• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Aleksandra Budka

    Wymarzyła sobie, że zawodowo będzie słuchać muzyki. Dziś nie tylko muzyki słucha, ale też o niej opowiada i pisze. Pasjonatka radia i klimatu retro, kolekcjonerka płyt, okularów i torebek. Od wielu lat związana z radiową Trójką. Fanka Grzegorza Ciechowskiego, przez co jej serce jest z pewnością biało-czarne. Kawę zaś pije zawsze białą.


    Varius Manx: Naturalne połączenie

    2018-07-16
    Osiągnęli w muzyce szczyty popularności, sprzedając albumy w niemal dwumilionowym nakładzie. A może ważniejsze jest to, że uwrażliwiali swoimi dźwiękami nawet tych najbardziej na muzykę odpornych? I choć Robert Janson mówi dziś, że „nie muszą niczego udowadniać”, to najnowszym albumem udowodnił swój kompozytorski talent. „Ent” zabrzmiał głosem Kasi Stankiewicz, która wróciła do zespołu po długoletniej przerwie. Tęsknota za latami 90. właśnie się kończy, bo Varius Manx powrócił z nowym materiałem, z Tolkienem w tle.

    Nigdy nie wchodź do tej samej rzeki, mówią…

    Robert Janson: Rozłąka z Kasią Stankiewicz dała obu stronom pozytywną energię. Od dwóch i pół roku ponownie razem spełniamy się, uzupełniamy i realizujemy. Jesteśmy na innym etapie życia, nie chcemy niczego udowadniać i to jest piękne. Bo ktoś, kto pragnie czegoś dowieść, może zginąć od własnego ego. W latach 90. osiągnęliśmy takie sukcesy, że w tej chwili naprawdę niczego nie musimy – spalać się, naśladować, gonić za trendami. Nagraliśmy płytę taką, jaką chcieliśmy.

    carius_manx_2

    Wasze spotkanie to nie tylko część historii zespołu, ale jednocześnie historii polskiej muzyki.

    RJ: W okresie dominacji zespołu Varius Manx w latach 90. rzeczywiście nadawaliśmy ton i kształt muzyce pop. Nie lubimy jednak odcinać kuponów, więc nie należy żyć przeszłością.

    Pamiętasz, co wtedy zachwyciło cię w Kasi?

    RJ: W 1995 roku całą grupę zachwyciło pozakulisowe wykonanie „Piosenki księżycowej”, przy której Kasia rozśpiewywała się przed programem „Szansa na sukces”. Już wtedy wiedzieliśmy, że Anita Lipnicka nie będzie dalej z nami śpiewać, więc szukaliśmy nowej wokalistki i Kasia była tą, na którą czekaliśmy. Była młodą dziewczyną w klasie maturalnej. Weszła z marszu do studia na nagranie albumu „Ego”, a potem nastąpiła fala sukcesu.

    Kasia Stankiewicz: To były beztroskie czasy. Wszystko było dla mnie pierwsze, wyjechałam z małego miasta i jednego dnia zmieniło mi się życie. Trafiłam na czasy, kiedy sprzedawały się płyty, współtworzyłam wielkie przeboje, które weszły do historii muzyki. Tamtą Kasię podziwiam za odwagę i to, że zmierzyła się z dużym wyzwaniem. Zresztą zostało mi to do dzisiaj – wciąż mam w sobie dziecko i niezmienną chęć skakania na głęboką wodę.

    Zastanowiłaś się, jak wielkie ryzyko podejmujesz?

    KS: Oczywiście, nie. Marzyłam o wyjściu na scenę przez wiele lat, nie było dnia, żebym o tym nie myślała. A wiesz jak to działa – to, na czym się skupiasz, rośnie, więc kiedy przytrafił się Varius, było to niemal naturalną koleją rzeczy.

    vaiurs_manx_3

    Jak zmieniły się wasze wrażenia o sobie od tamtego pierwszego spotkania?

    RJ: Trudno nam cokolwiek o tym powiedzieć, bo w latach 1996-2000, gdy Kasia uczestniczyła w zespole, realnie mnie przy niej nie było. Grałem tylko trasy koncertowe i byłem przy realizacji albumów. Zrezygnowałem z pozostałych koncertów, co robię często, taką mam widocznie naturę kota. Dlatego dopiero w tej chwili poznaję Kasię i cały czas jest to pozytywne postrzeganie osoby i wokalistki, tamtą dziewczynę widziałem bardzo rzadko i w ogóle jej nie znałem.

    KS: Tak naprawdę przez pierwsze lata naszej działalności widziałam Roberta zaledwie kilka razy. Zupełnie go nie znałam. Wiem, że to osobowość na zewnątrz introwertyczna, obalająca swój wizerunek przy bliższym poznaniu. Dla mnie to przede wszystkim spotkanie człowieka, potem utalentowanego melodyka o ogromnej wrażliwości.

    Można więc powiedzieć, że dopiero się poznajecie.

    KS: Ja bardzo lubię ten proces poznawania człowieka, zwłaszcza w początkowej fazie. Dobrze jest też móc poznawać ludzi z kolorową i bogatą osobowością, a już spędzając ze sobą tyle czasu w busie, bardzo ważne dla mnie jest to, by nie tracić czasu i jednak jeździć z kimś, kogo lubisz. Ja szybko się nudzę, a zdarza się, że Robert podsunie taki tekst, że raz – nie podejrzewasz go o to, a dwa – śmiejesz się i śmiejesz. A śmiać się lubię najbardziej.

    RJ: Ten czas w busie jest naszym czasem prywatnym. Wtedy dowiadujemy się sporo o naszych wadach i zaletach, ale z Kasią poznajemy się rzeczywiście dopiero od ponad dwóch lat. Trafiłem na uzdolnionego i otwartego człowieka, bardzo to doceniam jako introwertyk. Kasia jest wesołą postacią, skłonną do działania. Imponujące jest to, że po tylu latach w show-biznesie jej wciąż się chce. Ludzie odcinają kupony, marudzą – kolejny wywiad, kolejna płyta – a dla Kasi nie ma słowa nie. Przed nami, czyli facetami z zespołu, ta bariera wielokrotnie się wytwarzała, płeć męska jest w naszym składzie od czasu do czasu hamulcem, Kasia jest napędem.

    Gdyby nie Kasia, nie powstałby nowy album?

    RJ: Miałem swoje przemyślenia, które prowadziły donikąd. W 2016 roku połączenie składu męskiego Varius Manx i Kasi Stankiewicz to optimum tego, co może jeszcze zaiskrzyć i zaistnieć w przypadku tego zespołu. Nie bawimy się w żaden rodzaj antycypacji, myślimy o teraźniejszości, sytuacji tu i teraz. A tym jest wygrana w 2016 roku podczas Festiwalu w Opolu, następnie płyta koncertowa i kolejny studyjny album, który właśnie pojawił się na rynku. Do tego gramy ogromną liczbę koncertów. To czysta przyjemność obserwować ludzi, którzy po koncercie chcą z nami rozmawiać – mówią, że to miało sens, że to połączenie było ich marzeniem.

    Pamiętacie ten moment, kiedy postanowiliście stworzyć wspólnie kolejny studyjny album?

    KS: To wydarzyło się bardzo naturalnie. Zaczęło się od kompozycji, które Robert pokazywał mi zupełnie niezobowiązująco. Naturalnie też powstawały skrawki tekstów, ale dopiero w drodze na któryś koncert, gdy Robert zasugerował na tytuł płyty słowo „ent”, opowiadał o Tolkienie i tym, co się za tym entem kryje, poczułam wielką inspirację.

    varius_manx_4

    Pomysł na płytę wynika z twoich prywatnych zainteresowań baśniowością i Tolkienem?

    RJ: Tolkien wziął się z miłości do „Władcy pierścieni”. W filmie wyraźnie pokazano postać drzewca, który chroni las przed ludźmi czy krasnoludami i to właśnie ent. Zainspirowała mnie ta wyimaginowana baśniowa postać, nierealna, ale tak aktualna. Ludzkość niszczy przyrodę, więc może część społeczeństwa – mam cichą nadzieję – zastanowi się nad tym tematem? W tekstach odnajdziemy sporo odniesień do zażyłości między człowiekiem a światem otaczającym.

    W jakiś sposób nawiązałaś kontakt z naturą, której tak dużo na płycie?

    KS: Zajrzałam do Tolkiena, potem dotarłam do książek o tym, jak czują drzewa i jak porozumiewają się ze sobą zwierzęta. Kiedy więc już siadłam do pisania, miałam przemyślanych wiele spraw. Bardzo ważne było połączenie wątku natury i jej kondycji z przeżyciami osobistymi. Lubię pisać o tym, co przeżyłam, bo to autentyczne, a przez autentyczność łatwiej dotrzeć do serca słuchacza.

    Wierzycie w baśniowe moce?

    RJ: Nie mam takiego przekonania. Nie wierzę w przesądy i mam swój pogląd na życie. Interesuje mnie świat doczesny i to, co dzieje się, między innymi, z przyrodą. Na płycie nie zawieramy buntu, jednak poprzez fakt uwypuklenia postaci tolkienowskiego drzewa, zwróciliśmy uwagę na pewien problem.

    W kontekście albumu przyszły mi na myśl także drzewoterapia i muzykoterapia.

    RJ: Odważyliśmy się wprowadzić ten rodzaj emocji, o który nam chodziło. Nasza muzyka jest dla tych, którzy chcą na chwilę przystanąć, rozumieć muzykę i jeszcze nieco się zastanowić. Nie mamy wybujałych fantazji co do tej płyty, bo jest ona dowodem na to, że można nagrać ciekawy materiał – ale dla wrażliwców. Przepływa przez nią wiele ciepła, wrażliwości muzycznej i tekstowej, to kontrapunkt dla wielu propozycji z naszego rynku muzycznego.

    KS: Uwielbiam słuchać tej płyty. Gdy uda mi się choć na chwilę wyłączyć myślenie o tym, że brałam udział w procesie jej tworzenia, przenosi mnie ona w dobre rejony wyobraźni i spokoju. Muzykoterapia jest w tym wypadku bardzo trafnym określeniem. Zazdroszczę słuchaczom, że mogą jej słuchać niejako „od zewnątrz”.

    Muzyka ma przenosić do innej rzeczywistości czy oddawać realia?

    RJ: Ten rodzaj muzyki to zmierzenie się z wrażliwością i romantyzmem ludzi, co oznacza, że niekoniecznie musi to współgrać z rzeczywistością. Ponieważ płyta jest baśniowa i oparta na Tolkienie, w wersji tekstowej jest mnóstwo przenośni i poezji, Kasia wspięła się na szczyt pisarstwa. Czy to dogodzi odbiorcy, który wychodzi z biura i potrzebuje rozluźnienia? Nie jestem tego pewien. Mimo 28 lat działalności zespołu nadal chcemy pokazywać się z pozycji szlachetności. Można byłoby nagrać płytę, ścigając się z zachodnimi gwiazdami albo kopiować swoje pomysły sprzed lat. A jednak zaprosiliśmy kwartet smyczkowy i jest to dowód na to, że szukamy fana, który dojrzał razem z nami.

    KS: Varius Manx miał zawsze śliczne piosenki w mądry sposób wypełniające środek. Zadaniem tego zespołu nie jest prezentowanie twórczości przyziemnej, wręcz powinna ona unosić i dawać poczucie wolności.

    varius_max_1

    Czy „Ent” to także enter, a zatem nowe otwarcie?

    RJ: Wolałbym nie spekulować. Na pewno cieszymy się obecną chwilą. Nadzieja jest świetnym śniadaniem, ale kiepską wieczerzą. Trzeba wierzyć, wiara powoduje, że ten zespół nadal istnieje – w trzonie męskim w niezmienionym przecież składzie. Dojście Kasi powoduje, że przybraliśmy nowy kształt. Czy będzie ciąg dalszy? Lepiej nie zadawać sobie trudnych pytań.

    Znów dużo koncertujecie. Towarzyszy temu szczególna radość z powrotu do przeszłości?

    KS: Jeśli wykonuje się pracę, którą się kocha, to trochę wraca się do pieluch, metryka przestaje mieć znaczenie. Kochamy wychodzić na scenę, nie myślę o tym, że jestem na niej 20 lat, to nie ma żadnego znaczenia. Dzielę się najlepszą częścią siebie, a dostaję od słuchaczy w zamian potężny ładunek emocji i akceptacji.

    RJ: Kasia jest najlepszym frontmanem, jakiego znam. Nie widzę u niej gorszych momentów, nigdy nie obraża się na publiczność, jest z nią za pan brat.

    KS: Wierzę, że na koncertach nie ma przypadkowych słuchaczy, wierzę, że przyciągają ich ładne melodie i dobra treść. Każda publiczność wymaga jednak innych narzędzi do nawiązania kontaktu. Skanuję, obserwuję i wiem, co należy zrobić. I to jedyne, czego jestem w życiu pewna. Wiem, jak poruszyć ludzi i jak ich do siebie przekonać. Ogromną siłą Varius Manx od tylu lat są przecież także melodie.

    Czy na siłę zespołu mają wpływ także czasy, w których tworzy?

    RJ: Wraz z dekadami zmienia się postrzeganie muzyki czy w ogóle kultury. Dziś mamy inne czasy niż 20 lat temu, nie ma sensu tego porównywać. Jednak postrzegamy dziś ludzi bardzo podobnie jak przed laty. Słuchacz czuje, że artysta go nie ignoruje, że nie zarabia brutalnie pieniędzy „odbębniając” robotę . Ta wymiana energii powoduje, że koncert jest bardzo udany. Naszym obowiązkiem jest zarażać ludzi muzyką, aby ostatecznie czuli się usatysfakcjonowani. Jeśli to następuje, schodzimy ze sceny wniebowzięci.

    Ciekawi mnie jak będzie brzmiał tytuł kolejnej płyty.

    RJ: Jest jeszcze kilka trzyliterowych wyrazów na „E”. (uśmiech) Najważniejsze teraz to skupić się na dotarciu do kolejnych słuchaczy.

    KS: Dobrze jest być tu i teraz. Ludzie spotykają się w określonych momentach po to, by zrobić coś wspólnie. Pewnik jest taki, że to „wspólnie” kiedyś się kończy. Jako dorośli ludzie mamy tego świadomość. Zatem jesteśmy otwarci na wszystkie wspaniałości, które przynosi nam życie i bardzo szanujemy moment uniesienia twórczego, które właśnie nam się przytrafiło.

     

    Zdjęcia: Michał Pańszczyk

    Galeria
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Przeczytaj również
    Reklama
    reklama Anywhere