• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Katarzyna Woźniak

    Zwyczajna dziewczyna z łódzkich Bałut. Dźwiękoczuła i światłolubna. Na co dzień analizuje rynek w "Media i Marketing Polska". Po godzinach kolekcjonuje opowieści. Z wykształcenia polonistka i filmoznawczyni. Zdecydowanie woli pisać o książkach, choć właśnie to robi najrzadziej.

    Piotr Sobik: "Z fortepianem na głowie"

    2018-08-06
    „W fotografowaniu dążę do tego, żeby moje spojrzenia były jednocześnie zdjęciami. Patrzeć zdjęciami. Moment zatrzymania uruchamia coś we mnie. Fizycznie naciskam tylko spust migawki – to jedyny ruch. To film w jednym obrazku” - mówi Piotr Sobik, dawniej fotograf mody, dziś - fotograf i podróżnik. Sportretował dziesięcioro chorych na ZZSK, a zdjęcia można oglądać w centrum stolicy. W wywiadzie dla Anywhere opowiada o trudach życia z diagnozą, fascynacji kobietami i egzotyce codzienności.

    Anywhere: Co cię dzisiaj boli?
    Piotr Sobik: To, że póki co nie jestem w stanie osiągnąć na zdjęciach takiego poziomu nasycenia czerni i bieli jak w kadrach „Zimnej wojny”. Orgazm dla oczu.

    A.: Sprytnie zwiałeś od tematu chorowania.

    P.S.: Większość reumatyków to ma, bez sensu tym epatować. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że rozmówca nie chce słuchać albo nie jest w stanie pojąć, jak to jest, a najgorsze, czego można doświadczyć to litość albo udawane współczucie.

    piotr_sobik-1

    A.: Sportretowałeś dziesięcioro chorych na ZZSK, wystawę można oglądać w centrum Warszawy.

    P.S.: To niejako kolejna odsłona mojego projektu „Najważniejszy dzień w życiu”. Po kilku latach od diagnozy postanowiłem dosłownie żyć tak, jakby każdy dzień był moim ostatnim. Czyli realizować siebie. Moją największą pasją są fotografia i podróże. Dopóki będę mógł, będę podróżował po świecie i fotografował najważniejsze chwile w życiu zwykłych ludzi. Niedawno wróciłem z Brazylii.

    A.: Wytłumacz, skąd tutaj Stowarzyszenie 3majmy się Razem. I co było pierwsze: jajko czy kura – stowarzyszenie, czy zdjęcia?

    P.S.: Na Stowarzyszenie trafiłem dopiero po 5 latach od diagnozy. Trochę potrwało, zanim wyszedłem z dołu i wpadłem na pomysł, żeby działać. Choroba dwa razy rozłożyła mnie na łopatki. Postanowiłem, że trzeciego razu nie będzie.

    A.: Kiedy po raz pierwszy?

    P.S.: Pięć lat temu. Pierwszy rzut to zapalenie tęczówki, ale ona nie bolała, po prostu oko było czerwone, miałem światłowstręt. Panika, co dalej. Za to pierwszy prawdziwy ból to Achilles. Miażdżący ból stawów skokowych. Plus problem z odcinkiem szyjnym niemal od zawsze. Ból nasilał się przez rok. W tym czasie szukałem lekarzy, kogokolwiek, kto byłby w stanie mi pomóc. Przeszedłem przez prywatne gabinety, farmakoterapie, metody naturalne, intensywną rehabilitację.  Wreszcie trafiłem na panią doktor, która zaordynowała metotrexat. Po miesiącu wreszcie zaczęły schodzić obrzęki i ból zaczął blednąć.

    A.: Uśmiechasz się, jak o tym mówisz, a dla większości pacjentów ten lek jest zmorą – w większych dawkach stosowany jest w onkologii. 

    P.S.: Tak to widziałem: że zatruwam cały organizm chemią. Bardzo się bałem. Samodzielnie nie podjąłem decyzji o przyjęciu leku. Jak przeczytasz ulotkę od leku, to masz ochotę wiać. Podświadomie szukałem kogoś, kto mnie odwiedzie od decyzji o leczeniu. Zdecydowałem się na terapię tylko dzięki namowom rodziny i przez to, że już nic mi nie pomagało. I jeszcze ta zgoda na leczenie, którą trzeba podpisać – w takiej sytuacji patrzysz na siebie jak na bohatera filmu, takie to egzotyczne doświadczenie. Na szczęście na mnie lek zadziałał.

    piotr_sobik-3

    A.: Jakie benefity po leku dodatkowe?

    P.S.: Nawracające gorączki. Po przyjęciu leku jechałem sam samochodem do domu z Warszawy. Normalnie jadę 4-5 godzin, po dawce jechałem 8, ostatnie kilometry przejechałem jak za mgłą. Nawet nie zdawałem sobie prawy, że jednak nie powinienem wsiadać za kółko. Ale od zawsze byłem buntownikiem. Oprócz tego niewiele pamiętam, bo w naszej chorobie długotrwałe życie z bólem powoduje problemy z pamięcią i koncentracją. Czasami zawieszam się w połowie zdania.

    A.: Wielu rzeczy się w tej chorobie nie pamięta?

    P.S.: Ciągle o czymś zapominam. Gdybyś mnie zapytała, od czego zaczęliśmy rozmowę, to bym ci już nie odpowiedział. 

    A.: Swoją pierwszą reakcję na diagnozę pamiętasz?

    P.S.: Tak. Wróciłem do domu z cudownego weekendu w Pradze z dziewczyną. Kupiłem sobie wymarzony, stary model mercedesa na urodziny. W domu czekała na mnie koperta w wynikiem badania na obecność antygenu HLA-B27. Wiedziałem, że jego obecność oznacza chorobę o nazwie ZZSK, ale nie wiedziałem o niej dużo. Byłem wtedy sam. I co robi dzisiaj pacjent na wieść o diagnozie? Gugluje. Widzisz przerażające zdjęcia ludzi pochylonych, powykrzywianych, na wózkach - załamka. Pamiętam wrażenie smutku. Ktoś w moje rodzinie również jest nosicielem takiego antygenu i też choruje. Nawet jak ktoś bliski zachoruje, współczujesz mu, ale nie bierzesz tego do siebie. Zawsze jest tak, że to twój przypadek jest najważniejszy. To niewyrażalne doświadczenie. Jestem tak skonstruowany, że nie trwam w smutku długo. Postanowiłem włożyć rękawice i boksować. Wiedziałem, że muszę pływać. Tak dużo, żeby mój kręgosłup nie miał czasu się zrosnąć i powykrzywiać.  

    A.: Walka z ciałem.

    P.S.: Tak, pierwsza myśl to ciało. I ten straszny wygląd. 

    A.: A kiedy psycha ci klękła?

    P.S.: Przy drugim rzucie. Kiedy po raz kolejny wszystko, co zbudowałem i miało dla mnie wartość, odeszło. Zostałem sam. Po raz kolejny nikt nie był w stanie mnie zrozumieć.

    A.: Co to znaczy: że zabrała wszystko?

    P.S.: Zostawia cię tylko z bezsilnością, bez kolorów, bez światła. Bez świadków. Nie chodzi o nawrót bólu nawet. Odkąd pamiętam, ciągle coś mnie bolało. Wtedy byłem przykuty do łóżka.

    A.: Co najbardziej boli w chorowaniu oprócz ciała?

    P.S. (długa cisza) Niska samoocena. Przewlekłość w postawieniu diagnozy buduje w tobie przekonanie o twojej beznadziejności. Orientujesz się, że czegoś już nie jesteś i nie będziesz w stanie zrobić. Będziesz już zawsze odstawać. Że już nie zrealizujesz siebie w pełni.

    A.: Medycyna oferuje przecież jakieś drogi.

    P.S.: W moim przekonaniu głównie przez mękę. Rozłożony żołądek, wątroba - za duże koszty leczenia wobec skuteczności stosowanej terapii. I bezsilność – twoja i medycyny. Przy drugim rzucie lekarz zimno przypomniał mi, że choroba jest nieuleczalna i postępująca. „Proszę o siebie dbać, przepiszę panu maść”. I dostajesz maść, którą oglądasz w reklamie po dzienniku telewizyjnym, dostępną bez recepty. Starsza pani smaruje nią kolana, a potem wywija na parkiecie z mężem. Pomyślałem, że nie mam ochoty tańczyć.

    A.: Co się wtedy czuje?
    P.S.: Że wszystko jest bez sensu: idziesz do lekarza z potężnym problemem i wracasz z maścią. Która i tak ci nie pomaga. Lekarz nie mówi ci, co masz robić. Nie przekazuje ci informacji uważnie. Nie zastanawia się, czego ci mentalnie potrzeba. Nie oczekuję od lekarza czegoś wielkiego, jak wykład o życiu, rekomendacji udania się do psychologa albo psychiatry. To by było zbyt wiele. A jednocześnie tak mało. Oczekiwałbym innego rodzaju kontaktu z osobą, która jest nieuleczalnie chora. Innego sposobu rozmowy. Innego stylu zwracania się. To ważne. Bo wracasz do domu z bolesną świadomością choroby i nie masz chwilowo w życiu nic oprócz tej maści, której i tak nie wykupisz. 

    A.: Jednej z bohaterek sesji pani doktor zaprezentowała diagnozę na korytarzu pełnym ludzi i poszła.

    P.S.: Potrafię to sobie wyobrazić. Od razu byłem nią, Violą. Widzę ten duszny korytarz, ostre światło jarzeniówek, kolejkę chorych i zero intymności. To nie przypadek, że ona o tym mówi. Myślę, że niemal każdy nieuleczalnie chory mógł mieć taką przygodę. Zastanawiam się, ilu ludzi słabszych psychicznie mogłoby zareagować i jak. 

    piotr_sobik-5

    A.: Rzut przyszedł, mimo że podjąłeś walkę.

    P.S.: Dbałem o siebie, zmieniłem dietę, ćwiczyłem intensywnie – w pewnym momencie nawet poszedłem biegać. Funkcjonowałem jak człowiek zdrowy. Wróciłem do swoich pasji, zacząłem walczyć o powrót do życia sprzed choroby. W pewnym momencie zapomniałem, że jestem chory. Wtedy przyszedł rzut.

    A.: Trochę bez sensu, co?

    P.S.: Rzut przychodzi, kiedy zapominasz o sobie. I zapominasz, że już zawsze będziesz chory. W ten sposób realizujesz trochę nie swój scenariusz na życie – kiedy ciebie jest w nim za mało. Mam nadzieję, że za jakiś czas będę mógł powiedzieć, że żyję we względnej harmonii z chorobą, bo zmieniłem nawyki i wartości, dostosowałem życie w całości do nowej sytuacji. Wtedy choroba nie wróci lub się nie aktywuje. Bo jest częścią mnie i zawsze będzie.

    A.: W jaki sposób informacja o diagnozie zmodyfikowała twój światopogląd?

    P.S.: Wciąż jestem w procesie. Buduję siebie od nowa. Ciągle siebie szukam.

    A.: Wcześniej sobą nie byłeś?

    P.S.: Żyłem zdecydowanie mniej świadomie, wyznawałem inne wartości, goniłem za czymś, czego nie rozumiałem. Żyłem płaską codziennością, jak większość ludzi. Nie odbierałem informacji od swojego ciała, od samego siebie. Nie chciałem siebie zrozumieć. Miałem ciągoty samotnicze, a z drugiej strony pchało mnie do ludzi, wśród których z kolei nie potrafiłem się odnaleźć. Po drugim rzucie byłem w stanie przypominającym depresję. Tylko leżałem, bo nic innego nie byłem w stanie robić. Koleżanka podesłała mi do obejrzenia film. A oglądałem ich wtedy dziesiątki. To był dokument o Lady Gadze. Nie interesuję się życiem celebrytów, ale jak choroba przygwoździ cię do łóżka, próbujesz różnych rzeczy. W połowie filmu z marazmu wyrwała mnie informacja, że ona też choruje na chorobę autoimmunologiczną. Poczułem z nią więź. Wreszcie nie jestem sam. Powiedziała, że nie wyobraża sobie życia innych ludzi, których nie stać na to, żeby fizjoterapeuta przyjeżdżał na zawołanie. Poczułem, że od teraz będę walczyć.

    A.: Nie rozumiem: Gaga cię dojechała, a ty dzięki temu poczułeś się lepiej?

    P.S.: Spojrzałem na siebie: kurwa, jeszcze przecież jestem w stanie wstać. Mogę coś robić, a półleżę i oglądam film. Poczułem, jakby ktoś mi od nowa podłączył zasilanie. Czas działać. 

    A.: To niedostępny dla mnie poziom paradoksu.

    P.S.: Uświadomiłem sobie, że inni mogą mieć gorzej ode mnie. Tak bardzo gorzej, że nawet filmu nie obejrzą. To był moment, w którym fokus zwróciłem na siebie. Jeśli oglądam Lady Gagę, bo jest sławna, to pomyślałem, że też muszę coś zrobić dla siebie, wtedy inni być może usłyszą mnie i zobaczą. W końcu poczułem, że nie jestem sam. Na naszej sesji też to poczułem. Że każdy z nas niby jest inny, ale wspólny problem nas jednoczy. To daje niezwykłe poczucie siły. Doświadczenie wspólnoty w chorowaniu. Dlatego tak istotne jest istnienie stowarzyszeń, prace w grupie, socjalizacja.

    piotr_sobik-2

    A.: Wtedy zrodził się pomysł „Najważniejszego dnia w życiu”?

    P.S.: Najpierw wstałem z łóżka – jesteś chora, więc wiesz, ile czasu to zajmuje. Myślałem bardzo długo. Nie chciałem rezygnować ze swojej pasji. Postanowiłem spakować ją razem z chorobą i już o nich nigdy nie zapomnieć.

    A.: Co jest wspólnym mianownikiem ciebie i osób, które sfotografowałeś oprócz diagnozy ZZSK?

    P.S.: Że wszyscy chcemy o tym powiedzieć, wykrzyczeć, jak bardzo nas boli, jak bardzo jesteśmy w chorobie sami, jak to potwornie trudne: na początku swojej drogi w dorosłym życiu dowiedzieć się, że już zawsze będziemy zmagać się z nieprzewidywalną chorobą. A teraz banał: mamy potrzebę pomagać innym. Ciekawe, że osoby, które same chorują ciężko, są gotowe pierwsze nieść pomoc innym. Dostaję dziesiątki mejli. Na przykład od sztangisty. W tej chorobie ciężary to samobójstwo. A on to robi. W podróży nagrywam filmy i na środku rwącej rzeki opowiadam o chorobie reumatycznej - że można mimo wszystko. Podczas podróży piszą do mnie ludzie wdzięczni za to, co robię. A przecież założyłem, że jeśli choć jednej osobie pomogę, to już będzie sukces.

    A.: Jak na ciebie trafiają?

    P.S.: Każdy po diagnozie gugluje. Opisy, zdjęcia – to wszystko potworne. A teraz moje zdjęcia z Brazylii wyskakują obok haseł o nieuleczalności ZZSK. Pokazuję siebie: patrzcie, nie jestem pochylony i spaceruję po Brazylii.

    A: Jak wybrałeś uczestników sesji?

    P.S.: Inteligencja w spojrzeniu – życiowa, emocjonalna, kontakt ze sobą w chorobie, niesamowite historie. To oczy, które wdzięcznie się portretuje. Można do nich wejść. To ocean ciekawości. Pełne wspomnienia bólu, niezasłużonego i często niepotrzebnego cierpienia. Pełne emocji, krzyku, strachu.

    A.: Czego ty się boisz?

    P.S.: Nie boję się być chory, bo już jestem. Nie chciałbym wyglądać w wyniku choroby nieestetycznie z mojego punktu widzenia. Zawsze dbałem o mój wygląd fizyczny. Boję się okaleczenia. Wiem, że może to brzmieć płytko, bywają ważniejsze wartości, o które warto walczyć, ale to jest zgodne ze mną. Dla samego siebie chcę dobrze wyglądać. Pewnie kiedyś robiłem to dla otoczenia. Ale skoro przez 35 lat robiłem to dla otoczenia, to jestem też to winny sobie. My, chorzy, gdzieś w środku wszyscy się boimy. Odwaga polega jednak nie na tym, że się nie boisz, tylko działasz mimo strachu. Bohaterowie sesji nie zasłużyli na to, żeby mówić o nich w kontekście przerażenia. Idą do łóżka, wiedząc, że o 3 nad ranem obudzi ich potworny ból, uniemożliwiający nawet głębokie oddychanie. Maciek z „krzyczącego” portretu śmieje się, że największe nieszczęście na świecie to mieć ZZSK, rzut i kichnąć po przebudzeniu – kiedy fala bólu może spowodować utratę przytomności. Tylko reumatyka rozbawi ten dowcip. Czarny humor reumatyczny. Rano jesteś tak wykończona bólem z nocy, że nie masz możliwości wstać. Nie chodzi nawet o chęć. Nie chcieć wstać z łózka może ktoś, kto ma kaca, nie wyspał się. A my na starcie wyścigu o kolejny dzień w życiu jesteśmy w jakimś sensie przegrani. Jeżeli inni wstają na poziomie 0, to my wstajemy na maksymalnym minusie. Wstajemy z ciężkim imadłem przywiązanym do wszystkich kończyn i z fortepianem na głowie. 

    A.: Masz bardziej marzenia, czy plany do zrealizowania?

    P.S.: Plany są przyziemne, jestem od marzeń.

    A.: Po co światu fotografia?

    P.S.: Bo obrazek się nie rusza, tak jak wszystko dookoła. Możesz nad nim usiąść, popatrzeć, a daje ci tyle, co film. 

    A.: Czyli nieruchomy obraz porusza coś w tobie?

    P.S.: W fotografowaniu dążę do tego, żeby moje spojrzenia były jednocześnie zdjęciami. Patrzeć zdjęciami. Moment zatrzymania uruchamia coś we mnie. Fizycznie naciskam tylko spust migawki – to jedyny ruch. To film w jednym obrazku. 

    A.: Masz swojego mistrza?

    P.S.: Mistrzem w portretowaniu kobiet był dla mnie Lindberg, fascynowała mnie jego umiejętność wydobywania nasycenia czerni i bieli. Kolekcjonuję albumy różnych fotografów. Teraz rzadziej je oglądam. Jestem gotów do pójścia własną drogą. Jak się przebodźcujesz, zapominasz o sobie.

    A.: Czujesz, że twoja droga to nadal portret, czy otwierasz się na inne?

    P.S.: Naciskałem spust migawki zawsze wtedy, kiedy spojrzenie było odpowiednie. Dlatego pewnie nie spełniłem do końca się w produkcjach modowo-komercyjnych. Modę postrzegałem jako dziedzinę sztuki, nigdy nie zwracałem nadmiernej uwagi na detale, skupiałem się na całości: spojrzeniu, oczach, jeśli były dla mnie ciekawe. Postępuje u mnie fascynacja reportażem. Widzę, jak mnie to nakręca. Zdjęcia reportażowe wcale nie kłócą się z portretem. Chociaż nie do końca jestem w stanie zdefiniować, czym jest portret. Tak samo, jak nie wiem, co to fotografia. Wiem tylko, że chciałbym się tym zajmować do końca życia. Wolę poszukiwanie w sobie niż poczucie wiedzy, pewności. Trudno mi wygłaszać sądy ostateczne. 

    A.: Jak przygotowujesz się do stworzenia portretu?

    P.S.: Przy naszej sesji miałem łatwiej, bo jestem jednym z nich, chociaż mój portret nie znalazł się na wystawie. W jakimś sensie jestem w każdym tym zdjęciu obecny. Portretowanie zaczęło się dla mnie w momencie, kiedy zaczęły spływać do mnie mejle i pierwsze odpowiedzi. Wszystko odbywało się instynktownie, bez planowania. Zaplanowałem tylko, gdzie będzie studio, bo zależało mi na naturalnym, ostrym świetle. Każdy z uczestników ucieleśnia jakąś część mnie.

    A.: Co od nich wziąłeś?

    P.S.: Wyssałem mnóstwo. Pewności siebie i zrozumienia siebie. To było moje narodzenie od nowa, moja nagroda, bo zawsze szedłem pod górę. Z podwójnym ciężarem, bo pasja też waży. Trudno oswoić myśl o chorobie, a tu się jeszcze z nią konfrontujesz. Obserwujesz jej emanację w innych młodych ludziach. Ale udało mi się pasji nie zatracić. Dlatego ta sesja to nagroda za wytrwałość.

    A.: Jakie głosy słyszałeś po sesji?

    P.S. To był wzruszający kontakt. Nie chcę mówić o najbardziej intymnych słowach. Może dopiero za jakiś czas wszyscy się dowiemy, co naprawdę to spotkanie nam dało. Uczestnicy dziękowali mi za ich dostrzeżenie. To w chorobie bardzo ważne: widzieć kogoś, kto ma trudniej niż my. Nie odwracać się plecami, zatrzymać się, nie bagatelizować i nie oceniać. Słyszałem też od kobiet, że choroba odebrała im płeć. Że były tylko chorym ciałem, a sesja obudziła w nich kobiecość. Choroba drastycznie zaniża samoocenę, szczególnie nieuleczalna i postępująca. Czujesz się wybrakowany, pęknięty, bezużyteczny. Słyszałem też od bohaterów o poczuciu bycia niepowtarzalnym, o wydobyciu charakteru, o tym, że jesteśmy „jacyś”, a nie tylko chorzy.

    A.: Mówiłeś, że bardziej jesteś zafascynowany fotografowaniem kobiet. Dlaczego?

    P.S.: Bo są ciekawsze od mężczyzn.

    piotr_sobik-4

    A.: Też mi nius. A w czym to się według ciebie wyraża?

    P.S.: Chociażby w tym, jak pozują, jak bardzo potrafią zmienić twarz, są przed obiektywem jak kameleony. Nie ma się co oszukiwać: jako mężczyzna inaczej patrzę na kobiety. Chociaż miałem kilka takich sesji z mężczyznami, którzy byli nie tylko atrakcyjni fizycznie, mieli ciekawe wnętrze i nie ukrywali tego. Mężczyźni są przewidywalni: spojrzenie spod byka, mina gangusa. Uwielbiam aktorów. Niewielu sfotografowałem, ale oglądając ich zdjęcia, śledzę ich oczy. Taki Hopkins nie potrzebuje pozowania. W oczach ma otchłań. A kobieta – każda jest wyjątkowa. Ale przyznaję, że nie każdą potrafię sportretować, niektórym tylko robię zdjęcie.

    A.: Kiedy w takim razie fotografujesz?

    P.S.: Kiedy moja wrażliwość rezonuje z jakąś cząstką świata osoby, która siedzi przed obiektywem. Kobiety są fascynujące, co sekundę potrafią twarzą wydobyć skrajne emocje. 

    A.: O ZZSK mówi się, że to męska choroba – 2/3 przypadków zachorowań to mężczyźni. Kobiety chorują inaczej?

    P.S.: Też zwróciłem na to uwagę, że statystycznie choroba częściej dotyczy mężczyzn, a u nas rozkład sił to 8 do 2. Nie mogę patrzeć na cierpienie kobiet. Uruchamia to we mnie dodatkowy smutek. Nawet jak oglądam film, widzę wojowniczki, nie mogę znieść tego, ze to kobieta odnosi rany. To, co dla innych jest sztuczną krwią rozbryźniętą na ścianie u Tarantino, u mnie jest stopklatką, która w środku mnie uwiera, kaleczy. Nie chciałbym, żeby kobiety cierpiały, a widzę po bohaterkach sesji, że to cierpienie jest przeogromne. Spotęgowane często bezbrzeżną samotnością.

    A.: Kobiety częściej i więcej mówią o cierpieniu, są bardziej otwarte na mówienie o problemie. Ty jeździsz do najbardziej egzotycznych destynacji świata, wciąż zbliżając się do własnych granic fizycznej wytrzymałości, a podczas spływu rzeką w Brazylii uświadamiasz followersów na Instagramie o istnieniu chorób reumatycznych. Czy ty przypadkiem nie jesteś w chorowaniu bardziej kobietą?

    P.S. A to już jest chyba sugestia.

    A.: Wywnioskowałam - pytam, sprawdzam.

    P.S.: Nie powiedziałbym tak. Raczej nowym typem mężczyzny. Otwartego, który nie dzieli emocji, nie przyporządkowuje danych cech mężczyźnie i kobiecie.

    A.: Nie ocenia?

    P.S. Nad tym pracuję. Szanuję obie płci tak samo, z drugiej strony wiem przecież, że jestem przedstawicielem płci silniejszej fizycznie. To ja powinienem bardziej cierpieć niż kobieta, bo teoretycznie mogę więcej znieść. Podświadomie dążę chyba do stworzenia nowego wizerunku mężczyzny. Który nie ma czegoś więcej ani mniej, nie działa pod wpływem schematów, stereotypów, odpycha wszystko, co nakazują mu kultura, konwenanse, że coś wypada, a czegoś nie. I żyje w zgodzie z tym, co czuje. Nie udaje kogoś, kim nie jest.

    A.: Co byś powiedział dziś sobie sprzed diagnozy?

    P.S.: Że jestem dumny z tego małego Piotrka, bo jest niesamowity. Ciągnął za sobą ciężar, fortepian na głowie, nie mając świadomości choroby, a walczył jak zdrowy. Przytuliłbym go w sobie. I powiedział, że to nieprawda, że jest beznadziejny. Bo jest mistrzem olimpijskim w swojej dziedzinie. Walczył, chociaż nie wiedział, że jeśli ściga się na 50 metrów w basenie, to na starcie jest 10 metrów z tyłu za konkurentami i do tego w ubraniu. Musi podbiec, rozebrać się, a inni już płyną. To obrazuje moje szanse z tego czasu. Trenowałem dwa razy więcej niż inni. Przychodziłem rano przed szkołą na treningi indywidualne, bo miałem zaległości. Każde ciało można wytrenować, dlatego po jakimś czasie dochodziłem do zera, czyli tego poziomu, z którego startowali inni. Z czasem zostałem kapitanem drużyny. Na mistrzostwa Polski czekałem bardzo długo. Chwilę przed nimi choroba zaatakowała Achillesa. Mały Piotrze, gratuluję ci, bo nieważne, czy wygrasz, czy przegrasz. Najważniejsze, że startujesz.

     

     

    Wystawę w Domu Towarowym Braci Jabłkowskich przy ul. Brackiej 25 można oglądać do 20 sierpnia. Organizatorzy nie wykluczają jej odsłon w innych polskich miastach.

    Powstaje również album ze zdjęciami i sylwetkami chorych.

    Więcej o projekcie Piotra Sobika „Najważniejszy dzień w życiu”: https://sobikphoto.com/pl

    https://patronite.pl/ndwz

    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Przeczytaj również
    Reklama
    reklama Anywhere