• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Aleksandra Budka

    Wymarzyła sobie, że zawodowo będzie słuchać muzyki. Dziś nie tylko muzyki słucha, ale też o niej opowiada i pisze. Pasjonatka radia i klimatu retro, kolekcjonerka płyt, okularów i torebek. Od wielu lat związana z radiową Trójką. Fanka Grzegorza Ciechowskiego, przez co jej serce jest z pewnością biało-czarne. Kawę zaś pije zawsze białą.


    Sławek Uniatowski: Artysta prawie spełniony

    2018-05-21
    Uśmiecha się na słowo „debiutant”. Bo choć poznaliśmy go kilkanaście lat temu w jednym z talent show, dopiero dziś wydaje debiutancki album. Dopiero? Potrzebował tego czasu, żeby zweryfikować znajomości i swoje podejście do muzyki. Dojrzeć. Zmienić nie tylko myślenie, ale i wygląd, co dało mu siłę do bycia sobą. Jaki jest dziś Sławek Uniatowski?

    „Tell me who you are”…

    To bardzo fajna piosenka, która kiedyś mi się nie podobała. Kojarzyła się z innymi, była podobna do wielu kompozycji. Po czasie zacząłem ją doceniać, bo tak ciężko napisać coś podobnego do wszystkiego, co jednocześnie jest czymś nowym. „Tell me who you are” to utwór dla wszystkich. Dla tych, którzy interesują się muzyką, i dla tych, co niekoniecznie.

    Kim dziś jesteś?

    Czuję się prawie spełnionym artystą. Kiedy przychodzi moment wydania pierwszej płyty po tak długim czasie, płyty przemyślanej i bez błędów, chyba można poczuć się artystą.

    uniatowski_1

    A gwiazdą?

    Wszyscy jesteśmy gwiazdami – „We are stars”.

    Na jednym z portali przeczytałam: „Sławek Uniatowski nie miał do tej pory szczęścia w karierze”. Ustawia to nam całą rozmowę, opowiedz zatem, jak nie układała ci się kariera.

    Przede wszystkim nie szedłem na ustępstwa, nie robiłem rzeczy, z którymi się nie zgadzałem. Nagrałem kiedyś piosenkę do filmu, która mi się nie podobała, ale z perspektywy czasu wiem, że to dobry utwór. Miałem 21 lat, zaufałem nie tym ludziom, którym powinienem. Przyjechałem z Torunia i nagle miałem do podpisania kontrakt, co zrobiłem bez zastanowienia. Gdybym dał go prawnikowi, może wszystko potoczyłoby się inaczej, nie byłbym tak blokowany. W 2006 roku nagrałem płytę, ale piosenki nie zostały zaakceptowane przez wytwórnię. Kolejne napisał ktoś inny, a ja nie mogłem się pod nimi podpisać. Potem były jeszcze cztery podejścia z najróżniejszymi producentami i te materiały także nie podobały się mojej wytwórni. Pojawiali się nowi artyści, a ja byłem spychany. Robiłem inne rzeczy, bo musiałem jakoś zarabiać. Mijały lata, aż stwierdziłem, że czas na porządek w życiu. Zadbałem o zdrowie, poszedłem do siłowni, bo to czasy, kiedy broni się nie tylko talent, ale i wygląd.

    Grałeś też w klubach. Takie imprezy to łatwe i szybkie pieniądze?

    Po „Idolu” być może miałem nazwisko, ale nie miałem propozycji koncertów. Prawdą jest też, że nie wykonywałem telefonów z pytaniem o pracę. Siedziałem w domu i było dobrze, gdy ktoś zadzwonił raz na miesiąc. Uniosłem się honorem i postanowiłem, że nie będę prosił o pracę, może to było błędne, ale dzięki temu ludzie nie mają mnie na czarnej liście tych, którzy dzwonią po kilkanaście razy. Wróciłem do Torunia, bo tam życie było tańsze i łatwiejsze. W 2008 roku napisałem dużo piosenek dla Uniatowski Project, dla którego Tomek Organek pisał teksty, a ja wymyślałem wpadające do głowy szlagworty. Zacząłem grać koncerty, zapuściłem włosy i wąsa. (śmiech) Wyobrażałem sobie, że bycie muzykiem to bycie Beatlesami, Mickiem Jaggerem i całą plejadą rockandrollowców, a okazało się, że tak nie jest. Na szczęście szybko „przetrzeźwiałem”. To były dawne czasy, a młodość rządzi się własnymi prawami. Tak naprawdę niczego nie żałuję, bo gdyby nie ówczesny tryb życia, nie napisałbym kilku fajnych piosenek. Dziewięć utworów z tamtego materiału jest na płycie „Metamorphosis”…

    uniatowski_2

    …Na której są tylko 4 piosenki po polsku…

    Uniatowski Project z założenia miał być w języku angielskim i tak już zostało. Zresztą ja całe życie śpiewam po angielsku.

    „Odkąd zmieniłem swój wygląd, bardziej podobam się kobietom, widzę, że jestem na scenie bardziej wiarygodny” – jak wygląd ma się do wiarygodności?

    Nie wiem, co miałem wtedy na myśli…

    A może był to głos pokolenia, dla którego nadrzędną wartością jest wygląd?

    Możliwe. Kiedy zapuściłem włosy, chciałem udowodnić sobie i wszystkim dookoła, że można być hipisem i jednocześnie robić dobrą muzykę. Tak pewnie zakładałem, bo patrzę na siebie z perspektywy i widzę człowieka, który miał dużo kompleksów. W końcu się z nich wyleczyłem. Poza tym ćwiczenia fizyczne generują w człowieku energię, oczyszczają głowę, dają świadomość własnego ciała. Trzeba pobiegać, powyciskać ciężary, żeby zrozumieć, że to jest strasznie przyjemne i jak bardzo napędza.

    Trzeba?

    Można. Jedni mają wyciskanie na klatę, inni rozciąganie. Niech każdy znajdzie coś dla siebie.

    Czy to zwlekanie z wydaniem debiutanckiej płyty było spowodowane strachem przed porażką?

    Oczywiście! To była główna sprawa, która mnie stopowała. Pisałem dużo piosenek, ale na koncertach rzadko je wykonywałem. Trochę się wstydziłem, bo nie wiedziałem, jak zostaną odebrane. Po koncertach wielokrotnie pytano mnie, dlaczego gram covery, a to były moje piosenki. Ale to fajnie, że moje piosenki brzmią coverowo.

    uniatowski_4

    Zatem nie boisz się porównań?

    Nie, bo wszystko jest do czegoś podobne. Czerpię z całego świata muzyki, staram się być eklektyczny. Świadomie bądź nie wyciągam z muzyki coś dla siebie. Jeśli się dużo słucha, to pewne rzeczy tkwią w tobie. Zawsze będziesz, na przykład, beatlesowy…

    A ty jaki chcesz być?

    Jestem sobą. Na płycie jest dużo romantyzmu. Byłoby go więcej, ale nie chciałem zamęczać słuchacza balladami, w dodatku po angielsku. (śmiech) Te, które nie znalazły się na pierwszej, na pewno trafią na drugą.

    Będziemy na nią czekać 13 lat?

    Zacząłem już o niej myśleć! Będzie fajna, jest sporo starego materiału i tego z ostatnich dwóch czy trzech lat, że będzie z czego wybierać.

    Mimo że „Metamorphosis” to debiutancki album, niewielu nazwie cię debiutantem. Nie szkoda ci tego? Debiutant to wdzięczne określenie.

    Louis de Funès, będąc całe życie taperem, czyli pianistą barowym, w wieku 48 lat stwierdził, że zostanie aktorem. Dudley Moore, genialny pianista, też późno zaczynał. Tak naprawdę ja nie mam teraz drugiej szansy, a pierwszą, bo ta nigdy nie była mi dana. Przez kilka lat dostawałem teksty i kompozycje, gotowe propozycje hitów, a przecież sam pisałem piosenki. I tak siedziały w tej szufladzie, aż przyszedł czas, żeby je uwolnić.

    A może dwudziestolatek nie wie nic o miłości i nie potrafi o niej zaśpiewać tak, jak mężczyzna dojrzalszy?

    Na płycie są piosenki nie tylko o miłości, ale i o przyjaźni, o śmierci, o czułości. Tomek (Organek, autor większości tekstów na płycie – przyp. red.) jest bardzo czułym facetem. Nie chciałem nic zmieniać w jego tekstach. „Honolulu” jest jedynym moim autorskim tekstem, powstał z przypadku. Przyśnił mi się, obudziłem się i powiedziałem swojej dziewczynie, żeby rano przypomniała mi o „honolulu”. (uśmiech)

    Czy dziś wiesz więcej o tym, o czym śpiewasz na płycie?

    Dziś rozumiem te teksty lepiej niż 10 lat temu, kiedy powstawały. Po latach w ogóle rozumiem więcej, a z drugiej strony im więcej rozumiem, tym czuję się głupszy. Tak naprawdę zawsze chciałem grać jazz. Chciałbym robić płyty w klimacie Cheta Bakera, zadymionych knajp, piwnic z trąbką i kontrabasem, totalnie minimalistyczne. Miałem plan, żeby nagrać płytę z utworami Cole’a Portera, ale to utwory mało przystępne dla zwykłego słuchacza. Myślę o zrobieniu albumu z piosenkami Zbyszka Wodeckiego, chcę żeby doszło to do skutku. Kolejna płyta powinna być w klimacie rhythm’n’blues, taki Motown z lat 70., z fajną, żwawą perkusją.

    Kto, jak nie ty?

    Niewielu jest barytonów w tym kraju. Zbyszek Wodecki i Andrzej Zaucha nie żyją. Tenorów jest wielu, a ja nie śpiewam wysoko, śpiewam właśnie barytonem. Nie trzęsę się ze strachu przed premierą pierwszego krążka, ale nie jestem w komfortowej sytuacji. Ludzie nie słyszeli jeszcze mojej twórczości, być może po tych 13 latach będą wymagali nie wiadomo czego. Czy mam zatem napisać oratorium na 100 instrumentów, żeby coś udowodnić?

    Mógłbyś, bo jesteś multiinstrumentalistą.

    Nie gram na płycie. Potrafię sobie podegrać na kilkunastu instrumentach, ale nie jestem na tyle dobrym muzykiem sesyjnym, żeby nagrać płytę. Wymyśliłem niektóre partie gitar, perkusji, pianina czy basu, ale do nagrania potrzebowałem dobrych muzyków. W dzieciństwie nie miałem do czynienia z instrumentami, bo w moim domu nie było kultury muzycznej, nie mieliśmy kaset ani płyt. Zawsze interesowałem się muzyką, a gdy stało się to świadome, to za zarobione na roznoszeniu wody po toruńskich domach pieniądze kupowałem pirackie kasety – Ace of Base czy Jacksona. Albo wypożyczałem je od znajomych. Tak poznałem Depeche Mode, Tears for Fears, Republikę. A pierwszy kontakt z instrumentem miałem w 1989 roku na weselu mojej cioci w Brodnicy. Grał tam na żywo zespół, już nie pamiętam jak, ale pamiętam perkusję, która bardzo mi się podobała. Później chodziłem do sklepów muzycznych, gdzie błagałem o pozwolenie, żeby trochę pograć. Od 15. roku życia przygrywałem w knajpach. Tak więc sam nauczyłem się grać. Muzyka to matematyka – widzę odległości i schematy, układam to sobie w głowie. Nie potrafię tego wytłumaczyć, tak jak i tego, w jaki sposób nauczyłem się śpiewać, bo nie mam o tym pojęcia. Dlatego nie mógłbym uczyć kogoś innego.

    Samouk, genialne dziecko z Torunia i mamy przepis na sukces.

    Tego bym sobie życzył. (uśmiech) Na wszystko potrzeba czasu, nagrywanie tego albumu zajęło rok.

    Czy dziś pieniądze też są dla ciebie ważne?

    Oczywiście, bo kolejne pieniądze chciałbym zainwestować w kolejną płytę.

    A co, poza pieniędzmi, jest jeszcze w życiu istotne?

    Szczęście, któremu możemy pomóc. Dotychczas najważniejsze było dla mnie spełnienie, więc chciałbym się spełnić jako muzyk i chciałbym być z siebie zadowolony. Na tym etapie jestem dumny z tego, co zrobiłem, wiem, że zrobiłem to samodzielnie. Być szczęśliwym przez spełnienie… Określać się samemu, a nie być określanym przez ludzi. To jest szczęście. Wielokrotnie się sparzyłem, bo ufałem nie tym ludziom, którym powinienem. Nadal jestem po części naiwnym człowiekiem, ale trzeźwiej patrzę na wszystko, bo wiem, że nie każdy człowiek, który się do mnie uśmiecha, będzie dla mnie życzliwy.

    Rozmawiamy jeszcze przed oficjalną premierą „Metamorphosis”. Co się zmieni, gdy płyta już się ukaże?

    Moim marzeniem zawsze było granie koncertów, a po wydaniu płyty chcę ruszyć w trasę.

    uniatowski_5

    A w wolnym czasie pisać piosenki.

    Nie, już dawno nie napisałem żadnej nowej. Wiem, że gdy do tego siądę, to powstanie ich dziesięć czy dwadzieścia, mam łatwość pisania. Nie mam jednak presji. Skupiam się na innych rzeczach – na przykład pobiciu swojego rekordu w bieganiu. Sport dał mi bardzo dużo, zabił mój wolny czas, w którym pewnie jadłbym pizzę i oglądał filmy. Mam rower, muzykę, do tego dochodzą pejzaże i kolory, którymi się fascynuję. Moim celem jest trasa koncertowa po całej Polsce. Chciałbym grać w dużych salach koncertowych, gdzie ludzie mogliby dobrze przyswajać dźwięk. Ale z drugiej strony lubię także grać koncerty tylko z pianistą. Wcześniej grałem na fortepianie i śpiewałem, ale nie po to zacząłem uprawiać sport, żeby siedzieć za fortepianem i się garbić. Teraz jestem na froncie, a akompaniuje mi wybitny pianista Rafał Stępień, z którym rozumiemy się bez słów. Chciałbym grać koncerty dla ludzi, być częścią ich życia, dawać im trochę szczęścia poprzez kilka dźwięków. Ludzie piszą, że „Każdemu wolno kochać” to taka piosenka, która pomaga.

    Będziesz szczęśliwszy?

    Tak. Chcę mieć namacalny dowód na to, że ludzie lubią moją muzykę. Jeśli tak się stanie, będę najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

      

    fot.: Michał Buddabar

    Galeria
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Przeczytaj również
    Reklama
    reklama Anywhere