• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Grzegorz Kapla

    Żyje z pisania. A żyć z tego, co się lubi, to dar. Bardziej od pisania lubi tylko spotykać ludzi. No i lubi być w drodze, kupować płyty w sklepie z płytami a nie w sieci, pomidorową i kabriolety. Kiedyś, dzięki dwojgu mądrym ludziom pojął, że nie trzeba pisać tylko o polityce. Że można pisać o świecie.


    Maciej Wierzbicki: Syndrom warszawiaka

    2018-09-24
    „Profesjonalizm aktora na tym polega, aby cudzą duszę założyć bezkolizyjnie dla samego siebie. Czasami to się nie udaje, ale trzeba ten zawód uprawiać tak, żeby nie poranić sobie kolan, nie zrobić sobie krzywdy. Moim zdaniem to jest miara profesjonalizmu.” Z Maciejem Wierzbickim rozmawia Grzegorz Kapla.

    W mieście, do którego każdy przyjeżdża, żeby wywalczyć sobie miejsce w życiu, żeby zrobić karierę, ty nie musiałeś walczyć, bo to jest twoje miasto.

    Nie musiałem. Przyszedłem na świat w szpitalu praskim, naprzeciwko ZOO. Do drugiej klasy szkoły podstawowej mieszkałem na Zaciszu. Słyszałeś? Jest szkoła podstawowa, dom kultury, cudowna kraina. Kiedyś zrobiłem sobie ze swoim starszym synem wycieczkę. Pojechaliśmy metrem, przesiedliśmy się na Dworcu Wileńskim do pociągu i wysiedliśmy na stacji Zacisze Wilno. Przedarliśmy się przez chaszcze… Pamiętałem, gdzie sąsiad trzymał kury, sąsiadka to nawet i świnkę miała. Były dzikie sady, na których budowaliśmy boiska. Tego dziś nie ma. 

    Dzisiaj jest dzieciństwo w wirtualnym świecie. Nasze pokolenie do tego doprowadziło, więc nie możemy mieć pretensji. Odebraliśmy dzieciom trzepaki, ale daliśmy im Wiedźmina.

    Mój syn czyta Wiedźmina, ale potrafi nie używać telefonu przez dwa dni. Na Zaciszu mieszkaliśmy z rodzicami i młodszym bratem. Mieliśmy tylko zimną wodę, wychodek i wszechogarniającą pleśń. Ale nie narzekałem, było cudownie. W ogrodzie miałem własne wielkie drzewo, orzech. Czym on nie był? Obcą planetą, bezludną wyspą.

    A! Stąd ta wyobraźnia. W Teatrze Montownia budujecie scenografię z trzech skrzynek i jednej pary drzwi i wystarcza, żeby wyczarować starożytny Rzym. Gdzieś się to musiało narodzić.

    Myślisz, że tam? Może i tak… Poznałem takich ziomów, że patrzymy na stół i myślimy: „może to jest kościół?”. Albo kiedy toczymy rycerskie walki, to robimy floret z palca. Może to zabrzmi sentymentalnie i banalnie, ale im człowiek starszy, tym bardziej tęskni. Zatęskniłem za Zaciszem.

    maciej_wierzbicki_1

    W drugiej klasie się wyprowadziłeś?

    To było ultra nowoczesne mieszkanie na Ursynowie, druga strona miasta.

    Można powiedzieć, że druga strona życia. Inżynier Karwowski budował Ursynów, więc trafiłeś do filmu.

    Jechało się tam czterema autobusami z Zacisza. Cztery godziny. Kiedy pierwszy raz pojechaliśmy zobaczyć mieszkanie, wysiedliśmy z autobusu, wiatr hulał, dookoła tylko skorupy, szkielety bloków. Jak z dobrego kryminału. Mama wpadła w dół jakiś, a potem weszliśmy do tego bloku, a tam balkon, toaleta, łazienka, pokoje. Kiedy przenieśliśmy się z tego Zacisza i mnie wprowadzili do mojego umeblowanego pokoju, rozpłakałem się, że chcę wracać do domu. Po czym wyszedłem na podwórko i widzę przy trzepaku, tyłem do mnie koleś. Trykam go w ramię, pytam czy zagra, odwraca się, a to dziewczyna. Załamałem się. Ale potem było tak, że wystarczało walnąć dwa razy piłką o chodnik i zaraz trzydziestu po klatkach biegło. Było super. Ojciec był mistrzem stolarstwa, zrobił wszystkie meble własnoręcznie. Wszystko to potrafił zbudować, jak z klocków lego. Jak to rozłożył, to ustawiał to w tym naszym malutkim pokoiku na Zaciszu wszystkie meble porozkładane. Był mistrzem w swoim fachu i jakiś czas potem dostał fajną propozycję pracy w Australii.

    Czyli wychowywałeś się bez taty?

    To było tuż przed maturą. 

    Przed maturą to każdy chciałby się bez taty wychowywać.

    Miałem to szczęście, było ok, grałem wtedy na perkusji, zarobkowo na weselach i dancingach.

    Kiedy zainteresowałeś się sztuką aktorską ?

    Zainteresowałem się jeszcze w czasach Zacisza, bo dużo chodziłem do teatru. Na Pradze jest kultowy teatr dla dzieci, Teatr Baj. Potem trafiłem do Teatru Polskiego na spektakl „Przygody Rozbójnika Rumcajsa” i to było coś. Od tego momentu świadomie powiedziałem sobie, że chcę zostać aktorem, miałem pięć lat i odtąd gdzieś z tyłu głowy zawsze to było. Mimo że skończyłem technikum samochodowe, trenowałem wyczynowo piłkę nożną, do czego się kompletnie nie nadawałem, ale z osiem lat mi to zajęło.

    W Polonii?

    Nie, na Agrykoli. Na obronie grałem, wtedy inaczej się grało, bardziej destrukcyjnie.

    Ale zdecydowałeś się na szkołę aktorską, a to był poważny krok. Rzadko kto dostawał się za pierwszym razem.

    A skąd wiesz, że dostałem się za pierwszym razem?

    maciej_wierzbicki_15

    (Uśmiech)

    Tak, po technikum to był szok, bo okazało się, że mam poważne zaległości w wiedzy ogólnej. Ale miałem fantastyczną panią od polskiego, gdyby nie ona, nigdy bym się nie dostał do szkoły teatralnej. Przychodziłem do niej po lekcjach i ona pootwierała mi kilka furtek, ukleciłem repertuar i udało się. Wtedy byłem bardzo mocno zdeterminowany, chodziłem w szkole do poradni konsultacyjnej nawet.

    Myślisz, że jestem jeszcze w wieku, w którym przyjęliby mnie do takiej poradni?

    Mało tego! Nie ma teraz limitu wiekowego. Wiem, bo prowadzę zajęcia, mam swoich studentów i siedzę czasem w tej poradni. Przychodzą różni ludzie. Rok w rok po tysiąc osób na egzaminy.

    A ty kiedy zobaczyłeś ten swój tysiąc, co pomyślałeś?

    Za moich czasów było może pół tysiąca.

    I sześć osób przyjmowali?

    Nie, osiemnaście. Starałem się o tym nie myśleć, syndrom warszawiaka mi się włączył. W ogóle nie przyszło mi na myśl, że są inne szkoły teatralne, w Krakowie czy w Łodzi. A inni składali papiery do wszystkich naraz. Jestem stąd i alternatywa nie wchodziła w grę.

    Terminarz egzaminów jest taki, że można zdawać do wszystkich czterech. Najlepsi dostają się do wszystkich i wybierają, gdzie chcą studiować. Na egzamin pojechałem w srebrnym garniturze. Matka zaprowadziła mnie do krawca na Nowym Świecie, taki starszy pan, powiedział, że ma fajny materiał dla mnie. I uszył mi zbroję. Potem w teatrze jeszcze w nim grałem w jednym przedstawieniu. Pamiętam bardzo dobrze jak idę Długą noga za nogą i w końcu dochodzę do Miodowej. Tego się nie zapomni. Premiery się zapomina, a to siedzi. To są rany emocjonalne, tak mocne doświadczenie. Świętej pamięci profesor Irena Tomaszewska, która wychowała pokolenia, wtedy już była emerytką, siedziała z boku stołu prezydialnego. I to ona szeptem mi do mnie powiedziała: Wszystko dobrze, tylko to ubranie.

    A inni? Co powiedzieli?

    Nic. Do widzenia. A potem zobaczyłem swoje nazwisko na karteluszce, że z sesji porannej właśnie ja zostałem przepchnięty na drugi etap. I wyszło szydło z wora, że jednak technikum to nie liceum o profilu humanistycznym. Wypadłem blado. Ale jakoś się udało. Przez cztery lata konsekwentnie praktycznie nie wychodziłem ze szkoły.

    Ale zbudowaliście w tej szkole teatr. Inni studiowali, a wy lecieliście do Chicago z własnym teatrem. 

    Przeskakujesz, to już trzeci rok.

     

    REKLAMACYB_online_banner_PO_Lemo_anim

     

    Muszę pilnować czasu. Wsiadamy do samolotu i lecimy.

    Na trzecim roku zrobiliśmy przedstawienie, które okazało się hitem. Graliśmy to w szkole i sypnęły się ciekawe propozycje wyjazdowe. I w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia wsiedliśmy w samolot i polecieliśmy do Chicago na 12 dni i 6 spektakli.

    Ale nie wychodziłeś ze szkoły. Nie miałeś czasu na nic innego.

    Coś za coś. Mogłem może pobyć dłużej w domu z rodziną, z bratem i siostrą.

    Albo na bankiecie poznać jakiegoś producenta od reklam, występowałbyś w reklamach pasty do zębów.

    Jak na mnie patrzysz, to jaki towar mógłbym reklamować?

    Czapki.

    Myślałem, że powiesz „zakłady pogrzebowe”. 

    Za szybko z Teatrem Montownia poszliście na szczyt, mieliście przed sobą jeszcze dużo nauki, a już byliście na samej górze.

    Poczuliśmy, że wzięliśmy głębszy wdech przed decydującym podejściem.

    maciej_wierzbicki_3

    Jak wpadliście na to, żeby zrobić teatr? Ludzie, kiedy są na trzecim roku to myślą o imprezach.

    Zebrało się trzech świrów na tym samym roku. Chcieliśmy poszukać czegoś we trójkę. Ale nie wiedzieliśmy, czego, nie byliśmy oczytani.

    Na egzaminie mówiłeś Myśliwskiego, to jak nieoczytany?

    Poszliśmy do profesora, który to okazał się reżyserem „Przygód Rumcajsa”, które widziałem jako pięciolatek. Historia zatoczyła koło. Profesor Jan Skotnicki świętej pamięci powiedział: Chłopaki, idźcie do biblioteki, tam jest tom Mrożka, przeczytajcie go. Przeczytałem go na korytarzu, zaczynał się: „Co jest? Zamknięte? Może nie ma nikogo”... Przypadkowo wyznaczyliśmy sobie, co kto czyta. Przeczytaliśmy i już tak zostało. I to się udało. A potem mieliśmy od razu pomysł na następne przedstawienie. „Szelmostwa Skapena” Moliera.

    Już pod szyldem Montownia?

    Nie, jeszcze nie było nic o Montowni. Ale wpadliśmy, żeby wyrzucić ze sztuki role kobiece i tak opowiedzieć historię, żeby się dała zrobić we czwórkę. Wyciąłem sceny kobiece, trochę poprzerabiałem i się okazało, że to gra. Tymczasem jednak Rafał Rutkowski miał już propozycję pracy w teatrze, ja też, a trzeci nasz kolega nie miał, ale już coś kombinował. Czwartego, Marcina Perchucia, namawialiśmy, żeby do nas przystał. No i Rafał zrozumiał, że jak pójdziemy do różnych teatrów, to się już nie zejdziemy. Zaproponował, że stworzymy własną grupę, swój teatr. 

    Teatr bez siedziby.

    Siedzieliśmy wtedy w Teatrze Powszechnym, bo ten nasz projekt kupił i przyjął do teatru Krzysztof Rudziński. Powiedział, że to fajna zabawa na 45 minut, ale to jest za krótkie jak na teatr. Wymyślił, że Stanisław Tym napisze dla nas, studentów, drugą jednoaktówkę. Graliśmy to w Teatrze Powszechnym. Mieliśmy po 22 lata, ceniliśmy sobie wolność artystyczną, powiedzieliśmy dyrektorowi, że mamy pomysł założenia własnej grupy, że przedstawienie zagramy pod własnym szyldem. Powiedział, że przyjdzie 10 dni przed premierą i jak mu się to spodoba, to bierze to, a jak nie, to mamy wypieprzać. Przyszedł, zobaczył, no i kupił. To była premiera Teatru Montownia.

    Dziwna nazwa.

    Kombinowaliśmy, gdzie robić próby. Poszliśmy do profesora Łapickiego, on był wtedy dyrektorem Teatru Polskiego. Powiedział: „Powołajcie się na mnie i wam pokażą miejsce”. Poszliśmy za Teatr Polski, naszym oczom ukazała się rotunda. Nad drzwiami wisiała tabliczka: „Stara montownia Forda”. Miejsce nie nadawało się do niczego, ale mieliśmy Montownię. Poszliśmy do Rudzińskiego i powiedzieliśmy, że tak się będzie nazywał nasz teatr. Montownia 110. Bo pomyśleliśmy sobie, że to maksymalna prędkość. Ostudził nas, powiedział, żeby to 110 wyrzucić.

    maciej_wierzbicki_2

    No, ale rozpędziliście się i zrobiliście „Testosteron”.

    Rafał dwa lata chodził za Andrzejem Saramonowiczem, poznali się przy okazji programu telewizyjnego, w którym Andrzej rozmawiał o filmach, a my krótkimi etiudami to komentowaliśmy.

    Potem Saramonowicz z tego zmontował film… Znalazł sposób, jak ograć dział księgowy telewizji.

    No i się udało. Kilka scenek jest żywcem wyjętych z tego programu. Nic tam nie było zmieniane. I Rafał chodził za nim dwa lata, prosił o ten tekst  i w końcu Andrzej napisał „Testosteron”. 

    Napisał na czterech aktorów?

    Nie. Na siedem osób. Podobno miał nasze zdjęcia, to rzadko się zdarza, żeby pisać sztukę konkretnie dla aktora. W Teatrze Montownia zdarzyło się to dwa razy. Raz napisał to Stanisław Tym. No a potem Andrzej Saramonowicz napisał specjalnie dla mnie rolę Robala, przyjaciela pana młodego, doktora biologa, genetyka. Graliśmy to przy pełnej widowni ponad 400 razy. Mogliśmy spokojnie grać dużo więcej. Nawet film temu nie przeszkodził, przeciwnie – ruszyła kolejna fala, bo ludzie przychodzili porównać. Nie wiem, co Andrzej na to, ale mówili, że przedstawienie jest dużo odważniejsze niż film, lepsze.

    Chyba jest szczęśliwy, że to napisał. Nie ma co kryć.

    Namawialiśmy go na kolejny projekt, który mógłby dla nas napisać. Pomysły rewelacyjne. Może jeszcze napisze.

    To co teraz montujecie?

    Nic. 

    Jak to?

    Zmontowaliśmy ostatnio „Dzieła wszystkie Szekspira”, w nieco skróconej wersji.

    Czyli poszliście w komediowe klimaty?

    Tak jesteśmy postrzegani.

    „Testosteron” był raczej tragedią.

    Był słodko-gorzki. Natomiast to jest rozrywka. Opowiadamy całego Szekspira w 60 minut. Gramy to w Teatrze Polonia, u Krystyny Jandy, zapraszam serdecznie. 

    Fechtujecie na miecze z palców?

    Nie, z palców nie, mamy plastikowe.

    Kobiece postaci wycięliście?

    Julia jest.

     

    REKLAMA

    bulwary_ksiazece

     

    Animowana?

    Nie. 

    Musicie się bardzo szybko przebierać, jeśli to jest 60 minut.

    Bardzo szybko. Jak to mówi jedna z najwybitniejszych polskich reżyserek teatralnych, pani Augustynowicz: „aktor powinien mieć błyskawiczną zdolność włożenia czyjejś duszy”.

    Bezkarnie?

    Profesjonalizm aktora na tym polega, aby to się odbywało bezkolizyjnie, chociaż czasami to się nie udaje. Ale to nie przy takim przedstawieniu. Trzeba ten zawód uprawiać tak, żeby nie poranić sobie kolan, nie zrobić sobie krzywdy. Moim zdaniem to jest miara profesjonalizmu. 

    I jesteś Julią?

    Zakładam wianek i jestem Julią. Moim największym teatralnym wyzwaniem poza Montownią była rola Grety Garbo. 

    W Szczecinie.

    Tak. U Hanny Augustynowicz. 

    Żona jest szczecinianką, zakochała się, kiedy grałeś Gretę Garbo?

    Nie. Już byłem dawno po ślubie. Ona też jest aktorką.

    To takie romantyczne.

    No nie. Żona ma straszne problemy z tym, kiedy ja gram kobiety. Ona woli, żebym się za babki nie przebierał. Nawet w pracy. Natomiast Greta Garbo to było wyzwanie, gruba sprawa.

    maciej_wierzbicki_4

    Ale studenci, którzy startują do twojej szkoły, marzą raczej o rolach w serialach. O telewizji. Lista twoich występów w telewizji nie ma końca.

    Naprawdę? Otwórz sobie konto Roberta Więckiewicza albo Tomka Karolaka. Mogłaby być zdecydowanie dłuższa. Zawód aktora, z czego nie zdają sobie sprawy młodzi ludzie, to jest sinusoida. Zdarzają się okresy, kiedy telefon milczy. I to jest chleb powszedni tego zawodu. Ale ludzie myślą o tym inaczej, bo atakują ich zewsząd kolorowe pisma, a w nich aktorzy uśmiechnięci w serialach. 

    W pięknych domach, które do nich nie należą, ale są wypożyczane do sesji.

    Ja to od razu mówię swoim studentom: „Co ma aktor czasami? Aktor czasami ma pracę”. 

    Ale kiedy zakładaliście Montownię, to decydowała potrzeba wolności artystycznej.

    Tak. Wtedy nikt z nas jeszcze nie znał ciemnej strony. Byliśmy studentami.

    A macie tam księgową?

    Mamy Jolę naszą, mamy pokoik, biuro, Jola wszystko ogarnia. 

    Był czas, że mieliście też teatr, scenę.

    Tak, ale szybko się sparzyliśmy, to nie był dobry czas. Teraz Tomek Karolak pod tym naszym miejscem ma Teatr. 

    Z perspektywy widza wydaje się, że aktor ma przyjemne życie. Malują go, ubierają, stawiają na scenę, płacą ogromne pieniądze, dają okładki w czasopismach i jeszcze zarabia mnóstwo pieniędzy za reklamy, i ma za darmo samochód, którym jeździ jako ambasador marki.

    Z takim przeświadczeniem przychodzą ludzie do szkoły teatralnej, nie wiedząc, że ci, co jeżdżą tymi samochodami, to może 4 osoby. Wiesz, ilu jest aktorów w Polsce, którzy nie robią nic? Którzy muszą się przebranżowić?

    Mam kolegę, który świetny był w musicalu, a teraz jest stewardem w liniach lotniczych. Za długo ten telefon milczał. To jest pewnie trudne do uniesienia w waszej pracy.

    A co powiedziałeś, jak mnie zobaczyłeś? 

    Że kiedy Netflix kupi moją powieść na scenariusz, to zagrasz policjanta.

    Wiesz, ilu się musiałem ich nagrać?

    Nie narzekaj, Falk całe życie grał Columbo.

    Jak zrobisz Columbo ze mną, to wchodzę.

    Nie mógłbyś być już więcej Julią. Nikt by tego nie zaakceptował.

    Zaakceptowałby. Teatr to taka dziwna umowa. Kupujesz bilet, dajesz za to dobrowolnie 50 złotych i to jest twoja umowa. Zgadzasz się na to, że ci z drugiej strony rampy będą cię oszukiwać, a ty się chcesz na to nabrać.

    Chcesz przeżyć prawdziwe emocje, one są prawdziwe.

    Ale bez negatywnych konsekwencji dla ciebie.

    Jeżeli płaczesz, to są konsekwencje.

    Tak, ale pozytywne.

     

    fot.: Tomasz Krupa

    Galeria
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Przeczytaj również
    Reklama
    reklama Anywhere