• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Tomasz Kowalski

    Z wykształcenia prawnik. Rocznik 70. Katowiczanin. Pisarz. Autor „Mędrca kaźni”, „Rozmów na trzech grabarzy i jedną śmierć”, „Nie pozwolisz żyć czarownicy” oraz zbioru opowiadań „Przysionek, dom dla pozornie umarłych”.

    Kabarety

    2018-08-31

    Co się stało z polskim kabaretem? Niby nic. Zawsze był nieco zachowawczy, stonowany, unikający kontrowersji, ale przynajmniej poziom żartu nie ograniczał się do numeru ze skórką od banana. 

    A co z tzw. bracią kabaretową w Polsce? Dobrze, jeśli chodzi o ilość. W telewizji obok beatyfikacji Papieża Polaka i katastrofy smoleńskiej najczęściej możemy spotkać się z kabaretonami, nocami kabaretowymi i kabareciarzami występującymi w programach — o i dla — celebrytów. Obok pokazywania cycków w programach typu reality show, założenie kabaretu jest w naszym kraju bodajże drugim najlepszym sposobem zarobienia dużej kasy. 

    Polska trupa kabaretowa – zazwyczaj bardzo zadowolona z siebie – wzięła sobie za punkt honoru wygłupiać się przed i dla tzw. opolskiej publiczności. Czym jest „opolska publiczność”? Już wyjaśniam. To, podchmieleni piwskiem (z plastikowych kubków) ludzie z założonymi na głowach, święcącymi ledowymi różkami, albo w biało-czerwonych kapeluszach kowbojskich, oglądający występ Kabaretu Paranienormalni, tuż przed recitalem Beaty Kozidrak. 

    Tyle że definicja nie odnosi się tylko do widowni zasiadającej w opolskim amfiteatrze, żeby była jasność. Niestety, to oni właśnie determinują poziom żartu płynącego wprost ze sceny, spychając sztukę kabaretową do poziomu festiwalu piosenki biesiadnej i chodnikowej. Kabarety zazwyczaj obracają się wokół schematu: facet przebrany za brzydką żonę w podomce i wałkach na głowie krzyczy na męża niedojdę – Franeeeek! I już cała sala zrywa boki. 

    Czym dla mnie powinien być kabaret? Przede wszystkim miejscem, podziemiem – w sensie dosłownym, jak również mentalnym. Powinien mieć odwagę ośmieszania największych świętości narodu. Powinien bezkompromisowo, prowokacyjnie szargać to, co sprowadza ludzi do poziomu bezrefleksyjnych cieląt, uważających, że istnieją sfery życia nietykalne. Artyści kabaretowi powinni wypinać do publiki gołe tyłki, by ta mogła się w nich przejrzeć i dojrzeć w nich odbicie swojej nadętej gęby.  

    Niestety większość nas, Polaków — parafrazując wypowiedź Mozarta z filmu Miloša Formana „Amadeus” — ma miny, jakby srali marmurem. Nie mamy kompletnie dystansu do siebie i naszych wad. Kochamy się śmiać z imigranta z Hiszpanii niejakiego Manuela z „Hotelu Zacisze”, którego John Cleese lał po łbie, ale jak tylko ktoś zażartuje sobie z naszego rodaka, zaraz podnosi się społeczne larum i interpelacje w Sejmie.

    Kabaret powinien nawiązywać do chlubnej tradycji przedwojennych Niemiec, gdzie artyści, narażając się na represje nazistowskich bojówek, potrafili głosić swoje poglądy, stając w obronie inteligencji i zdobyczy zachodniej cywilizacji.

    NIE SCHLEBIALI HOŁOCIE!

    Dlatego śmiało głoszę, że w Polsce nie ma kabaretu, a przynajmniej tego, co powinno stać za tą dziedziną sztuki, której główne cechy to: odwaga, prowokacja i szczanie na świętości. Tabu powinno być wylane do latryny. Dopóki nie będziemy mogli śmiać się z wiary, homoseksualizmu, śmierci, kalectwa, z pomników — dopóty nasza tolerancja wobec inności, będzie brać się jedynie ze strachu przed opinią publiczną i z obowiązku.

    Kabaret, tak jak sztuka, nie ma granic i moralności. Kabaret ma obrażać, obnażać i szydzić. Rzecz jasna musi to robić w sposób dowcipny. Kabaret to opozycja! Kabaret to ruch oporu. To możliwość wyboru, której ja zostałem bezpardonowo pozbawiony.

    Tymczasem kabaret KOŃ POLSKI:

    — Dobry wieczór państwu. Proszę państwa, w związku z falą wyjazdów zagranicznych teraz część programu sponsorowana przez Ministerstwo Edukacji Narodowej. Będzie to lekcja języka angielskiego. Naszym gościem będzie dzisiaj John z Londynu. Yyy, John… Rozpocznę od klasycznego przywitania. Howdo do John?

    — How do you do? 

    — Dobrze. YYYYYYYAAAAAAAA ŁER YAA… Łemblej? 

    — Wembley? Yes, what about it? 

    — No w ten, graliśmy w piłę kiedyś..... na Łemblej (ruchy nogą — kopanie piłki)

    — Haha, Wembley football match!

    — No, właśnie. W miacz. Mmm, eee... A ten, a Boruc znajesz? Boruc? 

    — ...

    — W takim mieście gra, w tym... Glesgol.

    — Glasgow! Boruc goalkeeper. Yes, I know! 

     

    I jak? Podoba się?

     

     

     

     

    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Przeczytaj również
    Reklama
    reklama Anywhere