• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Magdalena Juszczyk

    Dziennikarka radiowa i telewizyjna. Zaczynała w Radiu Jazz z serwisem kulturalnym "HeyNow na miasto". Potem było Radio PiN, codzienny "Kalkulator kulturalny" i wywiady z osobowościami świata kultury. Radiowa Dwójka stała się na kilka lat miejscem jej cotygodniowych spotkań z twórcami w cyklu "W Dwójce raźniej". Za emitowany w Telewizji Kino Polska "Program obowiązkowy" nominowana była w 2017 r. do nagród PISF-u. Ma maturę, magistra, kartę mikrofonową i prawo jazdy kategorii B. Lubi rowery z RFN-u, stylowe motocykle wraz z ich jeźdźcami, a do szybowca wsiada na jedno zawołanie.

    Borys Szyc: Nie przyszedłem was rozbawiać

    2018-09-18
    Spotkaliśmy się krótko po sukcesach „Zimnej wojny” w Cannes, na moment przed ogłoszeniem do publicznej wiadomości, kto ostatecznie zagra rolę Romana Polańskiego w najnowszym filmie Quentina Tarantino. Nazwisko Borysa Szyca pojawiło się na pewnym etapie obsadowych spekulacji. W tej rozmowie nie rozwikłamy zagadki, jak udało się aktorowi nie oszaleć z zazdrości, gdy bilet do Hollywood dostał kolega z teatru. Niekłamana radość z cudzego sukcesu i szczerość mówienia o własnych uzależnieniach robią wrażenie. Odważny marzyciel i aktor do zadań specjalnych był w teatrze Płatonowem i Hamletem, dla kina stał się Kantorem i Piłsudskim.

    Jesteś postrzegany na ogół jako specjalista od poczucia humoru i zgrywy.Tymczasem w twoich wypowiedziach bardzo często słychać refleksje człowieka mądrego, oczytanego, budującego wcale nieproste frazy. Czy współczesność sprzyja intelektualnemu rozkwitowi?

    Kiedyś starałbym się was na siłę rozśmieszyć, ale odzyskałem świadome życie, co sprawiło, że dorosłem i nie mam już potrzeby nieustannego rozbawiania towarzystwa. Chociaż uważam, że nie ma większego wyznacznika intelektu niż poczucie humoru. To taki papierek lakmusowy. Aczkolwiek znam niezwykle inteligentne osoby pozbawione poczucia humoru. Wiadomo jednak, że wolimy przebywać z ludźmi, którzy nas rozśmieszają i sprawiają, że czujemy się weselsi.

    Polskie kino, ewoluując, daje ci coraz większe możliwości. Dostrzegasz tę metamorfozę, drogę ku lepszemu?

    Ta ewolucja następuje wraz ze zmianą czasów – otworzyliśmy się na świat (chociaż ostatniojakbyśmy się od świata odwracali). Możliwości są dużo większe. Można skontaktować się z każdym na świecie i próbować pokazać swój talent. Na pewno łatwiej nam dziś zaistnieć w Europie niż naszym starszym kolegom. Na przykład „Zimna wojna” – po Cannes ten film jest oglądany i komentowany na całym świecie! To wielka radość, że to, co robisz, dociera do większego grona ludzi i do miejsc, na których zawsze ci zależało.

    Chcesz wypłynąć na szerokie wody? Czekasz na to?

    Czekałem zawsze i czekam wciąż. Myślę, że to naturalne. Po pobycie w Cannes wiem, że jest to niezwykle pociągające, interesujące, dowartościowujące –spotykasz ludzi, którzy zajmują się tym samym, co ty, tylko na poziomie światowym. To przecież te same instynkty, ten sam powód, dla którego zostało się artystą. Mogłem z tymi ludźmi spędzić czas, będąc na tym samym poziomie, nieodcięty kurtyną, już nie żelazną, ale kurtyną relacji fan-aktor. To są moi koledzy aktorzy, którzy oglądają i oceniają moją pracę. To jest niezwykle ważne dla każdego artysty, dla jego wewnętrznego rozwoju. Z aktorstwem to złożona sprawa. Język jest główną blokadą. Ale teraz powstaje bardzo dużo filmów, których założeniem jest koprodukcja. One nie muszą być w języku angielski – tak jak „Zimna wojna” jest już na całym świecie pokazywana w języku polskim.

    BORYS-SZYC-_-FOT-TOMASZ-SAGAN-_-ANYWHEREPL_4

    Marzysz o spektakularnym sukcesie na festiwalu w Gdyni?

    „Zimna wojna” jest w konkursie, a drugi film z moim udziałem, „Kamerdyner” Filipa Bajona, otworzy tegoroczny Festiwal Polskich Filmów Fabularnych.

    Z Filipem Bajonem pracowałeś wielokrotnie. Czy spotkanie po raz kolejny oznacza dla ciebie większy komfort?

    Darzę Filipa niezwykłym sentymentem. To pierwszy reżyser, który zaprosił mnie do filmu. Wcześniej jedynie gdzieś się przewijałem. „Przedwiośnie” realizowano jako ogromną produkcję, bardzo przejęty byłem nią i swoją rolą Buławnika.

    Który to był rok? 2002?

    Nie pamiętam nawet... Natomiast „Wojnę polsko-ruską” kręciliśmy dziesięć lat temu... To już dziesięć lat!

    Wtedy zgarnąłeś w Gdyni nagrodę za najlepszą pierwszoplanową rolę męską.

    Nagrodę wręczyli mi bohaterowie „Ziemi obiecanej”. To było przeżycie! A Krzysztof Krauze był szefem jury.

    Pamiętasz takie rzeczy, czyli to dla ciebie ważne?

    To niesamowite wspomnienia i cieszę się, że po tylu latach znowu pojawimy się z Filipem na festiwalu. A „Kamerdyner” to też niezwykła historia, to saga dwóch, a nawet trzech rodzin. Ich dramatyczne losy toczą się podczas jednej wojny, drugiej... Mamy tu historię Kaszubów, pewnego pruskiego rodu. A obsada jest wyśmienita.

    Sebastian Fabijański, Janusz Gajos, Anna Radwan...

    Wreszcie spotkałem się z Januszem Gajosem! Przez tyle lat to było moje marzenie. Robiłem wszystko, żeby móc z nim pracować – nie udawało się. Spotkałem się z nim raz w programie Szymona Majewskiego. Było zabawnie. Mam jeszcze jedno wzruszające dla mnie wspomnienie. Lata temu moi przyjaciele nakręcili dla mnie film z okazji urodzin, pan Janusz wychodził zza drzewa i mówił: „Panie Szyc, ja pana znam, pa-pa-pa-pam...”. Popłakałem się, gdy mi to pokazali. Janusz Gajos to niesamowita postać. Swoją rolę w „Kamerdynerze” zbudował genialnie. Jego był pomysł, by naprawdę mówić po kaszubsku. Wprowadził zatem pewien rodzaj zamieszania w produkcji. Trzeba było przepisać dialogi, nauczyć mówić po kaszubsku wszystkich, którzy grali Kaszubów. Przykład dał sam Janusz Gajos. Wszedł w tę rolę fantastycznie. To, jak mówił, brzmiało dla nas jak zupełnie obcy język ze zrozumiałymi zaledwie fragmentami. Wszystko płynęło z jego ust, jakby był rodowitym Kaszubem.

     

    REKLAMACYB_online_banner_PO_Lemo_anim

     

    Pracujesz teraz nad rolą Józefa Piłsudskiego. Spotykamy się krótko przed rozpoczęciem zdjęć do filmu o marszałku. Już na tym etapie przeczuwasz, jakie będzie dzieło filmowe, w które się angażujesz, czy to zawsze jest niewiadoma, nawet dla kogoś, kto okrzepł w zawodzie?

    W ogóle fakt, że film powstaje, to jest cud.

    Co masz na myśli? Odwołujesz się do przejść z filmem o Tadeuszu Kantorze?

    Ten przypadek to na razie brak cudu, ale czekamy. Zobaczymy. Natomiast mówiąc, że powstawanie filmu jest cudem, mam na myśli to, że należy połączyć wiele elementów. Trzeba najpierw mieć historię. Twórcy muszą się dobrać – lubić albo inspirować. Aktorzy muszą mieć czas, zgodzić się wziąć udział, później dać z siebie całą energię... Trzeba trafić z wyborem obsadowym, a nie zawsze tak się dzieje... Trzeba mieć dobrego producenta, kierownika produkcji, drugiego reżysera. To są postaci, o których zapominamy, a one na planie budują całą atmosferę i powodują, że sukces się zbliża lub oddala... Zatem powstanie filmu to cud.

    I ten Piłsudski…

    Wygląda na to, że tu cud się wydarzy. Mamy super ekipę, twórców i obsadę aktorską. Michał Rosa reżyseruje, ja gram Piłsudskiego, a wokół mnie genialni aktorzy: Magda Boczarska jako małżonka, Marysia Dębska jako Ola Szczerbińska, przyszła małżonka, a jeszcze wtedy kochanka, Krzysztof Stroiński, Marcin Hycnar, Grzegorz Małecki...

    BORYS-SZYC-_-FOT-TOMASZ-SAGAN-_-ANYWHEREPL_11

    Uwierzymy w twojego Piłsudskiego? Wiesz, o czym chcę porozmawiać? O emploi, warunkach aktorskich.

    W tworzeniu tej roli stoi za mną Waldek Pokromski. Nie może być z nami przez cały czas zdjęciowy, ale przygotował postać Piłsudskiego do filmu, zrobiliśmy wszystkie odlewy głowy, twarzy, detale w rodzaju zarostu...I jesteśmy już po wielu próbach. Ale na początku sam się zastanawiałem nad trafnością wyboru. 

    Tak jak ja, gdy usłyszałam, że będziesz Kantorem.

    Praca nad rolą Kantora jest chyba większą transformacją… Jednak przy angażu nie miałem wątpliwości, ponieważ wewnętrznie czułem bliskość tej postaci, która była dla mnie ikoniczna. Znałem go od dziecka, moja mama ukończyła Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie, studiowała architekturę wnętrz, miała legitymację do Krzysztoforów podpisaną przez Kantora. To wszystko było w naszym domu jak świętość. Kiedy nagle po latach Kantor do mnie wrócił, też pomyślałem, że to jakiś rodzaj cudu. Jego duch chyba krąży nad tą produkcją, więc zobaczymy.

    Ale wracając do emploi... Reżyser filmu „Nigdy tu już nie powrócę” Jan Hryniak mówił, że w obsadzeniu ciebie w roli Tadeusza Kantora nie chodziło mu o szukanie zewnętrznych podobieństw. Kierował się tym, że masz w sobie brawurę. To fantastyczna odwaga reżysera, który potrafi zaryzykować albo uwierzyć w określoną cechę, która stanowi sedno aktorskiego odzwierciedlenia postaci.

    Chwała mu za to. Dobrze jest mieć sąsiada reżysera.

    Jak to? Dostałeś tę rolę po znajomości?

    On jest moim sąsiadem, ale my się w ogóle nie znaliśmy. Oglądał mnie przez okno, kiedy wracałem, robiłem coś, krzyczałem do kogoś na ulicy. Tylko tak mnie znał i z tego „podglądania” objawiłem mu się jako Kantor. Więc nie było w tym żadnego kumoterstwa.

     

    REKLAMA

    bulwary_ksiazece

     

    Chudnięcie po nic, rozstawianie szczęki aparatem po nic... Filmu nie ma.

    Już tyle przeszedłem z tym filmem... Trwa to prawie czwarty rok. Nie chcąc zapeszać, mogę jedynie powiedzieć, że widziałem bardzo dużo materiałów i wszystkie robią wrażenie. Piotr Śliskowski wykonał niesamowitą robotę. On też realizuje zdjęcia do filmu o Piłsudskim.

    Miałeś na to wpływ?

    To on był najpierw w projekcie o Piłsudskim i to on mógł spowodować, że się tam znalazłem. Zaczął opowiadać, jak pracuję, jak można mnie zmienić plastycznie. On patrzy na aktora jak na materiał, który można uformować.

    Agnieszka Holland też tak na ciebie patrzyła?

    Byłem podobno jedyną osobą, która dostała rolę tak po prostu, nie w drodze castingu. Tu z kolei wyczuwam wpływ Weroniki Migoń, genialnej reżyserki castingu, której już z nami nie ma. Odeszła jeszcze przed premierą „Pokotu”. Film jest jej dedykowany. Teraz przyznawane są nagrody Weroniki Migoń dla najlepszych reżyserów castingu. To wielka sztuka i takich osób jest w kraju kilka, od nich zależy, jak wygląda obsada filmu, czyli jak wygląda film, jak układa się cała historia i kto ją opowiada.

    Porozmawiajmy o wierności. Nie chodzi mi o życie prywatne, ale o teatr. Jesteś bardzo wierny teatralnej miłości. Teatr Współczesny od początku stulecia i właściwie dwa nazwiska: Agnieszka Glińska oraz Maciej Englert. Literatura rosyjska, ale też Szekspir, Hrabal, Horvath...

    Również Martin McDonagh, autor „Porucznika z Inishmore”, a szerszej widowni znany ostatnio z genialnego filmu „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”.

    BORYS-SZYC-_-FOT-TOMASZ-SAGAN-_-ANYWHEREPL_2

    Bardzo lubię cię w rosyjskim repertuarze: Czechow, Bułhakow, Kuroczkin, bracia Presniakow. Ale we Współczesnym można posądzić cię o zachowawczość, o to, że masz po prostu zaciszną przystań i gwarancję, że reżyser, dyrektor teatru da ci kolejną rolę. Co sprawia, że czujesz się sensownie w tym zespole?

    Przede wszystkim sprawia to Maciej Englert, dyrektor i mój dobry duch od wielu lat. Jestem tam... 17 lat. Skończyłem szkołę w 2001 roku i właściwie jeszcze w trakcie realizacji dyplomu...

    ...To był „Płatonow” Czechowa w reżyserii Agnieszki Glińskiej.

    Przyszedł do mnie Maciej Englert z propozycją angażu. Ja rozważałem także propozycję Teatru Dramatycznego. Całe wakacje dopytywałem Agnieszkę, czy coś dla mnie ma. Mówiła jedynie: coś mam. To była moja karta przetargowa w tych negocjacjach. Wakacje były dla mnie najpiękniejsze w życiu: skończyłem szkołę, miałem angaż. Spełnienie absolutnie wszystkich marzeń.

    Mokotowska dobry adres.

    Łomnicki chodził po tej scenie! Pamiętam swoją pierwszą premierę, „Bambini di Praga” Hrabala w reżyserii Agnieszki Glińskiej... 

    Za tę rolę otrzymałeś Feliksa Warszawskiego, jednego z dwóch, jakie masz! [Drugiego Feliksa Warszawskiego Borys Szyc otrzymał osiem lat później za rolę Płatonowa w „Sztuce bez tytułu” Antoniego Czechowa w reż. Agnieszki Glińskiej.]

    Rzeczywiście, Feliksa dostałem za debiut w „Bambini di Praga”. Pamiętam wieczór premiery. Później był bankiet, uciekłem z niego, poszedłem na wygaszoną scenę, położyłem się tam i tak leżałem wzruszony... Aż się teraz wzruszyłem.

    BORYS-SZYC-_-FOT-TOMASZ-SAGAN-_-ANYWHEREPL_3

    Niesamowita scena. Dziś toczy własny bój o widza.

    Tak, i ten widz też jest jej wierny. Mieszczańska inteligencja przychodzi do tego teatru i też pilnuje, żeby trzymany był poziom; wyraża swoje opinie, kiedy czuje, że coś jest nie tak. Ale to daje nam też gigantyczną energię, wsparcie i poczucie, że nasza praca ma sens. A ma.

    Maciej Englert musi ci ufać. Aby powracać do współpracy z tobą, musi też wytrzymywać rozmaite przejścia w twoim życiu prywatnym?

    Nie wiem, czy musi, ale wytrzymywał to wszystko.

    Hamleta powierzył ci w ważnym momencie.

    My się do tego „Hamleta” przymierzaliśmy już od Płatonowa.

    Tego drugiego Agnieszki Glińskiej, czyli od „Sztuki bez tytułu” z 2009 roku.

    Tak. Płatonow to wiejski Hamlet, tak mówi o nim Czechow. Płatonow jest niezwykle rozedrganą postacią, emocjonalną, rozbitą. To akurat łączyło się z moim ówczesnym życiem. Może dlatego tak dobrze mi się grało? Pławiłem się w tym troszeczkę. Oczywiście oddałem tej roli całe swoje serce, spalałem się, może czasem niebezpiecznie, za bardzo. Prywatnie mnie to wręcz wyniszczało. Ale kolejnym krokiem powinien być Hamlet intelektualny, myślący, mniej powodowany sercem, a bardziej głową i sumieniem, Hamlet z manifestem intelektualnym, odniesieniami do czasów, w których żyjemy. Stąd ten Hamlet się wziął.

    Zagrałeś w reklamie, by móc się oddać pracy, pamiętasz?

    Tak.

    I przepadłeś, tak byłeś skupiony na celu. Stałeś się mnichem albo zakonnikiem sztuki?

    Sztuki pewnie tak. Zresztą zawsze oddawałem się teatrowi w dwustu procentach. Inaczej nie umiem. To nie jest tak, że ja się do tego bardzo zmuszam, po prostu inaczej nie potrafię. Często jestem wykończony, bluźnię na teatr, mam go dosyć, nie chcę go już, za dużo mnie kosztuje. Ale inaczej nie potrafię i kocham to! To rodzaj zniszczenia się i nowego narodzenia w dniu premiery. Zawsze jest wielka niewiadoma, czy widzowi się spodoba, czy wszystko się razem sklei, zwłaszcza przy takiej kolubrynie, jaką jest „Hamlet”, gdzie jesteśmy prawie cztery godziny na scenie. Zagraliśmy ten spektakl już 202 razy. 800 godzin na scenie.

    BORYS-SZYC-_-FOT-TOMASZ-SAGAN-_-ANYWHEREPL_4

    W teatrze możesz też poprawiać. Poprawisz coś w „Psim sercu”? Odnajdziemy tę sztukę Bułhakowa na afiszu w nowym sezonie w Teatrze Współczesnym?

    Absolutnie tak! Dla „Psiego serca” i dla mnie to był niezwykle intensywny sezon, przedstawienie zagraliśmy 66 razy. Kilka ostatnich spektakli w czerwcu, kiedy w teatrze jest 30 stopni, to było naprawdę wyzwanie. Nie mamy wciąż klimatyzacji, ciągle o niej marzymy, a tu peruka, płaszcz, kołnierz, przebranie psa... Ale był to też niesamowity sezon. Za rolę Szarika alias Szarikowa dostałem nagrodę publiczności na Międzynarodowym Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych. To było akurat dla mnie bardzo przyjemne.

    Życzę ci nagród, ale przede wszystkim – partnerów do wspólnych przygód w świecie sztuki.

    To jest najważniejsze: mieć fajnych ludzi wokół.

     

    fot.: Tomasz Sagan

    Galeria
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere