• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Anywhere .


    Grzegorz Kapla: Na bezdechu

    2018-10-01
    Po tym, jak wydał kilka książek z reportażami o świecie i opublikował setki reportaży i wywiadów w prasie, napisał wreszcie powieść. Może kryminał, a może jednak opowieść o miłości, bo tylko ci, których kochasz, mogą cię skrzywdzić tak naprawdę. Z Grzegorzem Kaplą rozmawia Małgorzata Główka

    Grzegorz_kapla_3

    Człowiek, który trzydzieści parę razy stawał przed sądem za pisanie o aferach, musi być skazany na sukces, kiedy bierze się za pisanie kryminałów?

    Gwarancji nie ma. Zresztą czasy, kiedy pisałem o aferach, gangsterach i złych ludziach, już minęły. Byłem redaktorem naczelnym i nie wszystkie materiały, które wówczas poruszały opinię publiczną, były mojego autorstwa. Czasami sąd próbował mnie zmusić, żebym ujawnił autorów albo źródła pochodzenia dokumentów. Nie zrobiłem tego. Ale procesy ciągnęły się pięć lat. To dość czasu, żeby się sporo nauczyć o sądach. Zwłaszcza, że broniłem się sam. Adwokat, z którym się przyjaźniłem, zdobył mandat poselski, więc nie mógł stawać w sądzie, ale był dobrym nauczycielem. Dzięki tej wiedzy nie przegraliśmy żadnej sprawy. Ale gospodarcze czy korupcyjne procesy - nawet jeśli zamieszani są w nie groźni ludzie o długich rękach - nie są tak ciekawe jak fikcyjna, sensacyjna opowieść o losach bohaterów „Bezdechu”.

    Mrożące krew w żyłach sceny pościgów samochodowych, ogląda się jak film akcji…

    Pamiętasz „Bullitt”? Klasyka kina. Bohaterowie przez dwadzieścia minut ścigają się samochodami. Patrzysz w napięciu. Skoro można to osiągnąć w filmie, można za pomocą liter. Dwa razy, jako reporter, przejechałem Dakar. Dużo rozmawiałem z rajdowcami. Opowiadali o tym zjawisku, kiedy jesteś najbardziej skoncentrowany, jedziesz po bandzie, właściwie na granicy możliwości, świat nagle zwalnia i widzisz wszystkie szczegóły z głęboką wyrazistością. Widzisz wszystko. Kamienie, fesz-fesz, każdą drobinę kurzu, o włos mijają cię drzewa. To nieprawdopodobne, do jakiego stanu mózg potrafi wkręcić się w tę sytuację. Wszystko dzieje się jakby w zwolnionym tempie, dzięki temu to ogarniasz. Mówią o tym faza „flow”. I taki właśnie zabieg zastosowałem w „Bezdechu”.

     

    REKLAMA 

    CYB_online_banner_PO_Lemo_anim

     



    Ale „Bezdech” to książka nie o samochodach, lecz o miłości. Motto na okładce brzmi: „Tylko ci, których kochasz, mogą cię skrzywdzić aż do końca”.

    Ludzie zabijają z miłości. Dlatego, że kochają za bardzo, albo dlatego, że ktoś kocha ich za mało. I tak dzieje się w tej opowieści. Zemsta z miłości to klasyczna historia, oparta na archetypach. Dobrzy ludzie postawieni w sytuacji bez wyjścia są bardziej interesujący niż zwykli bandyci mordujący z chęci zysku czy na przykład politycy, którzy robią podłe i niedopuszczalne rzeczy podyktowane pragmatyzmem. Najciekawsze są zbrodnie namiętności.

    Ale to również książka o samotności.

    Żyjemy w kulturze, w której jesteśmy skazani na samotność. Mamy Twittera, InstaStories i Facebooka, opowiadamy o sobie całemu światu, ale świat tego nie słyszy. Wydaje nam się tylko, że to wołanie dociera do kogokolwiek. Nie dociera, jeśli nie zapłacimy właścicielom mediów społecznościowych za zasięgi. Jesteśmy sami z tym, co myślimy. Samotność jest stanem permanentnym w naszej kulturze i musimy się nauczyć ją oswoić. W tradycyjnej kulturze, na przykład ludów Azji Środkowej, ludzie nigdy nie są samotni, zawsze są częścią społeczności. Jeżeli coś ich dotyka, to jest sprawa wszystkich. Jeżeli nas coś dotyka, to nikogo to nie obchodzi. Może tylko
    ojca i matkę. Niektórzy z nas, żyjąc w dwumilionowym mieście, nie mają wokół siebie, poza pracą i supermarketem, innych ludzi. Taka jest moja bohaterka. Nie ma nikogo, kto ją przytuli, wyniesie śmieci, kto się z nią będzie śmiał na „Listach do M.” i płakał na „Zimnej wojnie”. Ale ma broń i ma pracę. I chce być najlepsza.

    grzegorz_kapla

    Za wszelką cenę chce odnieść sukces.

    Dokładnie. Z każdej strony słyszymy, że musimy mieć wszystko najlepsze: najlepszy samochód, pracę, zarobki, mieszkanie na osiedlu z bramą otwieraną na pilota, świetną rodzinę, dzieci, seks musimy mieć najlepszy i musimy jeszcze odbyć podróże do dalekich krain. I to wszystko w ciągu jednego życia. Bez tego nie będziemy mogli być szczęśliwi. Ale to jest iluzja, którą nam sprzedają media. To się nie zdarza! Trzeba wybierać i trzeba wiedzieć, że nie można mieć wszystkiego na raz. Nie potrafimy dokonać wyboru, bo zachłysnęliśmy się 25 lat temu wolnością, demokracją, możliwościami i myślimy, że skoro na przykład dr Jan Kulczyk mógł to wszystko osiągnąć w ciągu jednego pokolenia, to każdy może. Ale to nie jest prawda. Nie każdy.

    W „Bezdechu” spotykają się różne kultury i różne światy. I rodzi się pytanie jak je pogodzić?

    Dużo podróżowałem. Nie chodzi o wycieczki z TUI, ale o prawdziwe podróże. Takie, że trzeba rzucić pracę, żeby wyjechać. Poznałem ludzi innych kultur. I wiem, że nasza wcale nie jest jedyna i to, że chcemy, żeby wszyscy żyli jak my, czyli mieli smartfony, FB, McDonald’sa, pornografię i seriale Netfliksa, wcale nie musi być najlepszym pomysłem dla świata. Być może pomysł, żeby szanować starszych, tworzyć wielopokoleniowe rodziny, czcić pamięć przodków, odprawiać religijne rytuały i żyć w takim samym rytmie jak pradziadowie, jest lepszy? Nie wiem. Nie uważam, że ekspansja zachodniej cywilizacji jest dobrodziejstwem dla świata, że wycinanie lasów na Borneo, żeby produkować Nutellę, jest warte życia orangutanów. I że każdy lud, każde plemię musi mieć demokrację i parytety. Gdybyśmy pozwolili innym ludziom żyć jak chcą, świat byłby szczęśliwszy. Ludzie wiedzieliby kim są.

    Bohaterowie „Bezdechu” mają nieustanny dylemat z określaniem siebie, popadają z jednej skrajności w drugą.

    Mówisz o scenie, która nawiązuje do „Zbrodni i kary”? Do rozmowy między śledczym i podejrzanym... Po jednej stronie siedzi komuch, po drugiej ktoś, o kim nie wiadomo, czy jest Żydem czy Polakiem. Dziennikarzem czy może też jakimś agentem. Jeden był „żołnierzem wyklętym”, drugi cudem ocalał z Zagłady. Obaj podejrzewają, że ich losy mogą być jakoś splątane, ale obaj nie mają pewności. A kiedy przychodzi wolność, to właśnie oni kształtują polską tożsamość - Żyd i esbek. Żołnierz wyklęty i zdrajca. Ten, który ma w szafie teczki, i ten, za którym ciągnie się jego przeszłość wiejska i skundlona. Papież całuje ziemię w czasie pielgrzymki, a oni dyskutują o tym, jaka ma być Polska. Wciąż się o to spieramy. Kiedy pisałem tę książkę, na Starym Mieście, po jednej stronie domu zbierali się uczestnicy miesięcznicy smoleńskiej, a po drugiej demonstranci Komitetu Obrony Demokracji. Słyszałem ciągle argumenty jednych i drugich. Spieramy się o polską demokrację od kilkuset lat i każdemu pokoleniu zdaje się, że przynajmniej zdefiniowało problem. Ale robimy postępy. Piłsudski aresztował kiedyś rząd, Gomułka wygnał Żydów, Jaruzelski wyprowadził czołgi na ulicę. Dzisiaj każdy może przynajmniej demonstrować jak chce. 

    REKLAMA

    bulwary_ksiazece

    Czy uważasz, że mamy w Polsce duży problem z antysemityzmem?

    I dlatego za bohaterami mojej powieści ciągnie się ta smuga cienia? Uważam, że ciągle nie mamy poukładanych spraw polsko-żydowskich. Dziwi mnie to. Ja ani nie wyssałem antysemityzmu z mlekiem matki, ani nie jestem z żydowskiej rodziny. Jako dziecko chodziłem na religię i słyszałem, że „Żydzi to są nasi starsi bracia w wierze”. Nie mam starszego brata, ale ta metafora do mnie trafiła. Ten ciąg starszeństwa i powinowactwa kultur jest ważniejszy niż wzajemne uprzedzenia, jakie hodowano przez lata dla politycznych celów. W szkole nie uczyli nas o wspólnej historii polsko-żydowskiej i przez długi czas nie miałem świadomości, że przez tysiąc lat żyliśmy w jednym kraju obok siebie. Wydaje mi się, że i jedni i drudzy mamy ze sobą więcej wspólnego niż potrafimy przyznać.  

    Zgrabnie żonglujesz historiami bohaterów umiejscawiając ich w różnych czasach i realiach historycznych. Zaczynając pisać kryminał miałeś w głowie gotowe wszystkie wątki?

    Tak naprawdę miałem tylko opowieść o Golemie, która jest fundamentalną opowieścią dla Pragi, w której kiedyś mieszkałem. Działo się to gdzieś na Josefovie. Synagogi stoją tam nadal. Brzeg, z którego rabin Jehuda Löw ben Becalel wyciągał glinę, żeby ulepić monstrum, istnieje. To opowieść o tym, że przestraszni pogromem Żydzi chcieli stworzyć sobie obrońcę, a stworzyli potwora, który ciągle rósł i wszystko niszczył. Esbecja jest takim potworem, którego stworzyło kiedyś państwo, ale potwór zerwał się ze smyczy i pewnego dnia stał się silniejszy niż państwo.

    grzegorz_kapla_1

    A jeśli chodzi o pozostałe wątki? 

    Kiedy piszesz, wymyślasz ludzi, pozwalasz im wyjść do świata i to, co robią, wcale nie jest tym, co chciałbyś, żeby robili, nie zawsze tak jest. Nie wiem, na czym polega ten mechanizm, ale tak to właśnie działa. Nie wiedziałem jakie będzie zakończenie. W kryminale znasz tylko początek. Całą dalszą drogę przeżywasz razem z bohaterami. Nie wiesz jak potoczą się ich losy. W historii Benedykta determinantą był czas. Sprawdzałem, co ważnego działo się w świecie i co mógłby przeżyć. Lądowanie Jana Pawła II na lotnisku w Warszawie spisałem z Kroniki Filmowej klatka po klatce i słowo po słowie. Oczywiście nikt nie przedarł się przez kordon służb, bo esbecy natychmiast by go zatrzymali, ale cała reszta wydarzyła się naprawdę.

    Mówią, że jednym z bohaterów jest Warszawa.

    Oczywiście. Mam problem z tożsamością, bo jestem z tego pokolenia, które wypuszczone nagle na wolność nie umiało zbudować gniazda. Nie jestem z Warszawy. Gdzie indziej przeżyłem pierwsze pocałunki, pierwszy seks, pierwsze samodzielne wybory. Ale w Warszawie prawie wszyscy są nomadami. Lubię to miasto i bliska jest mi ta warszawska melancholia wynikająca z historii. Z getta nie zostało nic poza budynkiem kościoła św. Augustyna. Lubię warszawską metafizykę. Te tysiące tabliczek z podziękowaniami za codzienne cuda w kościele św. Krzyża i tablicę u Augustyna z
    przypomnieniem, że na wieży w 1959 roku przez dwadzieścia dni ukazywała się Matka Boska. Lubię warszawskie zabieganie, tę iluzję, że jak czegoś dzisiaj nie zrobię, to świat się zawali. I siedzenie z butelką wina na schodach Kolumny Zygmunta. Ale najważniejszy jest smutek, którego nie da się zabiegać ani zapić. Na początku nie byłem tego świadom, ale kiedyś pewien malarz ze Starego Miasta zapytał mnie: „Wiesz dlaczego drzewa w Warszawie są piękniejsze i silniejsze niż w każdym innym miejscu w Polsce? Dlatego, że piły krew, nie wodę". I nagle zrozumiałem, że to nie jest metafora.

    Jak trafiłeś do Warszawy?

    Przyjechałem robić z Olivierem Janiakiem i Andrzejem Miękusem magazyn „MaleMEN”. Wcześniej pisałem chyba do wszystkich dobrych pism kobiecych, jakie były na rynku. Wtedy zacząłem pisać do męskich. Obecnie jestem redaktorem prowadzącym kwartalnik „Elle Man”, którego naczelnym jest
    Olivier Janiak. Po dziesięciu latach intensywnego podróżowania osiadłem w Warszawie. Najbardziej lubię Stare Miasto. Lubię ciszę, która tam jest o świcie, jak z innego świata. Słychać ptaki chodzące po bruku, o szóstej rano wychodzą siostry zakonne, by pozamiatać chodnik i słyszysz tylko
    szy... szy... szy... kwadrans później bije zegar z kurantami przy rynku.

    Dlaczego opuściłeś Świnoujście?

    Robiłem tam różne rzeczy, malowałem kominy, czyściłem zęzy na statkach, działałem w samorządzie i byłem członkiem rady nadzorczej przedsiębiorstwa z branży energetycznej. Potem pisałem o aferach i musiałem bronić w sądzie tego, co napisałem. Broniłem się długo. Zdążyłem przemyśleć, że nie chcę pisać więcej o aferach. Spakowałem plecak i przez kilka lat utrzymywałem się z pisania artykułów o podróżach.

     

    REKLAMAFord_NowaKuga_baner_1100x400-min


    W końcu rzuciłeś wszystko i pojechałeś na pustynię.

    Tak. Lubię wysokie góry, bezkresne śnieżne pola i pustynie. Pojechałem z Rafałem Sonikiem, żeby napisać jego biografię. Dwa lata jeździliśmy po pustyniach świata. Książka nie powstała, ale nie był to czas stracony. Nauczyłem się, jak szybko prowadzić samochód, jak negocjować kontrakty handlowe, a także tego, że w życiu trzeba cieszyć się tym, co udało się przeżyć, a nie żałować tego, czego się nie udało.

    Dlaczego zacząłeś pisać książki podróżnicze?

    Kiedyś w Kirgistanie usłyszałem od mądrego człowieka, że życie ludzkie jest spełnione, kiedy jest opowiedziane. Rolą reportera jest słuchanie ludzkich historii. Robiłem to przez lata. Pomyślałem, że moje życie wypełni się, jeżeli będzie opowiedziane. No ale kogo obchodziłoby życie autora wywiadów ze sławnymi ludźmi? Postanowiłem opowiedzieć o życiu w drodze. Stąd książki o Gruzji, Armenii, Azerbejdżanie i Karabachu. Trochę o świecie, ale bardziej o przygodzie, jaką jest życie, jeśli tylko masz odwagę rzucić wszystko i ruszyć na pustynię.

    A jednak nawet kiedy nie podróżujesz, piszesz o sobie w „pozytywach”, które czytelnicy śledzą i komentują na twoim profilu „Kapla w drodze”.

    To bardzo dobre ćwiczenie, pozwala uważniej żyć. Z pisaniem jest jak ze sportem. Jeśli nie praktykujesz, to się nie rozwijasz. Na początku czytali to głównie ludzie z branży i dzięki temu dostawałem zlecenia na teksty. Kiedyś Ewa Matuszewska, pisarka, biografka Wandy Rutkiewicz powiedziała mi: „Wiesz co jest najlepsze ze wszystkiego, co napisałeś? Twoje <>. To
    naprawdę świetny dokument o Polsce! Zbierz je, ja ci to zredaguję i je wydamy”. Niestety, nie zdążyła. Ale to był mądry człowiek. Może miała rację?

    Grzegorz_kapla_4

    To, co piszesz, jest bardzo osobiste.

    Bywa bardzo osobiste, ale przede wszystkim jest prawdziwe. Czasem dziwnie się czuję, gdy podchodzą do mnie obcy ludzie i mówią, że to czytają. Wciąż nie mogę przywyknąć.

    I dlatego wciąż gotów jesteś słuchać…

    Tak. Spotkanie z drugim człowiekiem to przecież spotkanie z innym wszechświatem. Ważniejsze od seriali, gier, książek, przygód i posiadania nowego smartfona. Robię wywiady dla magazynów. I mam świadomość, że ten moment bliskości, jakim jest rozmowa, już nam się może nie zdarzyć. Że mamy jedną szansę i jeśli nie powiemy sobie czegoś istotnego, to po prostu zmarnowaliśmy czas. W życiu nie ma przecież zbyt wiele czasu.

     

    TEKST: Małgorzata Główka

    ZDJĘCIA: Marcin Klaban

    Galeria
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Przeczytaj również
    Reklama
    reklama Anywhere