• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Tomasz Kowalski

    Z wykształcenia prawnik. Rocznik 70. Katowiczanin. Pisarz. Autor „Mędrca kaźni”, „Rozmów na trzech grabarzy i jedną śmierć”, „Nie pozwolisz żyć czarownicy” oraz zbioru opowiadań „Przysionek, dom dla pozornie umarłych”.

    Wszystko przez św Mikołaja

    2018-08-17

    Do odejścia od wiary w jakiegokolwiek boga, człowiek musi dojrzeć sam. Dojrzeć. Jak do pomidorowego soku, Whisky i jazzu. Oczywiście nie przychodzi to równie łatwo, jak w przytoczonych trzech przykładach, no może poza jazzem. Żyjemy w społeczeństwie kreującym od wieków rodzaj homogenicznego religijnego środowiska naturalnego, dla kolejnych pokoleń Polaków. Nie jest więc łatwo.

    Najczęstszym przykładem zachwiania podstaw wiary, przynajmniej w naszym kraju, jest rozczarowanie działalnością kościoła, jako instytucji. Jakiś konflikt z lokalnym duchownym, przy okazji chrztu ukochanego potomka, zbyt dociekliwe pytania proboszcza w czasie kolędy lub nieuzasadniona kwota opłaty za pogrzeb dziadka. I tu pojawia się pytanie. Jak bardzo religia, która nadmiernie anektując wszystkie części życia codziennego swoich wyznawców, przeistacza się w tradycję, bezwiednie się laicyzując? Polscy katolicy, wykazując się zrozumiałą w tym momencie niekonsekwencją, przestali traktować Kościół katolicki, jako związek wyznaniowy, posiadający szereg reguł, a przede wszystkim zbiór praw i obowiązków, oswoili się z myślą, że bycie katolikiem jest tak oczywiste, jak posiadanie dowodu osobistego. Psiocząc na proboszcza parafii gdzieś w centralnej Polsce, za to, że nie chce pochować w stosownym obrządku, członka parafii, który przez całe swoje życie omijał lokalny kościółek wielkim kołem, nie wymagamy podobnego uprzywilejowania od duchownych muzułmańskich czy żydowskich.

    Innym przykładem odejścia od wiary praojców jest jakiś życiowy, osobisty dramat, który każe nam się zastanowić, dlaczego właśnie nam bóg zafundował taki los i czy idąc za przykładem nieszczęsnego Hioba, powinniśmy doszukiwać się w jego działaniu oznak, dziwnie pojmowanej miłości.

    W jednym i drugi przypadku tak naprawdę wiara w istotę najwyższą, nie zanika w nas, jak gruczoł grasicy, a raczej przyjmuje tylko inną formę. Złość, irytacja, zawód wobec Kościoła, często kończy się ucieczką wprost w ramiona kolejnej grupy wyznawców „nad istoty”, która — albo w inny sposób pojmuje wizerunek dotychczasowego boga, albo daje nam na tacy pozornie nowego ducha i to jakże słusznego. W ostatecznym rozrachunku efekt jest ten sam.

    Przejście od stanu bogobojnego wyznawcy siły sprawczej do oświeconego racjonalisty, musi przebiegać w drodze przemyślanej, osobistej ewolucji. Wszelkie próby konfrontacji racjonalizmu z religią są, moim zdaniem, na z góry przegranej pozycji. Wystarczy wdać się w dyskusję na temat zasadności wiary w bóstwa z jego wyznawcami, by zdać sobie sprawę, iż pomysł był nietrafiony. Problem polega na konfrontacji argumentów racjonalnych z zinternalizowanym irracjonalizmem. Generalnie w takich sytuacjach funkcjonuje zasada wpychania w luki pozostawiane przez naukę ( a jeszcze częściej w traktowaną jako nauka ignorancję), wszelkiej maści zjawisk, które na pewno mają swoje uzasadnienie w bogu. Podobnie rzecz się ma na przykład wśród wyznawców wiary w częste odwiedziny ziemi przez przybyszów z obcych planet. Jeśli powiesz, iż nie udało się nam, mieszkańcom ziemi skontaktować się z obcymi, wchodzącymi w szkodę licznym rolnikom, jak również, że nie udało się naukowcom zarejestrować takich odwiedzin, szybko dowiadujemy się, iż przyczyna tkwi w różnicach rozwoju technologicznego obu gatunków. I po dyskusji. Moi adwersarze stosują często pokrętną technikę odwrócenia ciężaru dowodzenia. To ja, sceptyk i racjonalista mam obowiązek udowodnienia, że bóg nie istnieje. Tak jakby mi na tym miało zależeć.

    Kiedy prześledziłem moją drogę do racjonalizmu, zauważyłem istotną analogię do dojrzewania dzieci, które w pewnym momencie swojego życia przestają wierzyć, że siłą sprawczą pojawiających się pod choinką prezentów, nie jest Święty Mikołaj. Tradycja skądinąd bardzo przyjemna i warta kultywowania. Dzieci przez pewien czas bezkrytycznie przyjmują wiedzę, że gdzieś istnieje istota obdarzona nadprzyrodzoną mocą, która w odpowiednim momencie raczy nas swoimi łaskami. Nasze młode życie poddawane jest nadprzyrodzonej, całorocznej inwigilacji, a następnie oceniane. Wyrok przyjmuje postać wymarzonej lalki, autka lub rózgi. A my, dorośli? Dorośli niczym kapłani święto-mikołajowej religii podtrzymujemy w dzieciach tę wiarę, często z własnych, egoistycznych powodów. Opowiadamy im o sprawiedliwym i miłosiernym brodaczu, a wszelkie ślady na parapecie, czy prezenty przy łóżku uzasadniamy, czymś na podobieństwo cudu. Zła analogia? Nietrafiona?

    W tym momencie przytoczę przykład z własnego podwórka. Pewnego grudniowego wieczoru, jechałem samochodem z moją córką na zaaranżowane przez znajomych, spotkanie ze Świętym Mikołajem. Dla podgrzania atmosfery, ja, ojciec i wielki kapłan, zawołałem, że właśnie widzę przelatującego nad dachami kamienic Mikołaja. Moja córka też go zauważyła. Cud w pigułce.

    Przychodzi jednak moment w naszym życiu, kiedy starsze rodzeństwo lub koledzy w szkole uświadamiają nam prawdę o źródle pochodzenia podarków, wywodzących się żywcem z kart kredytowych rodziców. Często my sami, dorośli, nie chcąc narazić naszych pociech na śmieszność, wyjawiamy ponurą prawdę. Dlaczego? Bo uznaliśmy, że do tego dojrzały.

    Funkcję wprowadzającego mnie w niecne arkany racjonalizmu starszego rodzeństwa pełniła w moim życiu literatura, nauka, ale przede wszystkim uczciwość wobec samego siebie. Często spotykam się z argumentem, czy nie było by jednak lepiej abym wierzył, bo co jeśli się okaże, że się po prostu myliłem. Wiara na wszelki wypadek? Bez komentarza. Pozostaje jeszcze kwestia odwagi. Trudno wyzbyć się komuś, dotychczas wierzącemu w boga, poczucia pewnej dozy bogobojności. Trzeba przekroczyć ten mentalny Rubikon, przekroczyć granicę pomiędzy światem obserwowanym przez tajemnicze oko, a nowym lądem, w którym zadawanie pytań i szukanie odpowiedzi stanowi o naszym człowieczeństwie. To jak wyjście z nałogu. Jeśli sami tego nie chcemy, nie uznamy, że jest lepsze życie, ciekawsze, to żadne zabiegi uświadamiające nie przyniosą skutków.

     

    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Przeczytaj również
    Reklama
    reklama Anywhere