• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Tomasz Kowalski

    Z wykształcenia prawnik. Rocznik 70. Katowiczanin. Pisarz. Autor „Mędrca kaźni”, „Rozmów na trzech grabarzy i jedną śmierć”, „Nie pozwolisz żyć czarownicy” oraz zbioru opowiadań „Przysionek, dom dla pozornie umarłych”.

    Dyktatura durniów

    2018-09-14

    Poszliśmy wczoraj z Gosią (dla niewtajemniczonych, Gosia to moja żona) kupić prezent dla naszej przyjaciółki. Jesteśmy w trójkę w podobnym wieku, dość dojrzałym, wiec wpadliśmy na pomysł, że nabędziemy jej cały set polskiego serialu z lat siedemdziesiątych pt. „Czterdziestolatek”. 

    Któż z nas nie pamięta inżyniera Karwowskiego i jego żony Madzi oraz całego tłumu, nieprzeciętnych postaci, stworzonych przez cudowny duet – Jerzy Gruza i Krzysztof Teodor Teplitz? Pamiętacie Maliniaka, kobietę pracującą, panią Zosię, dyrektora Wardowskiego? A Walendziaka, prof. Koziełłę, Gajnego, Mietka Powroźnego? Stop! Można tak bez końca. Próbując sobie przypominać, kto jeszcze bawił nas w tym serialu, za każdym razem uśmiecham się sam do siebie. No dobra, to jeszcze paru: Pani Flora, Inżynier Szczygieł, „Dżuma”, Mariolka, Szwagier (Gajos), Karol, wiceminister Zawodny.

    Po nabyciu prezentu poszliśmy na przysłowiową kawę. Śmialiśmy się, przypominając sobie teksty z filmu, typu: „Pamięć ojca szanuj, ale przykładu nie bierz”, albo „To mi przypomina „Naprawdę jaka jesteś nie wie nikt”. To przypomina wszystko, tylko nie „Ku mnie””, albo Karwowski o żonie: „Mnie się niespecjalnie podoba, ale dzieci ją lubią” itd.

    W pewnym, momencie padło pytanie. Co stoi na przeszkodzie, aby podobny serial nakręcić dzisiaj? No właśnie, co?

    Po chwili dyskusji dotarło do mnie, że problem tkwi w nas. A może nie tyle w nas, ile w układzie: Twórca – Odbiorca. Dla ścisłości pozostańmy w sferze twórcy telewizyjnego. 

    W czasach tzw. PRL-u lub, jak kto woli „komuny”, twórca telewizyjny miał pewien komfort. Mógł, jak cały ówczesny system, stosować wobec społeczeństwa narzędzia totalitaryzmu. Mógł zachowywać się jak tyran. Był dyktatorem i sam decydował, co jego zdaniem jest wartościowe, a co gówno warte. Telewizja żyła na państwowym wikcie i opierunku, bez udziału hojnych reklamodawców, więc każdy kolejny szef TVP, miał głęboko w dupie oglądalność. Chłoporobotnik i inteligent pracujący włączał telewizję, a tam: Teatr telewizji, „Piórkiem i węglem” profesora Zina, wywiady z aktorami (aktor w znaczeniu absolwent PWST), profesorami od kultury i literatury. Seriale „Daleko od szosy”, „S.O.S” „Lalka”, widowiska takie jak „Szalona lokomotywa” czy programy rozrywkowe, jak kabaret Olgi Lipińskiej czy Kabaret Starszych Panów. Powiało nudą?

    Tak jak na ulicach i tu, w ówczesnej telewizji reżimowej, zwykły, szary obywatel nie miał prawa decydować, co będzie oglądał. Brzmi okrutnie? Ale czy tzw. misja telewizji nie jest najzwyklejszą, kulturową dyktaturą? Od razu pragnę zaprzeczyć. Nie jestem komunistą! Nie uważam czasy PRL za złotą erę w historii Polski. Wiem, co to cenzura i propaganda. Ja tylko zastanawiam się, czy pełna demokracja we wspomnianym wcześniej układzie: Twórca – Odbiorca (widz) – jest tak dobroczynna i pożądana, jakby się to mogło wydawać. Zastanówmy się przez chwilę.

    Dzisiaj, to my, społeczeństwo decydujemy, co chcemy oglądać w telewizji. Robimy to poprzez tzw. „oglądalność”. Ja wiem, że część z Was, kochani, podniesie larum, że nie ogląda show Natalii Siwiec. Ale mówimy o reszcie, czyli o grupie reprezentującej jakieś 70-80% Polaków. Bo to oni decydują, co jest grane na tzw. szklanym ekranie (nazwa już trochę archaiczna). Nikt o zdrowych zmysłach, pracujący w branży telewizyjnej, nie będzie bawił się w misję. 

    Przy okazji, nie mogę nie wspomnieć o częstych przykładach, kiedy to pan lub pani redaktor śmieje się z poziomu programów telewizji, w której sama pracuje (?). A ja jestem przekonany, że gdyby widz zapragnął zobaczyć, jak pan lub pani redaktor, za przeproszeniem, sra na wizji, to pan i pani redaktor zesraliby się na wizji, ku uciesze widza i dla oglądalności właśnie.

    Teraz słucha się obywatela. Wsłuchuje się w jego potrzeby, czyta marzenia i schlebia gustom. A jakie one są?

    Jako czterdziestolatek reprezentuję ostatnie pokolenie, w którym wiedza była lansem. W liceum człowiek musiał czytać „Buszującego w zbożu” Salinger’a czy „Ptaśka” Wharton’a. Musiał chodzić do DKF (Dyskusyjny Klub Filmowy) na przegląd filmów Wernera Herzoga. Robił to, nawet jeśli go to nudziło. Bo to była DYKTATURA WIEDZY. Jestem o tym święcie przekonany, że nudne tzw. gadające głowy z peerelowskiej telewizji, zostawiły w nas jakiś ślad. I to ślad pozytywny. A dzisiaj? Teraz panuje wokół etos durnia. Zadowolonego z siebie idioty, którego nadrzędnym celem, jest się intelektualnie nie spocić, o ile nie można na tym zarobić. 

    Tak na marginesie. Pracuję z koleżanką, która wiedzę i obycie zdobywała już za wolnej Polski. Jest osobą wykształconą, dobrym pracownikiem. Rzuciłem przy niej kiedyś hasło, że „skończę na galerach”. Wyobraźcie sobie (a przynajmniej postarajcie się), że ona nie miała zielonego pojęcia, o czym mówię. Zapytałem się więc, czy widziała na przykład film „Ben Hur”. Zrobiła wielkie oczy (zresztą bardzo ładne). Innym razem zaskoczyłem ją określeniem „cichociemny”. Po co o tym mówię? Bo to m.in. ona decyduje, co możemy zobaczyć w telewizji. Bo to dla niej tańczą gwiazdy, pokroju Pudziana. Dla niej kręci się seriale „Na wspólnej” i „Nad rozlewiskiem” i „Hotel 52”. Dla niej bohaterem medialnym jest Trybson z Warsaw shore. To dla niej Wojewódzki rozmawia ze śmiesznym i staroświeckim Bogusławem Kaczyńskim – wow, wow, wow! To ona, nie twórca, decyduje, co jest wartościowe, a co jest gówno warte. Słyszałem kiedyś, jak Marcin Prokop opowiadał o przeprowadzonej przez niego i jego znajomych sondzie na temat najwybitniejszego filmu w historii powojennej kinematografii Polski. Zwyciężył film pt. „Chłopaki nie płaczą” !!!!!!!!!!!!!!!!!!!

    Ktoś powie teraz, że Tomasz Kowalski to klasyczny homosowietikus. Że żyje wspomnieniami z młodości, że nie rozumie zmian w pojmowaniu świata i kultury. Jeśli wolę zobaczyć sobie „07 zgłoś się” niż „Malanowski i partnerzy” — to niech będzie — homosowietikus. 

    Jest jeszcze TVP Kultura. Tylko prawda jest taka, że gdyby nie PRL i komuna, nie mieliby czego w TVP Kultura puszczać. Wystarczy przejrzeć się programowi. 80% filmów nadawanych w tym kanale, dodam, filmów mających coś ważnego do przekazania widzowi, to produkcje sprzed roku 1990. Jaja nie?

    Tak więc, na pytanie, dlaczego dzisiaj nie można nakręcić takiego serialu, jak „Czterdziestolatek” odpowiedź brzmi: bo nikomu na tym nie zależy.

     

     

    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Przeczytaj również
    Reklama
    reklama Anywhere