• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Jakub Wejkszner

    Już-nie-prawnik, jeszcze-nie-filozof. Wśród swoich zainteresowań wymienia jednym tchem współczesną estetykę, literaturę, filmy Davida Lyncha oraz performatykę codzienności na przykładzie osób, które notorycznie stoją w przejściu. Jego główną aspiracją w życiu jest zostanie publikowanym autorem, ewentualnie, w przypadku niepowodzenia, kimś, kto (nieudolnie) przetłumaczył sobie, że społeczeństwo po prostu nie było na to gotowe.

    Dolores powstała z nieprzypadku

    2018-10-05

    Trudno powiedzieć coś ciekawego o moim życiu. Jestem sprzedawcą. Przepraszam, przedstawicielem handlowym starszego stopnia na region pomorski. Akwizytorem bez teczki, za to z samochodem służbowym w leasingu wypchanym suplementami diety, które może tak, a może nie pomagają w czymkolwiek. Nie ma żadnych twardych wymogów co do tego, na ile owe suplementy mają spełniać swój cel, więc wpisujemy tam, mniej więcej, wszystko. Pomaga na włosy, bo są w tym śladowe ilości czegoś na włosy, paznokcie, bo to to samo, stawy, schudnięcie, grubnięcie, przyrost masy mięśniowej etc. Skład zasadniczo jest identyczny, niezależnie od produktu, robimy tylko inne opakowanie, pogrubiając określone skutki w zależności od suplementu. Nie jestem uczciwym człowiekiem i nigdy tak nie twierdziłem. Jestem jednak lojalny.

    Dostałem tę pracę jakieś cztery lata temu. Od tego czasu robię podobne rzeczy, tylko zmieniam nazwę stanowiska, a i wtedy wpadnie jakieś 400 zł dodatku funkcyjnego. Nikt mnie nie kontroluje, więc większość czasu spędzam na siedzeniu w samochodzie i słuchaniu muzyki. Na koniec zmiany jadę do kilku siłowni, aptek i sklepów fitness, żeby wcisnąć im kit. Bo we wciskaniu kitu jestem naprawdę dobry. Zazwyczaj zaczynam od wzbudzenia sympatii i potrzeby jednocześnie, kiedy to sugeruję, że, na ten przykład, właściciel ma dużo miąska, ale pewnie jest na redukcji. Klient wtedy szczerzy się i napina swoje wykałaczki, żeby zrobić mi dobrze, ale w jego głowie już kiełkuje, że może warto by coś zrzucić. Następnie wytaczam artylerię badań naukowych bez peer review, robionych w większości na zamówienie większych koncernów niż mój, zachwalający dany składnik suplementu. Czasami mówię o tym, że witamina D jest na wszystko, bo przecież człowiek to istota słoneczna (sic!), czasami wkręcam jakąś bzdurę o najnowszych badaniach dotyczących węgla spożywczego, które jest na tyle tani, że wsadzamy go do wszystkiego.

    Czy jestem dumny z tego, co robię? Niespecjalnie, ale pozwala mi to nie robić zbyt wiele i mieć wystarczająco dużo pieniędzy, żeby to nieróbstwo kontynuować. Moralność jest dla ludzi, którzy mają wystarczająco dużo czasu i chęci, żeby sobie na nią pozwolić. Ja pozwalam sobie żyć i daję żyć innym.

    W tym całym podłym i monotonnym świecie jest jednak coś, co sprawia, że otrząsam się z letargu i zaczynam rozglądać się jak surykatka w radosnym rozkojarzeniu. To moja pasja do złych wiadomości. Jestem kompletnie i beznadziejnie uzależniony od wszelkich krzywd, bólów, śmierci, gwałtów i korupcji. Karmię się codzienną dawką tragizmu, jedynej rzeczy, która sprawia mi ukojenie na tym podłym świecie. Nie muszę zresztą szukać daleko. Codziennie rano włączam sobie radio, gdy jadę jeszcze-nie-pracować i rozkoszuję się otchłanią, w jaką popada świat. Nie ma dla mnie nic przyjemniejszego niż poranny pożar i ofiary śmiertelne codziennych wypadków. Nie wiem skąd, się u mnie to wzięło. Wydaje się, że było od zawsze. Pamiętam jeszcze, jak w podstawówce moją ulubioną częścią gry w nogę było koszenie przeciwników na betonie pokrytym żwirem. Tu podcięcie, tam popchnięcie i każdy z nich leżał na brudnej ziemi, wykrzywiając twarz we frenetycznym grymasie. Ich zanieczyszczona drobnymi kamieniami rana, krew brudząca nogę i spodenki syciła moje chore pragnienia, nie w seksualny sposób, ale euforyczny, jak gdyby właśnie zdarzyło się to, co powinno się było zdarzyć.

    Nic jednak nie sprawiało mi większej radości jak głęboki ból emocjonalny, ale taki ekstremalnie głęboki. Na tyle, by dotrzeć do sedna mojej materii, wręcz duchowy ból roznoszący jednostkę w poczuciu kompletnej bezradności wobec okrucieństwa tego świata. Ból fizyczny to coś, z czym człowiek może sobie poradzić, ba, może to nawet zostawić go silniejszym na przyszłe lata. To, co ja robiłem ludziom, było zupełnie innego rodzaju. Rozdzierało od środka ich umysł, pozostawiając na zawsze upośledzonymi. Objawiało się to różnie, czy to w postaci kompletnej nieufności do świata, czy zamknięciu się w sobie na zawsze, czy też ciężkiej depresji. Tworzyłem mikrokosmosy, w ramach których ustanawiałem drakońskie zasady egzystencji, do których moje ofiary nie miały szans się dostosować. Nikt nie mógł spełnić moich oczekiwań, gdyż były one wycyzelowane specjalnie na daną osobą. Na ten przykład – wszystkich ludzi pełnych empatii do świata karmiłem wieczną nienawiścią do wszystkiego, jednocześnie sprawiając wrażenie, jakobym był ofiarą, niezrozumianym geniuszem, przez co nie mogli przestać się mną opiekować. Gdy już zabrałem im cały dostępny czas, wówczas porzucałem im ich, zostawiając bez opieki z którejkolwiek strony i w poczuciu, że najważniejsza osoba, którą stałem się dla nich ja, również ich opuściła.

    Było to jednak zbyt męczące. Faktycznie, udało mi się w ten sposób wykorzystać dziesiątki osób, ale zajmowało to zawsze niezwykle wiele czasu i wysiłku, a satysfakcja starczała tylko na jakiś tydzień, po czym znów zaczynałem pragnąć kolejnej ofiary. Moje zmysły rozpalały się wówczas do czerwoności, a wszystkie transgresje, jakich się dopuszczałem były tylko namiastką tego, co mogłem zrobić. W dodatku nie były wcale w połowie tak interesujące i dopracowane jak moje dalekosiężne plany. Wpadłem więc na nowy pomysł, obserwując samego siebie. Po co krzywdzić innych, skoro można krzywdzić siebie? Proste, prawda?

    Plan wydawał się idealny. Będąc własną ofiarą, zmaksymalizuję ilość cierpienia, którym się karmię i jednocześnie będę wciąż w stanie permanentnej depresji, a nie, jak w przypadku moich ofiar, jedynie jej obserwatorem. Nie zajęło mi długo znalezienie odpowiedniego medium dla moich zabaw. Nic nie krzywdzi tak jak poważny związek romantyczny. Zacząłem więc spotykać się z kobietami, które wiedziałem, że chcą mnie wykorzystać. Nie zawsze trafiałem. Zaskakująco wiele z nich okazywało się normalnymi ludźmi, którzy chcieli ułożyć sobie życie, założyć rodzinę etc. To był główny cel większości, ale zdarzały się wyjątki. Jedna z nich mnie okradła. Nie zabolało mnie to aż tak bardzo, ale był to z pewnością krok w dobrym kierunku. Druga wymagała ode mnie wiecznej uwagi, ale szybko się zorientowałem, że jeśli na kimś ci nie zależy i masz jakiś cel nadrzędny niezwiązany ze swoją partnerką, bardzo łatwo jest ci spełniać i przewidywać wszystkie jej zachcianki. Musisz tylko zwracać uwagę, co musiałem robić, żeby nie rozpadło się to po kilku dniach.

    W końcu znalazłem jednak idealną kandydatkę. Szczupła i ładna, wysokie wymagania, a jednocześnie pochodzi z abuzywnej rodziny, w której matka znęcała się nad nią psychicznie. Nie będzie w stanie założyć normalnej rodziny, aczkolwiek jest na tyle nieświadoma, że tylko w tym upatruje spełnienie, więc będzie do tego dążyć. Musiałem tylko ją nakłonić do dzieciaka, co może być problematyczne, ale jak najbardziej do zrobienia. Na początku przyciągnąłem ją do siebie, wysłuchując jej problemów. W pewnym momencie uzależniłem ją wręcz od tego. Codziennie dzwoniłem do niej z zapytaniem, czy wszystko w porządku i czy nie potrzebuje porozmawiać, czyniąc z niej ofiarę, którą nie była, ale którą mogła się stać. Następnie, z uwagi na moje koneksje z przemysłem farmaceutycznym, zamieniłem jej leki antykoncepcyjne na suplementy mojej firmy. Za 200 zł zalakowali mi to bez pytania o cokolwiek. Po kolejnych kilku miesiącach zaszła w ciążę. Wisienką na torcie była – Dolores.

    W ten sposób teraz żyję. Codziennie moja już żona płacze nad sobą. Ja codziennie daję jej mniej wyrozumiałości. Czuje się zupełnie sama, ale religia nie pozwala jej na to, by się ode mnie oddalić. Nienawidzimy się nawzajem i niekiedy się bijemy przy naszym dziecku. Krąg cierpienia się rozprzestrzenia. Ostatnio zaczęło mnie to trochę nudzić, więc zastanawiam się nad rozwodem. Ciężkim rozwodem. Chyba do końca będę się starał o jej ubezwłasnowolnienie i pełną opiekę nad dzieckiem. Po czym to odpuszczę i załatwię sobie od nich pieniądze. Nasza intercyza jest genialnie spreparowana, młoda może liczyć tylko na jakieś liche alimenty na bachora. A ja, cóż, dalej będę podbijał świat. Jak to mówią, nowy rok, nowy ja.

    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Przeczytaj również
    Reklama
    reklama Anywhere