• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Sylwia Gutowska

    Rozmawia, pisze, potem redaguje. Interesuje się kulturą wysoką, średnią i niską, bo jest prawdziwą (post)humanistką. Od dobrej książki woli tylko teledysk MC Hammera. Czasem śmieje się z własnych żartów, ale poza tym woli słuchać historii ciekawych ludzi. W poszukiwaniu sensu życia jeździ po mieście i śpiewa w swoim samochodzie.


    Najcichszy plan na świecie

    2018-06-07
    Stu dwudziestu pięciu malarzy, hektolitry farby, unikatowy sposób animacji. Historia tajemniczej śmierci Vincenta Van Gogha w reżyserii Doroty Kobieli i Hugh Welchmana była poważnym kandydatem do tegorocznego Oscara. Sean Bobbbit, producent i Piotr Dominiak, dyrektor artystyczny zdradzili, jak wyglądało tworzenie tego niezwykłego filmu.

    Powiedzieliście: „Wiadomo, dla kogo jest ten film”. Dla kogo?

    Sean Bobbit: Dla ludzi, którzy doceniają piękno, dla fanów Van Gogha, których są miliony na całym świecie, no i dla miłośników inspirujących historii.

    Piotr Dominiak: Na samym początku produkcji, testów i szkoleń przekazywaliśmy sobie po cichu, że taki film się tworzy. Później, na sam koniec, całe rodziny były już fanami i wspomagały nas w tym. Jeżeli ktoś nie lubi malarstwa, sztuki, Van Gogha, to pewnie nie jest film dla niego, ale poza tym – każdy się w nim odnajdzie.

    Loving-Vincent-1

    Jak na tak dość niszowy temat udało się wam zebrać niemały budżet, 5 milionów dolarów. Jak to się stało?

    B.: Na początku najwięksi inwestorzy pojawili się na Kickstarterze. Szalenie podobał im się pomysł na ten film. Jeden z inwestorów ma syna o imieniu Vincent Theo (śmiech), także wiadomo, że byli tam fani Van Gogha. Inny z nich, mimo że jest daltonistą, jest ogromnym fanem, dwa lata temu wziął całą rodzinę po wszystkich miejscach związanych z Van Goghiem.

    Na czym polegał cały ten skomplikowany proces tworzenia filmu?

    D.: To jest animacja poklatkowa, w której obraz referencyjny, nagrany live action z aktorami, wyświetlony na podobraziu, jest przemalowywany klatka po klatce przez malarza. W momencie namalowania jednej klatki jest ona fotografowana, a malarz maluje następną. Po namalowaniu dwunastu mamy dwanaście sekund materiału filmowego.

    Ilu malarzy pracowało nad przedsięwzięciem?

    D.: Stu dwudziestu pięciu malarzy przez okres całej produkcji, ale w jednym czasie nie mogło pracować więcej niż stu, ponieważ mieliśmy sto stanowisk w trzech studiach – około siedemdziesiąt w Gdańsku, dziesięć we Wrocławiu i około dwudziestu stanowisk w Grecji.

    Loving-Vincent-2

    To taka mała korporacja.

    D.: To byli malarze, którzy przyjechali do nas z całego świata. Było to około dwadzieścia krajów – Kanada, USA, Meksyk, Japonia, Serbia, Ukraina, Australia... Kilka osób przyjechało tak naprawdę bez biletu powrotnego, licząc na to, że dostaną się do produkcji. A nie zawsze się udawało.

    Casting przebiegał trzyetapowo. Co to było?

    B.: Portfolio, test i szkolenie.

    D.: Zaczęliśmy od portfolia, bo tak najłatwiej zweryfikować umiejętności i profil malarza. Na podstawie portfolia zapraszaliśmy na trzydniowy test z animacji. Osoby, które najlepiej w nim wypadły, były zapraszane na szkolenia.

    Na etapie produkcji malarze mieli nad sobą supervisorów, czyli znowu, zarządzanie zupełnie jak w dużej firmie.

    D.: Wiadomo, tu mieliśmy do czynienia z artystami. Każdy dołączył do produkcji ze swoim stylem, manierą malarską i przede wszystkim ze swoim sposobem pracy. Tutaj musiał dostosować się do bardzo rygorystycznych reguł: malowanie od-do, na określonych zasadach. To nie było łatwe, dlatego mieliśmy około sześciu supervisorów, z których każdy nadzorował pracę dwudziestu malarzy każdego dnia.

    B.: Na koniec jeszcze Dorota Kobiela, reżyserka, sprawdzała wyeksportowane, krótkie animacje.

    Jak zatem wyglądała atmosfera w zespole kilkudziesięciu indywidualistów stłoczonych w jednym miejscu, pracujących pod presją czasu, i to pod czyimś okiem?

    D.: To była raczej atmosfera skupienia na pracy. Mieliśmy takie małe pokoje-stanowiska. Musiały one być zasłonięte, żeby nie zakłócały równorzędnie tworzonych animacji. Malarze byli skupieni, malowali na swoich stanowiskach, słuchając muzyki albo audiobooków.

    B.: To był najcichszy plan na świecie. Osiemdziesiąt osób w jednym studio i tak naprawdę jest cicho. Malarze są u siebie i po prostu malują. Jeden z nich powiedział, że to jest jak medytacja.

    Po doświadczeniu „Twojego Vincenta” jak odpowiecie na pytanie: jak miewa się dziś malarstwo?

    D.: Myślę, że w Polsce i na wschód od niej ma się dobrze, jeśli brać pod uwagę warsztat malarski. Malarze z najlepszym warsztatem byli właśnie z Polski, Ukrainy i Rosji, skąd pochodziła dziewczyna, która zszokowała nas jakością swoich prac pod względem produkcyjnym. Ci artyści, którzy przyjechali do nas ze Stanów, także dysponowali wysokiej jakości warsztatem, ale było to kilka osób.

    Pytanie a propos Oscarów: widzieliście „Coco”?

    D.: Ja obejrzałem w drodze do LA (śmiech).

    B.: Naprawdę?

    Loving-Vincent-3

    Czy następnym filmem pokażecie Amerykańskiej Akademii Filmowej, że najlepszy film animowany nie musi być filmem dla dzieci?

    B.: Film animowany to nie jest film dla dzieci. Są specjalne festiwale animacji, jak ten w Annecy, gdzie mieliśmy premierę. Tam po prostu to wiedzą, ale to są ludzie z branży. Zwykły człowiek, który pracuje na przykład jako dźwiękowiec przy filmach live action z aktorami, odruchowo myśli, że animacja to film dziecięcy. Dlatego wybiera ten, na który jego dzieci każą mu zagłosować (śmiech).

    D.: To była stricte polityczna decyzja. „Coco” wygrało niesłusznie! To należy podkreślić.

    (śmiech)

    Szykujecie następną produkcję w tej technice. Czy zatrudnicie ten sam zespół?

    B.: To będzie film na podstawie Czarnych Obrazów Goyi. Myślę, że około trzydziestu-czterdziestu malarzy zaprosimy ponownie. Ale na pewno będą też nowi ludzie.

    W jakim czasie powstanie ten film?

    D.: Myślę, że znacznie szybciej.

    B.: Znacznie, już robiłem przymiarki. Im więcej malarzy, tym szybciej. Poza tym jest tylko dwanaście Czarnych Obrazów. Dużo obrazów będzie tylko wzorowanych na tym cyklu, nie będzie tylu detali do odwzorowania.

    D.: Prawdopodobnie wykorzystamy też obrazy innych, podobnych stylem malarzy. Tak jak w „Vincencie”, gdzie wiele ujęć musieliśmy wymyślać od nowa, bo nie było takich obrazów Van Gogha, które pasowałyby do danego ujęcia. W tym filmie zastosujemy podobną metodę pracy.

    Galeria
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere