• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Grzegorz Kapla

    Żyje z pisania. A żyć z tego, co się lubi, to dar. Bardziej od pisania lubi tylko spotykać ludzi. No i lubi być w drodze, kupować płyty w sklepie z płytami a nie w sieci, pomidorową i kabriolety. Kiedyś, dzięki dwojgu mądrym ludziom pojął, że nie trzeba pisać tylko o polityce. Że można pisać o świecie.


    Gorący dzień tam, gdzie stały ule

    2018-06-08
    Choćbyś był pewien, że widziałeś wszystkie seriale świata i poznałeś całą listę lektur, czasami po prostu nie wiesz, co powiedzieć.

    Jechaliśmy do Michniowa w pełnym słońcu. Bezczelne lato mamy w tym roku. Najpiękniejsza pogoda w całej Europie. Słuchaliśmy radia. W Hiszpanii kłopoty rządu Rajoya, we Włoszech kłopoty z wyłonieniem rządu, a tutaj słońce po sam korek. Piękny długi weekend. Potem puścili „Kiedy byłem, kiedy byłem małym chłopcem, hej”. I dojechaliśmy.

    Wiedziałem o tym miejscu tyle, co w Wikipedii. Że postawili tu budynek uznany przez środowiska architektów za jeden z dziesięciu najlepiej zaprojektowanych obiektów muzealnych świata.

    Ale budowa jeszcze trwa. Wystawa na razie w starym budynku. Pani kustosz pokazała nam zdjęcie Stefanka. Czarno–białe. Dużo ziarna. Chłopiec się wcale nie uśmiecha. To siódmy dzień jego życia. 13 lipca 1943. Wczoraj Niemcy zabili mu tatę. Przyszło ich dwóch. Jeden mówił po polsku, folksdojcz. Drugi łapał za kark i szli. Cały gościniec, na Wygon. Na skrzyżowaniu przodem do słońca stało ich już ze czterdziestu. Niemiec podchodził do każdego, pytał o nazwisko. Potem odznaczał na liście, którą ze sobą przywiózł i dawał znak. A wtedy ten, co trzymał za kark, strzelał i tata wpadał do rowu.
    Następnego dnia ciotka i babka wzięły Stefanka do kościoła w sąsiedniej wsi. Był chrzest i wtedy pan fotograf zrobił mu zdjęcie. Stefanek jest pogodny. To dobry, ciepły dzień. Trochę tęskni za mamą. Potem babcia bierze go w becik i wracają.
    Michniów otoczony Niemcami.
    - A, my tylko tutaj, do tej chałupy koło szkoły – mówi Babcia.
    - Ja, ja – uśmiecha się Niemiec i je przepuszcza.
    Za trzy kwadranse przyjdzie i je rozwali serią z karabinu. Babcię, ciotkę, mamę w połogu, poduszka mokra od łez, bo przecież jeszcze nie minął nawet dzień, odkąd została wdową. No i Stefanka też rozstrzelali. W tym białym ubranku do chrztu.

    obnt_1

    Kazimiera Grzywacz przeżyła. Widziała jak na murach pisali „3 razy tak”, jak jej tata odbudował spalony dom. Widziała Wyścig Pokoju, małego fiata, papieża Polaka w telewizji. Słyszała jak mówił „niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi”. Widziała w telewizji Lecha Wałęsę. I jak prezydent Lech Kaczyński wsiada do samolotu. I jak Robert Lewandowski strzela Niemcom gola.

    Jest jedną z piętnastu osób, które wciąż pamiętają tamten dzień, kiedy przyszli podpalić dom. Jej dom. O, tutaj stał, widzi pan? Narysowała na kartce plan wsi. Nie tego Michniowa, co za oknem, ale tego z lipca 1943. Z 12 lipca. Z tego dnia, który śni jej się każdego dnia prawie. Z dnia, który nigdy nie minął.

    - To kraj mojego dzieciństwa, mojego szczęścia. Miałam wtedy 5 lat i 5 miesięcy. Nie wszystko pamiętam. Niektóre sprawy znam z opowieści ojca, ale pamiętam, że poranek był bardzo pogodny, ciepły, słoneczny, ale dziwny. Rodzice małomówni, ojciec chodził po podwórzu, wszędzie zaglądał, czegoś szukał, poprawiał. Stawał przy płocie i patrzył.

    Kilka dni wcześniej do Michniowa przyjechało samochodem czterech Niemców, szli przez całą wieś, spisywali coś. Ludzie to widzieli, bali się. A teraz, o świcie, usłyszeli silniki.

    - Tata stał przy płocie jak inni sąsiedzi. Mama przeglądała szuflady, czegoś szukała, a my, widząc to wszystko, siedzieliśmy bardzo cicho. Dwie starsze siostry, młodszy brat i ja. W pewnym momencie usłyszeliśmy strzał. Ojciec wspiął się na płot. Strzały powtarzały się regularnie, co kilka minut. Ojciec wziął kosę i poszedł za stodołę kosić trawę tam, gdzie stały ule.

    A potem na podwórko weszło dwóch Niemców. Jeden mówił po polsku. Zapytali mamę, gdzie mąż. A mama odpowiedziała, że kosi trawę. Drugi z Niemców wystawił pistolet w kierunku ojca, ojciec rzucił kosę i przybiegł. Jeden wziął go za szyję i poszli. Bez pożegnania, bez słowa. Mama dobiegła do ojca i włożyła mu do kieszeni jakieś papiery.

    obnt_3

    Niemcy ustawiali mężczyzn wzdłuż rowu. Przed tym szeregiem stał jeden ubrany na biało, w białych rękawiczkach. Ojciec nazwał go sędzią. Odczytywał coś krótko, powtarzało się słowo „bandit”. Wtedy strażnik strzelał człowiekowi w tył głowy i sędzia szedł do kolejnego w szeregu. Dwóch Niemców chwytało zabitego za ręce i nogi i zanosiło do samochodu, który stał po drugiej stronie. Wrzucali martwe ciała na platformę. Ojciec spojrzał na samochód i miał wrażenie, że ta ludzka pryzma faluje, widział, że poruszają się te ciała, że ktoś porusza rękami czy nogami. Niektórzy spadali z platformy, ale wtedy podbiegali Niemcy i rzucali je z powrotem. Ojciec nie mógł patrzeć. Wszyscy wpatrywali się w niebo, modlili się, ojciec też odmawiał wszystkie pacierze, jakie znał. Sędzia doszedł do ojca. „Bandit” powiedział, na co ojciec: „nie, nie panie sędzio. Mam dzieci, pracuję na polu, żeby dzieci wyżywić.”, tamten odpowiedział „bandit”, na co ojciec „nie panie sędzio, wywiązuję się ze wszystkich powinności, oddaję kontyngent, wszelkie opłaty”. I wtedy przyszła mu do głowy myśl, że coś ma w kieszeni, to co mama mu włożyła. Wyjął te papiery, sędzia je wziął, spojrzał na nie i poprosił, aby mu ojciec pokazał ręce, dotknął ich i mówi „raus nach hause”. Ojciec zrozumiał, że ma iść. Ojciec poszedł w stronę domu, po drodze mijał dwóch Niemców i dwóch chłopców. Jeden z Niemców zaczął krzyczeć, drugi wystawił pistolet, chwycił ojca za kark i prowadził go z powrotem. Ojciec powtarzał tylko „Boże dopomóż”. Zbliżyli się do sędziego. Sędzia kazał ojcu iść do domu. Uznaliśmy to za cud, Opatrzność Bożą. To było niemożliwe u Niemców.

    obnt_4

    Ojciec wrócił na podwórko, usiadł na pniu i nic nie mówił, nie przytulił nas. Patrzyliśmy na niego, na jego spuszczoną głowę. Siedział tak i płakał. Minęło z pół godziny. Przygarnął nas i mówi, że nie możemy tu zostać. Zabrał z domu książeczkę do nabożeństwa i poszliśmy za stodołę. Usiedliśmy, ojciec wyciągnął książeczkę i zaczął się modlić. 15 metrów od piwnicy stali Niemcy, w szeregu. Wieś była otoczona. Niemiec podbiegł, wziął tę książeczkę, przekartkował. Drugi krzyczy coś, a ten odpowiada: „Nein, nein. Jesu Christe” i odeszli. Tak siedzieliśmy do wieczora. Potem Niemcy odeszli na posesję Materków, gdzie był sklep spożywczy. Tam się wydarzyło też coś strasznego, słyszałam strzały, ale od nas nie było widać. A potem odjechali. Rodzice nie spali tej nocy, czuwali.

    obnt_6

    Na pomoc wsi, o czym dziewczynka nie wiedziała, ruszył oddział Ponurego. Nie zdążyli. Ale w odwecie zaatakowali niemiecki pociąg. Próbowali wysadzić skład urlopowy z żołnierzami z frontu wschodniego, ale bomba nie odpaliła. Zatrzymali więc ekspres Warszawa – Kraków i wystrzelali niemieckich oficerów. Na burcie wagonu napisali „Za Michniów”. Nie mieli pojęcia, że Niemcy zechcą się zemścić. Że następnego dnia wrócą i wymordują wszystkie kobiety i dzieci. Kiedy ojciec Kazimiery usłyszał strzały, nie wiedział, że to akcja za pociąg. Ale wiedział, że muszą iść. Poszedł po brata i zabrał też jego rodzinę. Ale ciotka nie chciała.

    - Mama zabrała pierzynę i poduszki, ojciec krowę i psa, Burka. Siostra najstarsza niosła dwa bochenki chleba, druga prowadziła mnie za rękę. Las był niedaleko. Doszliśmy do wsi Orzechówka, nakarmili nas, odpoczęliśmy u babci. Pod lasem stał opuszczony dom. Mieliśmy krowę, więc daliśmy sobie radę.

    Czasami przychodzili tam partyzanci. Wśród nich kuzyn ojca, Heniek Dąbczyński. Karmiliśmy ich, ale ojciec prosił, żeby nie przychodzili, bo Niemcy wszystkich wymordują. Całą Orzechówkę. Kiedyś ojciec postanowił iść do Michniowa po jedzenie. Wyszedł z lasu i zobaczył trzech Niemców, jeden po cywilu. Chciał uciekać do lasu, usłyszał ładowany karabin, padł na ziemię a kule przeleciały nad głową. Zawsze powtarzał, że Pan Bóg wtedy znowu uratował go od śmierci. Wrócił zmęczony. Opowiadał, że Michniów spalony, bezludny. Zostaliśmy na zimę w Orzechówce.

    obnt_2

    Na wiosnę 1944 roku ucichło i ojciec chodził do Michniowa, ścinał sosny, przynosił na plecach na podwórko, ociosywał i odbudowywał chatę. Budował od nowa. Maleńki domek. Jedna izba. Kiedy stały ściany i niedokończony dach, poszliśmy. My, krowa i pies. Nie widziałam nigdy takiej wsi, wszystko spalone. Tylko kominy sterczą i czasem płoty. Popalone drzewa. Rozpacz. Zapach spalenizny. Zamieszkaliśmy w domu bez wyposażenia, spaliśmy na podłodze, przykrywając się pierzynami, które mama zabrała ze sobą. Jeśli padał deszcz, po pierzynach lała. Ojciec zbił pryczę z desek. Tak mieszkaliśmy do 1948 roku. Wróciła rodzina Kowalików, a potem, po 98 i inni. Wtedy można było już odbudować domy.

    To był cud, że całą rodziną uszliśmy z życiem. Były rodziny, w których zginęli wszyscy. Spłonęli w stodołach, albo ich zastrzelili. Zawdzięczamy to Bogu, że uchronił nas od śmierci, że zwrócił nam i ojca i że mogliśmy jakoś przeżyć i żyć w spokoju. Nigdy nie myśleliśmy o tym, żeby się wyprowadzić. To przecież nasza ziemia. Ja do dziś dziękuję Opatrzności Bożej za ocalenie taty. Czasem moje wypowiedzi ktoś inaczej zrozumiał, twierdząc, że ocaleliśmy z różnych innych względów, ale ja wiem, że to Opatrzność Boża nad nami czuwała. I ludzie z Orzechówki. Dziękuję im za każdą kromkę chleba, za strawę, za odzież. Dziękuję za wszystko. I za to, że żyjemy.

    *

    Po pacyfikacji Michniowa, po tym jak wymordowali kobiety i dzieci, Niemcy nie pozwolili odbudować spalonej wsi. Ocalały tylko kominy i kamienna stodoła, w której zamieszkali Kowalikowie. „Bandycka wieś” miała zniknąć z powierzchni ziemi. Po wyzwoleniu nowe, komunistyczne władze nie pozwalały na odbudowanie Michniowa, uznając, że wieś związana z akowskim podziemiem stanie się dla wrogów władzy ludowej przystanią i ostoją. Dopiero w 1998 roku pozwolili odbudować domy. A potem obłożyli mieszkańców, którzy przeżyli, podatkiem na kilka lat wstecz. Niektórzy nie byli w stanie zapłacić i trafili do więzień.

    *

    Wracamy w pełnym słońcu. Bociany na gniazdach. Droga pusta i piękna. W radio „What a wonderful world”. Pszczoły nad lipami krążą, ponad łąką jastrzębie. Każdy ma w życiu piękne dni, choć nie każdy to umie zobaczyć. Kiedy babcia niosła Stefanka z tego chrztu, też był piękny dzień. Szli przez las, przez wieś, chmury widział i ptaki. I niebo. Może się zapatrzył za bardzo? Chłopiec, który miał w życiu czas tylko na jedno, jedyne zdjęcie.

     

    fot.: Edyta Bartkiewicz 

    Galeria
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Przeczytaj również
    Reklama
    reklama Anywhere