• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Jakub Milszewski

    Redaktor naczelny. Pisze głównie o muzyce i turystyce, o tym pierwszym również na blogu 140db.pl. Kiedyś zostanie gwiazdą rocka, ale póki co śpiewa w chórze. Poza tym fan komiksów i kolekcjoner płyt. Z wykształcenia kulturoznawca, ale niech to zostanie między nami.


    Mosty

    2018-05-14
    Nie jest to ani najbardziej znana, ani najbardziej charakterystyczna, ani pewnie najlepsza płyta Leonarda Cohena. Ale jest to świetny przykład tego, jak zrobić kapitalną muzykę detalami i przy okazji fajna pocztówka z przełomu lat 80. i 90. A i koncertowe setlisty pokazywały, że z „I ’m Your Man” Cohen był dumny.

    Kiedy słyszysz o płycie Leonarda Cohena, to myślisz o Leonardzie Cohenie, jego niskim, głębokim głosie, przeciętnych umiejętnościach wokalnych, ale za to interpretacyjnym geniuszu. W głowie masz te jego piosenki o dojrzałej miłości z subtelną gitarą, spokojną linią basu, jakimiś smyczkami i tak dalej. A odpalasz „I’m Your Man” i dostajesz na dzień dobry syntetyczny bit i sztuczny bas, i myślami lądujesz w dyskotece z końca lat 80. Na dodatek na okładce wita cię małe zdjęcie Cohena jedzącego banana w jakiejś hali. Nic tu się nie zgadza. We wkładce są przecież piękne zdjęcia artysty, ale nie, na okładce Leo żre banana. No i te syntezatory od samego początku. Kiedy Cohen w pierwszym utworze „First We Take Manhattan” przestaje śpiewać i daje błyszczeć dziewczynom, możemy w ogóle o nim zapomnieć, bo robi się dyskotekowo i popowo. I tak zupełnie serio, naprawdę fajnie robi się właśnie wtedy, kiedy Cohen robi krok do tyłu i staje w jednym szeregu z resztą artystów na albumie.

    Okej, Cohen był bardzo spoko. Ale „I’m Your Man” to majstersztyk, bo to płyta wybitnie nie cohenowa, a jednocześnie cohenowa jak diabli. Ot, paradoks. Z jednej strony pełno tu wykształcającego się charakteru Leonarda – znakomite, bardzo plastyczne teksty, dużo jest jego głosu, jego wokalnych niedociągnięć, jego niepokojącego spokoju. Jest saksofon, trochę żywych instrumentów, również etnicznych. Z drugiej – są te detale, które wyróżniają album. Od tego cholernego banana na okładce, który zapewne jest jakąś metaforą, której jeszcze nie rozszyfrowałem, przez te wszystkie syntetyki, które pojawiają się nie tylko jako bit, ale czasem też tam, gdzie w innych okolicznościach Leonard postulowałby wrzucenie solówki na saksofonie, do tych świetnych kobiecych wokali i chórków Jude Johnson, Anjani Thomas, Jennifer Warnes, Mayel Assouly, Elisabeth Valletti i Evelyine Hebey. Serio, jakby tę płytę obrać z tych wszystkich detali, byłaby po prostu muzycznie nudna. Może utrzymałaby ładunek emocjonalny, ale przestałaby sprawiać przyjemność. Taki „Jazz Police” nie byłby super bez tych zupełnie niepasujących do sztucznego bitu klasycznie zaśpiewanych refrenów. „First We Take Manhattan” nie zaskakiwałby niczym, gdyby nie ten synthpop, który w nim siedzi. „Tower of Song” nie czarowałby bez tych etnicznych bębenków, chórków rodem z wysp kokosowych i lekko schowanych, niepewnych melodyjek na pianinku, zagranych zresztą trochę w poprzek wszystkiego, jakby po pijaku. „I Can’t Forget” bez tego echa i melodyjki plączącej się z bitem byłby przeciętny.

    „I’m Your Man” jest najwyższej jakości mostem, rozrzuconym między Cohenem młodym a Cohenem starszym, doświadczonym, jaki zabłysł w latach 90. i później. Jednocześnie łączy w ogóle dwa odległe od siebie muzyczne brzegi: po jednej stronie lekkość i przystępność, nienachalną popowość, z drugiej – emocjonalność i poetykę, bez której Leonarda Cohena by nie było albo byłby zupełnie innym Leonardem Cohenem.

    Lubię chodzić po mostach.

    Reklama
    reklama Anywhere
    Przeczytaj również
    Reklama
    reklama Anywhere