• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Jakub Milszewski

    Redaktor naczelny. Pisze głównie o muzyce i turystyce, o tym pierwszym również na blogu 140db.pl. Kiedyś zostanie gwiazdą rocka, ale póki co śpiewa w chórze. Poza tym fan komiksów i kolekcjoner płyt. Z wykształcenia kulturoznawca, ale niech to zostanie między nami.


    Guilty pleasure

    2018-09-10
    Ralf Gyllenhammar musi mieć klawe życie. Oczywiście nie mam pojęcia, czy ma naprawdę, pewnie nie, bo klawe życie to generalnie utopia. Ale z perspektywy gościa, który lubi sobie posłuchać muzyki, pójść na koncert, kupić płytę, poczytać trochę o tym i owym artyście, Ralf wygląda na gościa, który ma fajnie.

    Po pierwsze, ma czadowe nazwisko. Nie wiem co ono oznacza, o ile oznacza cokolwiek, ale brzmi mocno. Po drugie – całkiem nieźle idzie mu kariera w szwedzkich mediach. W tamtejszej telewizji pojawiał się tu i tam, tu poprowadził jakiś program, tu wystąpił. Może nie jest największą gwiazdą, ale pewnie da się z tego żyć. Ale mam podejrzenie, że Ralf żyje z zespołu. Bo – po trzecie – Ralf ma fajny zespół, który jest takim moim guilty pleasure, choć nie czuję się ani trochę guilty z tego powodu. Zespół nazywa się Mustasch i jeśli ktoś widział ostatnio Ralfa, to wie, że nazwa to adekwatna. No i Ralf pisze, gra i śpiewa fajne rockowo-metalowe piosenki. Fajne, po prostu. Żadna tam sztuka wyższa, żadna ambitna muzyka, żadna zaangażowana społecznie działalność. Ot, czterech kolesi, gitary, perkusja, bas, mocne wzmaki i jeszcze mocniejsze paczki. Przepis to prosty – bierzesz paru kumpli, wydajecie trochę kasy na sprzęt i gotowe. Ale trzeba jeszcze mieć Ralfa, bo ktoś musi napisać tę cholerną piosenkę tak, żeby dało się jej słuchać, a poza tym jeszcze wykonać ją tak, żeby można się było bawić. I Ralf właśnie takim gościem jest. Wygląda jak rock’n’rollowiec i pisze fajne rock’n’rollowe piosenki.

    Pewnie, zdarzają mu się wzloty i upadki, jak choćby płyta „Testosterone” z 2015 roku, na której chyba nawet Ralf nie wiedział, czy chce dalej grać Mustaschowy heavy metal, czy może jednak spróbować uderzyć do publiczności, która nie przeklina i nigdy nie zapaliła papierosa. Ale powiedzmy szczerze – ta płyta to wciąż poziom dla wielu radiowych zespołów nieosiągalny. A Mustasch są zespołem zaskakująco równym – każdy kolejny album przynosi nową porcję tego samego. Niby coś tam się w zespole zmienia – na swoim fonograficznym debiucie, wydanej w 2001 roku epce „The True Sound of the New West” Mustasch są przesterowani, wolniejsi, stonerowi, momentami niemal doomowi, choć już wtedy wyraziście rock’n’rollowi. A potem, z roku na rok i z płyty na płytę, zespół jest coraz luźniejszy i głośniejszy. To dobry kierunek.

    Ralf i koledzy lubią riffy, luz, wydaje się, że lubią też jeans, tatuaże, głośne samochody, wyzywające kobiety, alkohol i takie tam inne fajne sodomie. Ale lubią też, jak ich muzyka ma sens. A sens znajdują w swobodzie, choć poszczególne piosenki do swobodnych raczej nie należą – mają dość sztywne ramy wytyczane przez riff i rytm. Swobodą w tym wszystkim jest Ralf. On jest wolnym elektronem, zawodnikiem, który co prawda ma przypisaną na boisku pozycję, ale w gruncie rzeczy może robić, co chce. I Ralf korzysta, śpiewa i gra, a Mustasch na tym zyskują, bo jest niezwykle charakterystyczny i charyzmatyczny. Na wszystkich płytach zespołu pełno jest jego rozkrzyczanych wokaliz, pochrząkiwania i pokrzykiwania między zwrotkami i refrenami, co jest na dobrą sprawę urocze. Dlatego czasami, kiedy już wszystko mnie znudzi, a akurat mam rzadką możliwość zasiąść w jakimś fajnym miejscu ze szklaneczką ulubionego trunku, lubię odpalić sobie Mustasch. Odprężają mnie i wprawiają w dobry nastrój. Jak „Szklana pułapka” albo „Naga broń” – fajerwerki, pościgi, rozwalone samochody, strzelaniny, trochę humoru, piękne kobiety, dobra produkcja, zero refleksji, żadnych wyrzutów sumienia. Samo mięsko.

    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Przeczytaj również
    Reklama
    reklama Anywhere