• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Rafał Bryndal

    Tekściarz, dziennikarz, satyryk i milosnik jazzu

    Mokasyny

    2018-09-14

    Wystarczyło jedno spojrzenie i już wiedziała, że nie będzie mogła mu się oprzeć. Boże, co za banał! Takie początki są jedynie w rozrywających serca melodramatycznych opowieściach drukowanych na ostatnich stronach brukowców. To właśnie z takich historii sprzedawczynie w sklepach spożywczych, kasjerki z banku i wizażystki z telewizji robią sobie kanapki do pracy, by móc posilić się czymś, co pozwoli im przetrwać popołudniowe godziny szczytu.

    Niby nie miał w tych oczach nic szczególnego. W zasadzie trudno było coś w nich dostrzec, biorąc pod uwagę, że nosił okulary. Ich grubość maskowały subtelne oprawki. Musiał wydać na nie kupę kasy. Nie myślała o tym jeszcze, dopiero później, gdy sprawy potoczyły się szybciej niż metro, którym zwykle dojeżdżała do pracy. Gdy na nią popatrzył, przeszył ją dreszcz. Kolejny banał pojawił się jak reklama na przeczyszczenie podczas wojennego dramatu produkcji czeskiej.

    Impreza, na której się znalazła była tak swobodna, że już nikt nie pamiętał, z jakiego powodu ją zorganizowano. Nikt też nie wiedział, z czyjej inicjatywy doszła do skutku, więc gospodarza można było wybierać losowo z grona trzydziestu kilku osób, które zgromadziły się na patio modnego lokalu. Klub był tak popularny, że wszyscy taksówkarze (nawet ci z Ubera) dojeżdżali do niego bez GPS-a. Z patio roztaczał się widok na rzekę. Malownicze otoczenie sprawiło, że wszyscy robili sobie selfiki na tle tego, co za ich plecami wiło się w kierunku morza. Mimo że zapadł już zmrok, to jednak z użyciem lamp można było od biedy wykonać na tyle czytelne zdjęcie, by umieścić je w internecie.

     Towarzystwo jeszcze zachowywało się z rezerwą do tego, co działo się wokół nich. Zblazowani oceniali cynicznym spojrzeniem obsługę, rozmówców i gwiazdy pojawiające na niebie. Od czasu do czasu zaglądali do szklanek, które trzymali w dłoniach. Wyglądało to, jakby zerkali w czarodziejskie kule, które nie tylko mają im przynieść chwilowe zauroczenie, ale także, z których można wyczytać najbliższą przyszłość tych dobrze wyglądających jak na korporacyjnej standardy ludzi. Można było się domyślić, że każdy z nich przed wyjściem na imprezę spędził dużo czasu na doborze tego, co ma na sobie.

    Okularnik chyba nie miał takich dylematów. Sprawiał wrażenie faceta, który nie przywiązuje wagi do tego, co nosi. Zachowywał się z pewną nonszalancją, witając się prawie z każdym, kto nawinął mu się pod rękę. Zagadywał, dowcipkował i tym, co mówił, wprawiał w zakłopotanie niektórych z gości. Nikt jednak nie śmiał się z nim kłócić. Po reakcjach ludzi widać było, że prawie wszyscy darzą go sympatią. Musiał wzbudzać szacunek, bo nikt nie śmiał mu przerywać, gdy wygłaszał swoje opinie na temat lokalu, pogody, sytuacji na Bliskim Wchodzie, repertuaru najpopularniejszych kin i cen na rynku paliw. Kobiety przy nim promieniały, a mężczyźni przybierali teatralne pozy, jakby znaleźli się na wspólnej scenie z mistrzem.

     Popiła ze szklanki łyk czegoś, co miało być koktajlem o romantycznym zabarwieniu, o czym zapewniał ją wyżelowanybarman. Chyba miał rację, bo poczuła w sobie dziwną zuchwałość i zbliżyła się do okularnika na tyle blisko, że nie miał wyjścia. Musiał zagadać.

    - Może to Ty jesteś tą księżniczką, na którą czekam?

    - Nie ulega wątpliwości - odpowiedziała bez wahania, chociaż trudno było doszukać się w jej żyłach błękitnej krwi. Przynajmniej ostatnie badania tego nie wykazały. Spojrzał na nią, jakby właśnie odkrył Amerykę Południową, i z miejsca zadał kolejne pytanie.

    - Idziemy do ciebie?

    Pytanie na tyle ją zaskoczyło, że z wrażenia omal nie pękła jej gumka w stringach. Opanowała jednak drżenie pośladków i rezolutnie odpowiedziała, jakby brała udział w serialu komediowym:

    - Jeśli masz na myśli to miejsce pod mostem, to nie mam nic przeciwko.

    Popatrzył na nią, jakby zobaczył zaćmienie księżyca, które zdarza się raz na sto lat.

    - Most jest oczywiście zwodzony, tak jak ty mnie zwodzisz.

    Mówiąc to, popchnął ją delikatnie w stronę wyjścia. Zastanawiała się, dlaczego uległa. Może pachniał jakoś inaczej niż inni faceci. Tak obco, a jednocześnie przyjemnie. Kilka razy przespała się z kimś, kogo poznała na imprezie, ale nigdy zagajenie do tematu nie trwało tak błyskawicznie.

    Gdy znaleźli się na ulicy, wziął ją w ramiona i zaczął namiętnie całować. Scena jak z najgorszych filmów Woody’ego Allena. Gdy oderwała się od niego, by nabrać powietrza i podnieść torebkę, którą z wrażenia upuściła na chodnik, spojrzał na zegarek i dramatycznie stwierdził:

    - Spóźniłaś się. Nie mam za dużo czasu.

    - Jak to, kurwa, nie masz za dużo czasu? Jest dopiero 23.25! Wyciągasz mnie z imprezy i mówisz, że nie masz za dużo czasu? Za kogo ty mnie masz?

    Odsunęła się od niego na odległość dwóch ramion rosłego mężczyzny i ruszyła z powrotem do knajpy. Zagrodził jej drogę. Ukląkł przed nią z kwiatami, które udało mu się na szybko wyrwać z korzeniami z miejskiego klombu. Wyglądały komicznie.

    - Nie odchodź. Zostań ze mną, a będzie ci to nagrodzone.

    Zabrzmiało to, jakby miała do czynienia z jakimś jebanym kaznodzieją. Oczywiście przymiotnik „jebany” pojawił się na samą myśl, że nie ma już na tym świecie normalnych facetów.

    Okularnik znowu wziął ją w ramiona i zaczął tak namiętnie całować, że na chwilę zmieniła zdanie. Robił to doskonale. Po kilku minutach ocknął się z miłosnego uścisku i ponownie spojrzał na zegarek. Była 23.35.

    - Ile czasu jedzie tramwaj na Grochów?

    - Pewnie ze 20 minut - odpowiedziała ze wzrastającą wściekłością. Nie miała ochoty na jazdę miejskim środkami komunikacji. Myślała, że stać go na taksówkę. Oprawki jego okularów wskazywały na to, że stać go choćby na Ubera.

    Znowu rzucił się na nią, wbijając usta w jej usta. Było to na tyle podniecające, że mu w tym nie przeszkadzała. Trwali w tym pocałunku do momentu, gdy w oddali zza rogu pojawił się tramwaj.

    - Muszę lecieć, ale obiecuję, że jeszcze się spotkamy!

    - Ale zaraz kolego, o co chodzi, kurwa... Zaraz! 

    Jej „zaraz” zawisło nad nimi, nad tramwajem i nad psem, który przypadkowo się przyglądał całej akcji. Okularnik machnął do niej na pożegnanie i pognał na przystanek. Wskoczył do ostatniego wagonu i drzwi się zamknęły. Popatrzyła za nim z irytacją i utęsknieniem. Zawiedziona chciała już wracać na imprezę, gdy spostrzegła but jej kilkuminutowego kochanka. Widocznie zsunął się z jego nogi przy wskakiwaniu do tramwaju. Podniosła mokasyn z eleganckiej skóry i zaklęła na cały głos, wzbudzając zachwyt przyglądającego się psa.

    - Noż kurwa! I niby ja mam teraz po całym Grochowie z tym butem zapierdalać, by znaleźć tego jebanego Kopciuszka? O nie! Tyle czasu to ja nie mam. Mój biologiczny zegar mi na to nie pozwala.

    Odwróciła się na pięcie. Mokasyn wrzuciła do kosza na śmieci i wróciła na imprezę.

     

     

    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Przeczytaj również
    Reklama
    reklama Anywhere