• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Magdalena Juszczyk

    Dziennikarka radiowa i telewizyjna. Zaczynała w Radiu Jazz z serwisem kulturalnym "HeyNow na miasto". Potem było Radio PiN, codzienny "Kalkulator kulturalny" i wywiady z osobowościami świata kultury. Radiowa Dwójka stała się na kilka lat miejscem jej cotygodniowych spotkań z twórcami w cyklu "W Dwójce raźniej". Za emitowany w Telewizji Kino Polska "Program obowiązkowy" nominowana była w 2017 r. do nagród PISF-u. Ma maturę, magistra, kartę mikrofonową i prawo jazdy kategorii B. Lubi rowery z RFN-u, stylowe motocykle wraz z ich jeźdźcami, a do szybowca wsiada na jedno zawołanie.

    Magdalena Popławska: Trudne rzeczy robię łatwo

    2018-06-25
    W kinie odważnie ufa debiutantom, a ryzyko owocuje spełnieniem. Teatr zawsze był dla niej sferą poszukiwań - współpracowała z wyjątkowymi twórcami: Łukaszem Kosem, Agnieszką Glińską, Michałem Siegoczyńskim, Markiem Kalitą, Marcinem Liberem i Anną Smolar. Odkąd zagrała u Krzysztofa Warlikowskiego w „Aniołach w Ameryce”, każdą swoją rolę w Nowym Teatrze buduje na niezwykłej ufności wobec reżysera. W poczuciu bezpieczeństwa Magdalena Popławska zagra wszystko.

    Jak zagrać dygot, który jest nieugaszoną żarliwością?

    Dla mnie to jest dość proste, ja to uwielbiam i to mam. Teraz już potrafię z tego korzystać, bez większych skutków ubocznych. Uwielbiam też takie postaci oglądać, rozdygotane i na skraju, z problemami, rozchwiane, niezdecydowane. Takie osoby są pewnie w życiu nieznośne, ale najciekawiej ogląda się i „zwiedza” tę właśnie naturę człowieka.

    Takie osobowości łatwo uzależniają.

    Innych? Być może. Na pewno nie są nudne i przez to adrenalina jest większa, więcej jest bodźców. Możliwe, że jest to bardziej uzależniające, ale też, myślę, bardziej męczące na dłuższą metę.

    poplawska_!

    Właściwie zawsze przyjmujesz role trudne, wystawiasz się na rozmaite wyzwania. Mam też wrażenie, że twoja kariera prowadzona jest przez ciebie bardzo spontanicznie, że jesteś freestylerem. Wydaje się, że nie masz zaplanowanego całego procesu, którego zwieńczeniem mają być statuetki zgromadzone na półce nad łóżkiem.

    Nie, nagrody absolutnie nie są moim celem. Miło jest je dostawać, ale nie myślę o nich, gdy biorę rolę. Może jestem trochę freestylerem. Nie planuję, bo też bardzo trudno na naszym rynku budować karierę z jakimś zamysłem. Udaje się to chyba nielicznym, tym największym, którzy mogą zagrać naprawdę we wszystkim. Ja też nie do końca jestem za takim planowaniem. Mam swoje filtry oczywiście i jakoś siebie postrzegam, ale lubię, gdy ktoś widzi mnie troche inaczej, inaczej mnie ubierze i pomaluje, nawet w sposób, który nie do końca mi się podoba, w którym nie czuję się komfortowo. Gdybym cały czas miała oglądać siebie taką, jaką lubię najbardziej, to byłoby nudne.

    A czy aktorką lub modelką nie zostaje się po to, by być jak ta biała kartka, gotowa do zapisania przekazu?

    I tak, i nie. Każdy z nas jest zupełnie inny, ma inny charakter, inaczej myśli o tym zawodzie i o sobie w nim. Mam bardzo silną osobowość, trudno mnie do czegoś zmusić, więc mogę sobie pozwolić na taki luz. Nie jest też moją ambicją za każdym razem pokazywać się z zupełnie innej strony. W uprawianiu tego zawodu ważniejsza jest dla mnie myśl i opowiadanie o ważnych rzeczach, ważnych dla mnie, dla n a s, opowiadanie o nich w taki sposób, żeby to było dotkliwe, żeby ktoś mógł coś przeżyć, i żebym ja mogła to przeżyć.

    Ludzka natura jest niebywała - to, że się tak wiecznie szarpiemy, że tyle jest w nas kompleksów niepotrzebnych... Patrząc z boku na innych potrafimy to właściwie ocenić.

    Mamy świadomość, jakie to w nas samych beznadziejne, a ciągle się z tym mierzymy. Ta sfera, sfera psychologii, dużo bardziej mnie ciekawi niż kreacje aktorskie i plan: jak teraz zagrałam smutną, to zaraz może powinnam wesołą… Owszem, minimalna strategia jest, bo mam pewne predyspozycje, które często też są wykorzystywane. Ponieważ trudne rzeczy robię łatwo, to często mnie biorą do zadań specjalnych. Trudne rzeczy aktorskie bywają dla mnie dużo łatwiejsze niż dla większości. Ja po prostu lubię płakać, robię to często i jestem w tym wprawiona. Dla wielu aktorów nie jest to takie proste.

    poplawska_2

    Kiedy w teatrze powierza ci się trudne zadania, to my widzowie wiemy, że choć będzie bolało, to znajdziemy w tym jeszcze jakiś rodzaj przyjemności. Dajesz gwarancję, że nasze razem z tobą tam cierpienie będzie przyjemne… To masochistyczne?

    Ten zawód jest trochę masochistyczny. Żeby miał on sens, trzeba ten masochizm chyba polubić i znaleźć w nim przyjemność.

    W „Ataku paniki” również przeprowadziłaś nas przez trudną rzecz. To tylko pozornie łatwa kobieca rola. Jest w niej bardzo dużo emocji i psychologii, maskowania jakiegoś dramatu życiowego.

    Rzeczywiście, w „Ataku paniki”, tak jak w wielu innych wątkach filmu, komedia powstaje w wyniku zderzenia z rzeczywistością. W trudnych momentach bywamy bardzo żenujący, ale próbujemy jakoś się ratować, pogrążając się jeszcze bardziej. Tak jak w scenie z filmu, gdy moja bohaterka mówi: „płonąca fantazja to ja!”. Z boku nasze dramaty wyglądają często idiotycznie. Próbujemy to przykryć i wychodzi jeszcze gorzej. Jestem w tym specjalistką.

    Trzeba mieć odwagę, żeby to powiedzieć.

    Tyle już razy popełniłam wszelkiego rodzaju faux pas… W momentach dla mnie stresowych reaguję np. nieadekwatnym do zdarzenia płaczem. W tylu już sytuacjach widziałam zdziwienie na twarzach innych, że już mi wszystko jedno. Stwierdziłam: no, tak mam! no i co? jestem trochę wariatką, jestem trochę histeryczką. No i trudno. Trzeba się z tym pogodzić.

    Wasz duet z Grzegorzem Damięckim w filmie debiutanta Pawła Maślony był moim ulubionym wątkiem.

    Moim zdaniem to bardzo dobre kino. Stanowi ważne dla mnie połączenie komedii i dramatu. Uwielbiam czarną komedię - śmiejemy się, ale tak naprawdę opowiadamy o bardzo niewesołych rzeczach.

    Miałaś satysfakcję na festiwalu w Gdyni, gdzie otrzymałaś nagrodę za drugoplanową rolę kobiecą?

    Każda nagroda przynosi satysfakcję i stanowi rodzaj docenienia, ale na co dzień nie myśli się o tym. Gdy „Atak paniki” pierwszy raz zobaczyłam w Gdyni, jeszcze w nerwach, bardzo się śmiałam podczas projekcji - może też trochę z nerwów? Ale np. moja mama w ogóle nie rozumie dlaczego mówię że to komedia. Dla niej to jest głównie tragedia.

    poplawska_3

    Przez trudne psychologicznie kwestie przeprowadzisz nas też w realizowanym obecnie filmie pt. „53 wojny”. Będzie to historia złożona z doświadczeń Grażyny Jagielskiej, żony korespondenta wojennego Wojciecha Jagielskiego. [Autobiograficzna książka nosi tytuł „Miłość z kamienia. Życie z korespondentem wojennym”.] Ona, zostając w domu i czekając na męża, przechodzi wraz z nim przez 53 wojny. Przeżywa jego potencjalną śmierć za każdym razem, gdy on jedzie w niebezpiecznie rewiry.

    Ich osobista historia jest bardzo trudna. Z reżyserką filmu Ewą Bukowską chciałyśmy, żeby to nie było dosłowne. Nie gram więc Grażyny Jagielskiej 1:1, to byłoby i dla niej, i dla mnie bardzo trudne, a może nawet nieznośne. Temat jest poważny – stres bojowy, posttraumatic stress disorder (PTSD), czyli zespół stresu pourazowego oraz przejmowanie tej choroby przez bliskich... Kobiety, opiekujące się wszystkimi, często przejmują też choroby swoich partnerów. Film opowiada o takim skrajnym przypadku: moja bohaterka, Anna, ma świadomość, że na wojnie można zginąć i za każdym razem wydaje się jej, że nie można mieć tyle szczęścia i że tym razem się nie uda. A jeszcze pewną rolę odgrywają niespełnione ambicje – mieli podróżować razem po świecie i ona w tym wszystkim miała uczestniczyć. A jakoś się nie udało, wszystko poszło w innym kierunku… Potem dzieci i wszystko się skomplikowało.

    Zostało to czekanie…

    Tak, i wszystkie frustracje macierzyńskie (które sama dobrze już znam) oraz niespełnione ambicje. To są emocje, które doprowadziły tę kobietę do szpitala psychiatrycznego. Na szczęście udało się jej przekuć to w coś pozytywnego, zaczęła pisać i się z tego uratowała.

    Film Ewy Bukowskiej „53 wojny” znalazł się właśnie w konkursie Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Karlowych Warach, powalczy też o Wielkiego Jantara na Koszalińskim Festiwalu Debiutów Filmowych „Młodzi i Film”, a do kin wjedzie 19 października. W roli korespondenta wojennego partneruje ci na ekranie Michał Żurawski.

    Zależało nam, żeby to był kobiecy punkt widzenia. Reżyserka chciała tę optykę jeszcze uwypuklić. Bardzo jestem ciekawa efektu.

    Wzrósł w tobie apetyt na sukcesy w kinie?

    Nie, nie chcę sukcesu. Szczerze powiedziawszy, boję się sukcesu. Nie nadaję się na gwiazdę, chcę po prostu uprawiać swój zawód. Sukces może być niebezpieczny, obciążający, nie chcę go, wolę go ignorować.

    Ale sukces przyniósł ci już w 2010 r. debiutancki film Arkadiusza Jakubika! [Rola w „Prostej historii o miłości” zaowocowała Nagrodą im. Zbyszka Cybulskiego dla Magdaleny Popławskiej.]

    Mam szczęście do debiutantów: i Arek Jakubik, i Paweł Maślona, i Ewa Bukowska („53 wojny” to w zasadzie jej debiut pełnometrażowy)… Było ich wielu, mam „ciąg” na debiutantów!

    Szybko się pisze historia polskiego kina. Coś, co jest dzisiaj premierą, za chwilę stanowi zamierzchłą przeszłość. To wrażenie powstaje również wówczas, gdy się spogląda w dossier aktorów. Smuci cię to, czy wręcz przeciwnie?

    Jestem bardzo niesentymentalną osobą, więc szybko zamykam projekty. Zapominam o moich filmach, to dla mnie skończona praca. Nie lubię rozpamiętywać. Zawsze ciekawe są natomiast rozmowy z ludźmi o tym, jak oni postrzegają dany film. Często widzą coś, czego my jako twórcy nie zamierzaliśmy. Każdy widz odbiera film przez swoje emocje i wrażliwość, własną historię. Są to niekiedy zaskakujące wnioski, cenię je sobie niezwykle. To uczy dystansu. Każdy w głowie nosi swój obraz tego samego filmu. Ja najbardziej lubię etap czytania scenariusza, te pierwsze próby, kiedy jest tyle możliwości, każdy przynosi swoją wyobraźnię i widzi tę historię po swojemu.

    Każdy przynosi najlepszą wersję tego filmu, a wersji jest tyle, ile jest waszych głów?

    Tak!

    Spróbuję ci teraz udowodnić małe kłamstwo…. Doprawdy, tak szybko „zamykasz projekty” i robisz to bez bólu? Otrzymałam niedawno informację prasową z Nowego Teatru o pożegnaniu z tytułem „Nancy. Wywiad”. [Projekt taneczny zrealizowany przez francuskiego choreografa Claude’a Bardouila we współpracy z Magdaleną Popławską miał premierę w kwietniu 2012 r. Za rolę Nancy Spungen aktorkę doceniono w 2013 r. na Przeglądzie Teatrów Małych Form Kontrapunkt w Szczecinie oraz na XIX Międzynarodowym Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Łodzi.]. Spektakl schodzi zatem z afisza. Nie wierzę, że nie krwawi ci serce!

    Ale teatr to co innego… Teatr to niemalże zupełnie inna branża.

    I ty jesteś tam inna?

    Jestem inna. Inaczej się uprawia ten zawód w teatrze. Sentyment jest duży, bo nad spektaklem cały czas się pracuje. W kinie sporo pracy kosztowało mnie, by pogodzić się z tym, że gdy wszystko jest zakończone, nie mam na nic wpływu: już nie zmienię sukienki, nie pomaluję się inaczej, włosy tak już zostaną, nie zagram niczego inaczej… Trudno jest pogodzić się z tą ostateczną wersją. A teatr daje większą możliwość ciągłej ingerencji i pracy nad całością.

    Poza tym - samo granie jest najprzyjemniejsze w teatrze! A „Nancy. Wywiad” to dla mnie szczególny projekt – rzeczywiście, przełamałam w nim najwięcej swoich barier i wstydów. A było to takie niezauważalne przełamywanie... Powtarzałam choreografowi, że nie jestem tancerką, że jestem krzywa i garbata… I tak mu trajkotałam, ciagle ciężko pracując, aż tu nagle premiera i się okazuje, że my to wszystko robimy! Nagle potrafię tyle rzeczy – dopiero to dostrzegłam! Potem sobie uzmysłowiłam, że zawsze byłam giętka. Miałam iść do szkoły gimnastyki artystycznej, ale oczywiście byłam niepokorna i gdy zobaczyłam, jak tam biją dziewczyny kijami, to powiedziałam: o, nie! Jednak predyspozycje w tym kierunku zawsze miałam i w sumie lubię tańczyć, ale niekoniecznie, gdy na mnie patrzą. Okazało się, że lubię też, gdy patrzą.

    poplawska_4

    Ostatnia szansa obejrzenia cię w spektaklu „Nancy. Wywiad” w Nowym Teatrze od 22 do 24 czerwca 2018 r.

    To spektakl bardzo dla mnie ważny, pełen emocji. Taniec, a raczej ruch, to drugoplanowa historia. To zbiór historii o toksycznych związkach i skrajnej miłości pełnej przemocy, byciu gwiazdą, taką naprawdę na szczycie. Początki punk-rocka.

    Dziś twój teatralny port to Nowy Teatr. Dla Krzysztofa Warlikowskiego zagrasz wszystko?

    Chyba tak. On jest też urzekającą, uzależniającą osobą.

    Czym uzależnia?

    Poczuciem bezpieczeństwa, przynajmniej ja to tak czuję. Traktuje aktorów jak partnerów w pracy, daje duże pole wolności i poczucie bezpieczeństwa, w którym nic nie muszę, nie muszę nic udowadniać. Każdy potrzebuje czegoś innego, a ja - właśnie takiego komfortu. Nie znoszę udowadniać i kiedy mam poczucie, że nic nie muszę, to mogę wszystko! Mam bardzo niepokorną zawodową naturę i przymusu nie znoszę – zamyka mnie on, blokuje, nastawia wrogo. Pamiętam takie produkcje: reżyser każe mi się śmiać, tymczasem ja tego jeszcze (albo wcale) nie czuję. Najpierw trzeba mnie przekonać, wciągnąć w historię. A nie traktować jak marionetkę do używania. Oczywiście ostatecznie do wielu rzeczy można mnie przekonać, ale w mojej strefie komfortu - muszę ją rozciągnąć, żeby nie czuć się przymuszoną. I Krzysztof mi to daje.

    Pamiętasz swoje pierwsze spotkanie z Krzysztofem Warlikowskim?

    Tak, pamiętam. Krzysztof boi się obcych, boi się nowych, więc nie zadzwonił do mnie. Zrobił to za niego Jacek Poniedziałek. Duża rola do zagrania w „Aniołach w Ameryce”, zastępstwo za Maję Ostaszewską, bardzo mało czasu… Krzysztof spotkał się ze mną, coś próbował mi mówić, ja byłam zbyt spięta, bo to Krzysztof Warlikowski! (Wtedy w ogóle bardzo się stresowałam, dziś już mam mniejsze z tym kłopoty.) Nie było dużo czasu, a zastępstwo trzeba zrobić szybko, więc nie było czasu na sprawdzanie, docieranie, tylko konkretna szybka praca. Wtedy to było dla mnie idealne rozwiązanie.

    Rozmawiając teraz z tobą mam w głowie sceny z tamtego spektaklu. Nie wiem, czy nie najbardziej z całego przedstawienia zapamiętałam właśnie ciebie. Dobra rola.

    Kolejna popaprana dziewczyna do zagrania, bardzo delikatna, uzależniona od valium. Mąż okazuje się być gejem, a jej jest trudno to zrozumieć i się z tym pogodzić. Więc żyje we własnym świecie fantazji. Bardzo lubiłam ją grać. Była dla mnie ważna - pierwsza rola u Krzysztofa Warlikowskiego, spełnienie marzeń! Wiedziałam też, że jestem w tym dobra, dobrze się czułam w tej postaci, z całym jej wachlarzem nerwic była idealnie na mnie skrojona. Nie lubię jednak rozpamiętywania. Mam nadzieję, że nigdy w życiu nie będę miała na to czasu, żeby wspominać i się cofać. Zostawiam to innym, a sama idę dalej.

    Galeria
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Przeczytaj również
    Reklama
    reklama Anywhere