• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Wojciech Zawioła

    Obserwuje, a potem opisuje i komentuje. Autor dwóch powieści: "Jest takie miejsce..." i "Szukaj mnie" a także czterech biografii: Mariusza Czerkawskiego, Roberta Lewandowskiego, Karola Jabłońskiego i Agnieszki Rylik. Dziennikarz Canal Plus Sport i prezenter wiadomości w TVN i TVN24. Zbzikowany na punkcie sportu, oszalały na punkcie muzyki. Wielbiciel twórczości z duszą.


    Mundialowy sentyment

    2018-06-06
    Jestem już w takim wieku, że przy niemal każdej okazji pojawiają się wspomnienia i porównania z tym, co było kiedyś. Jak to drzewiej bywało, jak mawiała pani profesor na studiach dziennikarskich. I jestem już w takim wieku, że coraz mocniej działa sentyment do czasów przeszłych.

    A skoro mundial za pasem, to o czym innym mógłbym napisać. Ja, wychowany na boisku piłkarskim zorganizowanym przez ekipę gówniarzy na polu po kartoflach; ja, wieszający plakaty drużyn piłkarskich na ścianie swojego pokoju; ja, rozgrywający najważniejsze turnieje piłkarskie na boisku do cymbergaja.

    I mimo, że piłka nożna oddala się ode mnie – a raczej musi się mną podzielić chociażby z hokejem i badmintonem – to jednak kiedy przychodzi Mundial czy Euro, nakręcam się statystykami, tabelami, powtórkami, analizami, występami outsiderów w fazie grupowej i popisami tych najlepszych, kiedy już gra się o podium.

    Kiedy byłem dzieckiem, udział Polski w mistrzostwach świata był czymś normalnym. Byliśmy do tego przyzwyczajeni. I mimo, że o awans toczyło się zacięte boje, to jednak sukces w tej walce nie był sukcesem ponad stan. I to w czasach, kiedy w mistrzostwach świata grały 24 drużyny (dziś 32) i trudniej było na mundial się dostać. A jednak my tam byliśmy – pięć razy z rzędu. W efekcie na mistrzostwach w Meksyku w 1986 roku zostaliśmy rozstawieni w losowaniu. To prawie tak, jak teraz bycie w pierwszym koszyku, które również było naszym udziałem. Ale wtedy byliśmy trzecią drużyną świata z poprzedniego mundialu, teraz chcielibyśmy nią być.

    Kiedy byłem dzieckiem, mogliśmy na wspomnianym boisku „po kartoflach” biegać wykrzykując „Boniek, Boniek” albo „Żmuda” czy nawet „Wójcicki”. Krzyczeliśmy, bo o koszulkach z nazwiskiem mogliśmy tylko marzyć. Potem skazani byliśmy na Ronaldo (tego brazylijskiego), Klinsmanna, Batistutę czy Zidane’a. I oczywiście było nam dobrze. Choć pewnie dlatego, że nie byliśmy świadomi, że powinno być inaczej. Powinniśmy mieć „naszych” bohaterów.

    Dzisiejsze dzieciaki mają lepiej. Jeśli gdziekolwiek jeszcze gra się na podwórkach, to na każdym widać Lewandowskich, Grosickich i Błaszczykowskich. Pozazdrościć młodemu pokoleniu. Życzę mu, by za jakieś trzydzieści lat mogło swoim dzieciom powiedzieć: „A wiesz synu, że był taki piłkarz Lewandowski, który został królem strzelców mundialu, a drużyna była trzecią siłą na świecie?”.

    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Przeczytaj również
    Reklama
    reklama Anywhere