• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Anywhere .


    Spełniliśmy filmowe marzenie – rozmowa z Mateuszem Kościukiewiczem

    2018-05-17
    „Twarz” wzbudziła kontrowersje, została poddana krytyce, a negatywne głosy na jej temat były przerzucane od prawa do lewa. I wiesz co? Dla nas, jako twórców, jest to wymarzona sytuacja. Myślę, że ten projekt był spełnieniem naszego filmowego marzenia o stworzeniu czegoś, co nie pozostawia widza obojętnym – mówi Mateusz Kościukiewicz, laureat nagrody aktorskiej na festiwalu Netia Off Camera.

    Mateusz Demski: Nie wiem, czy wiesz, ale dziennikarze z Brazylii, którzy przyjechali na festiwal w Berlinie mieli niezły ubaw, kiedy zobaczyli „Twarz”. Takiego wielkiego Jezusa chyba jeszcze nie widzieli.

    Mateusz Kościukiewicz: Tak, brazylijscy dziennikarze dosłownie oszaleli na punkcie tego filmu. Kiedy przyjechaliśmy na Berlinale jeden z nich podszedł do mnie i stwierdził, że Brazylijczycy nie mają pojęcia o tym, że ich wspaniały Chrystus od pewnego czasu nie jest już tym największym. Tym samym doszedł on do wniosku, że „Twarz” powinna zostać pokazana w Brazylii – aby uświadomić tamtejszemu społeczeństwu, że są na świecie kraje, które mają podobne, megalomańskie pragnienia.

    demski_1-min

    Co jeszcze usłyszeliście w Berlinie?

    Pierwsze przyjęcie było niezwykle pozytywne. „Twarz” została odczytana na społeczno-filozoficznym poziomie, jako alegoria upadku neoliberalnej demokracji. Co więcej doszły nas słuchy, że ten mały świat, który przedstawiliśmy na ekranie konotował z wieloma innymi miejscami rozrzuconymi po wielu kontynentach. Wówczas zdaliśmy sobie sprawę, że nasz film ma ogromny potencjał ku temu, aby przebijać się ponad podziałami kulturowymi czy narodowymi. Po sukcesie w Berlinie czuliśmy więc ogromną satysfakcję z tego, że nasz film może tak silnie oddziaływać na międzynarodowym rynku.

    Po tym wszystkim przyjechaliście z nim do Polski. Jak pewnie zauważyłeś, tutaj przyjęcie nie było tak ciepłe.

    Tak, ale nie możemy zawężać perspektywy tylko do naszego podwórka. Małgosia jest reżyserem, który robi filmy w kontekście szeroko pojętego arthouse’u. Tym samym każdy kolejny film jest wyświetlany w kilkudziesięciu krajach – w mniejszych i większych dystrybucjach. W przypadku tego ostatniego mówimy o szeroko zakrojonej promocji w Wielkiej Brytanii i Francji, czyli na dwóch naprawdę istotnych terytoriach kina artystycznego. Tym samym w swoim założeniu „Twarz” nie była filmem skierowanym wyłącznie do polskiego widza. Ale, owszem, to że pochodzimy z takiego, a nie innego miejsca jest dla nas niesłychanie ważne. I właśnie o tym miejscu chcemy opowiadać.

    O miejscu, które w wielkim skrócie można nazwać polską prowincją. Skąd jesteś?

    Zgadza się, akcja „Twarzy” rozgrywa się na wsi. Sam zresztą pochodzę z Nowego Tomyśla, czyli małego miasteczka, gdzie realia życia są zupełnie inne niż w dużych aglomeracjach. Natomiast Małgosia, pomimo że pochodzi z Krakowa i wychowała się w inteligenckiej rodzinie, również miała okazję poznać ten świat. Nie wiem, czy wiesz, ale cztery miesiące w roku spędzała z rodzicami w niewielkiej wsi na Mazurach. Ale mam wrażenie, że każdy z nas pomimo miejsca czy czasu, w którym się wychował, może odnaleźć swoje korzenie w kulturze wiejskiej. W zasadzie to nasza tożsamość narodowa wywodzi się z ludowości – stanowi ona platformę, na której wszyscy możemy znaleźć wspólny język.

    Niech zgadnę: chodzi również o kościół. Jaki wpływ na samą zawartość tej platformy ma twoim zdaniem przywoływana już figura Jezusa ze Świebodzina wśród społeczności?

    Nie ulega wątpliwości, że kościół jest kolejnym ważnym elementem naszej kultury i obyczajowości. Problem polega jednak na tym, że w pewnym momencie wykonał on dramatyczną woltę, która sprawiła, że pierwotne założenie dotyczące budowania wspólnoty, zeszło gdzieś na dalszy plan. Dziś kościół jest daleki od heroicznych intencji, które przyświecały mu jeszcze przed osiemdziesiątym dziewiątym rokiem. Co więcej, wydaje mi się, że żyjemy w czasach głębokiego kryzysu tożsamościowego. A sama wiara przestała spełniać funkcję jednoczącą, stając się za to pewnego rodzaju formą kontroli.

    demski_2-min

    Niektórzy dziś mówią, że pojechaliście z takim hasłem na Zachód i daliście rodakom po tytułowym „ryju”. Że suchej nitki na nas nie zostawiliście.

    To kompletna bzdura. Myślę, że takie rzeczy mogą mówić tylko ludzie, którzy nie widzieli naszego filmu. Każdy, kto miał okazję go zobaczyć, powinien zdawać sobie sprawę, że opowiadamy o czymś zupełnie innym. Oczywiście, że „Twarz” wzbudziła spore kontrowersje, została poddana krytyce, a negatywne głosy były przerzucane od prawa do lewa. Ale wiesz co? Dla nas, jako twórców, jest to wymarzona sytuacja. Jesteśmy szczęśliwi, kiedy mamy szansę zrobić film, który wzburza, zmusza do dyskusji, a zarazem uruchamia nowe pokłady retoryki w polskim społeczeństwie. Myślę, że „Twarz” była spełnieniem naszego filmowego marzenia o stworzeniu czegoś, co nie pozostawia obojętnym. Ale na tym nasze zadanie się kończy – my stworzyliśmy film, natomiast tworzenie opinii leży po stronie widza.

    Mówisz, że wasz film stawia wyzwanie przed widzem. Ale przecież to wyzwanie zostało również rzucone tobie. Co ty wniosłeś do życia na planie?

    Tak, to był wymagający projekt. Całość pochłonęła jednak nie tylko sporo mojej energii, ale zarazem każdego, kto pojawił się na planie. Nasz wspólny wysiłek stanowił jednak szanse na sprawdzenie się w sytuacji aktorskiej, przed którą nikt do tej pory mnie nie postawił. Tak naprawdę nigdy wcześniej nie miałem szansy na dokonanie tak spektakularnej, a zarazem eksperymentalnej przemiany.

    Czego jeszcze się nauczyłeś?

    Nie ukrywam, że niejednokrotnie spoglądałem z zazdrością na moich zagranicznych kolegów, którzy otrzymywali tak ważne i przełomowe propozycje. Mówili, że takie role były dla nich kamieniami milowymi. Dziś z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że tym kamieniem w mojej karierze była właśnie rola w filmie Małgosi. Ale jednocześnie wydaje mi się, że doświadczenie, które wyniosłem z planu „Twarzy”, było czymś znacznie więcej. Cały wysiłek fizyczny, przerysowanie, ale zarazem głęboki ekstremizm emocjonalny, który z siebie wykrzesałem będą rzutowały na moją dalszą pracę.

    Mam wrażenie, że na twoich barkach spoczywała jeszcze większa odpowiedzialność. Nie bez znaczenia w kontekście waszego filmu pozostaje biogram Grzegorza Galasińskiego, który jako pierwszy w Polsce przeszedł zabieg przeszczepu twarzy.

    Stwierdzenie, że „Twarz” jest inspirowana historią pana Grzegorza jest sporym nadużyciem. Owszem, od samego początku był on naszym konsultantem, ale w rzeczywistości jego losy potoczyły się zupełnie inaczej. Wszystko to, co widzimy na ekranie zostało ujęte w formie baśni dla dorosłych, dzięki czemu dokonaliśmy pewnej kondensacji ekranowej ironii. Zwróć uwagę, że nie zależało nam na stworzeniu społecznego manifestu, który opowiadałby o walce o odszkodowanie. To, co chcieliśmy oddać panu Grzegorzowi, to przede wszystkim jego emocje – poczucie obcości i bycia innym, które towarzyszyły mu po wypadku. Na dokładnej analizie spektrum tych wewnętrznych zmagań, zależało przede wszystkim Waldemarowi Pokromskiemu – charakteryzatorowi, który dokonał mojej przemiany.

    Ta przemiana, to również sprawka Małgorzaty Szumowskiej, z którą tworzycie nie tylko zawodowy team. Wasz małżeński układ sprawdza się na planie?

    Współpraca zawodowa to zupełnie inna płaszczyzna porozumienia. Tym samym nie uważam, aby praca z Małgosią różniła się w jakiś diametralny sposób od pracy z innym reżyserem. Fakt, że jesteśmy małżeństwem, może dawać nam jedynie pewien komfort w postaci oszczędności czasu. To bardzo istotne. Czas na planie jest czymś całkowicie bezcennym, dlatego im mniej zużywa się go na sprawy zbędne, tym lepiej. Nikt z nas nie stara się niczego udowodnić, nie prowadzimy żadnych gier. Ale to jedyna taka różnica. W rzeczywistości praca z każdym reżyserem, bez względu na związki rodzinne, rozgrywa się w indywidualnym spektrum. Zawsze jest to niepowtarzalna, osobista relacja.

     

    Rozmawiał: Mateusz Demski

    Fot. Kamili Szatan

    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere