głosu.

    To bardzo ważne. Jako dziecko marzyłam o podróżach. Kiedyś moim koleżankom z klasy powiedziałam: „Zobaczycie, że jeszcze kiedyś będę w telewizorze!” I tak się stało. Bo pierwszą poważną wyprawę do Peru wygrałam w reality show „Zdobywcy”. To był czas, gdy kumplowałam się głównie z chłopakami. Dopiero teraz, po trzydziestce odkrywam kobiecą przyjaźń. Moją misją równoległą jest głoszenie tego, jak wielkie znaczenie w naszym życiu mają marzenia. Pochodzę z ubogiej rodziny, w naszym domu wielu rzeczy nie było. Jedyne, co miałam, to położyć się na łóżku i marzyć o wszystkim, co chciałam, żeby się w moim życiu wydarzyło. Marzyłam na potęgę, wszystko potrafiłam sobie ze szczegółami wyobrazić i chyba dlatego mnie to pytanie tak dotknęło.

    Pracowitość, konsekwencja i siła marzeń — najpotężniejszy zasób.

    Tak, wciąż jeszcze się nie pozbierałam po pytaniu o małą Miłkę.

    Rozmawiamy na początku słonecznego września. Przybliż czytelnikom, co nas czeka od Ciebie w październiku.

    Będzie książka! I będzie tam sporo o małej Miłce, która marzyła na potęgę, leżąc na łóżku. Nie miałam roweru, choć inne dzieciaki miały, jeździły na kolonie, a ja nie. Braki spowodowały, że jestem innym człowiekiem. Konsekwentnym, upartym, ale też otwartym na to, co niesie świat.

    Czego ci życzyć? Od teraz.

    Po prostu życz mi dobrze. Myśl o mnie dobrze — to już bardzo dużo.

    Galeria
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Przeczytaj również
    Reklama
    reklama Anywhere