• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Malwina Wawrzynek

    Pasjonatka i analityk mody. Redaktor, stylista, kolorysta i baczny obserwator tego, co w modzie było, jest i będzie. Połówka duetu Malwa&Michał – projektu, który ma na celu promowanie rzetelnej wiedzy o rynku, trendach i mechanizmach związanych z modą. Jest typem naukowca, wiedzę o modzie czerpie więc studiując publikacje, pokazy, trendy i otoczenie. W krakowskiej Artystycznej Alternatywie wykłada analizę kolorystyczną, ponieważ wie, że kolor i moda zawsze idą w parze. Choć najczęściej wybiera czerń, zagadnienia barwy nie mają dla niej żadnych tajemnic. Współpracuje z poczytnymi tytułami oraz instytucjami branży mody. Przyznaje, że w pracy jest niemal 24/7, bo według niej moda nigdy nie śpi.

    Kameralny bankiet polskiej mody

    2018-10-07

    Niedawno w sieci pojawił się tekst, którego główna teza sprowadzała się do stwierdzenia: „jeśli mieszkasz w Krakowie z wyboru, masz nierówno pod sufitem”. Zgadzam się, że smog, że korki, że więcej korporacji niż zielonych przestrzeni, ale pod pewnymi względami mogłabym to samo powiedzieć o każdym innym polskim mieście, w tym także o stolicy.

    Czytałam ten tekst z perspektywy osoby z „krakowskiej branży kreatywnej”. Przyznam, że w dużej mierze w brutalny sposób nazywał to, co od dawna roiło się w mojej, i wiem, że nie tylko mojej, głowie. Kraków zrobił się ciasny. Nie tylko przez wkraczające tu międzynarodowe firmy, ale także przez przesyt osób, które upodobały sobie pracę w modzie. Moda na modę sprawia, że jest nas coraz więcej, a przywiązanie do miasta wygania do stolicy tylko nielicznych, tych najbardziej zdeterminowanych. Ja może i też jestem zdeterminowana, tylko kiedy myślę o Warszawie, zastanawiam się „po co?”.

    Autor tekstu stawia stolicę w jasnym blasku, kiedy porównuje ją do Krakowa. Tu wszystko jest lepiej, szybciej, bardziej. Z pewnością po części tak właśnie jest. Obserwuję i widzę, że Kraków pod względem branży mody jest jak kameralny bankiet, na którym ciągle widzisz te same twarze. Wszyscy się tu znają, a kiedy pojawia się ktoś nowy, szybko zostaje zweryfikowany i albo się przyjmie, albo przepadnie. Na Facebooku i Instagramie wyświetlają mi się lokalne projekty — stylizacje robiła ta, make-up ta, a foty ten, czy również ta — czyli stała ekipa. Na organizowanych wydarzeniach ze sceny przemawiają ci sami goście co rok lub dwa lata temu, a obok siedzi dziewczyna, którą kojarzę z wernisażu tej ilustratorki, która współpracuje z tą blogerkąi tą marką. Nie znamy się osobiście, ale aż głupio tak się mijać kilka razy w roku i udawać, że jesteśmy sobie obce w wielkim mieście. Tu wielkiego miasta nie ma i wielkich zaskoczeń też nie. Niektórzy próbują walczyć i udowadniać sobie oraz nam, odbiorcom, że jeszcze się coś da wcisnąć, że można z Krakowa zrobić stolicę mody. Modną stolicę małopolski z pewnością tak, konkurencja nie jest zbyt duża, ale czy poza tym coś więcej? Smutno wątpię.

    To może jednak ta Warszawa, wielkie międzynarodowe miasto, które co chwila wygrywa w rankingach na najlepsze vegerestauracje, szybki rozwój, ciekawy szyld na rzemieślniczym warsztacie, czy w innych ważnych dla wizerunku i turystyki konkursach? Podglądam tutejszą branżę z dystansu 300 km i nie jestem przekonana. Czytając tekst o beznadziejnym i dusznym Krakowie, cisnęło mi się na usta: „Przecież Warszawa pod względem mody to taki krakówek Zachodu”. Dużo jest dobrych rzeczy, może nawet za dużo kreatywnych osób chciałoby podbić stąd Polskę, a potem wielki świat. Tu też zrobiło się ciasno, lejek jest tak wąski, że nadal przepuszcza tylko tych, których nazwiska dobrze znamy. Mam wrażenie, że tu odbywa się ten sam kameralny bankiet, co w Krakowie, może trochę większy, z wymyślnymi drinkami i z droższymi płaszczami w odpicowanej szatni. Poza Warszawę wychodzą tylko nieliczni, tak samo, jak poza Kraków. Wszyscy robią wywiady z tymi samymi projektantami, czytają te same portale, śledzą te same blogerkii malują te same modelki. Skala jest większa i robi lepsze wrażenie, ale samo zjawisko pozostaje takie samo.

    Powiało malkontenctwem, ale czasem trzeba szczerze powiedzieć sobie, na czym stoimy. Czy pozostaje się więc tylko umartwiać i płakać nad losem polskiej branży mody? Nie, ale niech każdy zrobi sobie swój własny rachunek. Sumienia, ambicji, planów na przyszłość i realnych możliwości. Nigdzie nie jest łatwo. Za granicą czasem trudniej złapać oddech niż tu. Nie z przepracowania tylko z przepełnienia miejsca dla osób „pracujących w modzie”. Tyle tylko, że tam otwiera się nowa przestrzeń, a przy tym kolejny bardzo wąski lejek do wielkiego świata. Jeśli jednak ktoś nie jest przygotowany na przeciskanie się na bezdechu, to może lepiej odpuścić sobie modę i zacząć poznawać inne twarze? Na wielu różnych i równie ciekawych bankietach, zamiast ciągle ledwo poruszać się na jednym?

     

    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Przeczytaj również
    Reklama
    reklama Anywhere