• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Rafał Bryndal

    Tekściarz, dziennikarz, satyryk i milosnik jazzu

    Agnieszka Kawiorska: Intuicja, czyli wewnętrzna nawigacja

    2018-05-14
    Dorastała w Sandomierzu, gdzie nie marzyła o wielkiej karierze aktorskiej. Aż do momentu, w którym poczuła, że to właśnie na scenie czuje się w swoim żywiole. W wywiadzie dla Anywhere.pl Agnieszka Kawiorska opowiada m.in. o odkrywaniu samej siebie, wspomnieniach ze szkoły aktorskiej i najbardziej pamiętnych rolach.

    Od pierwszego pytania zwykle dużo zależy.

    Masz rację, pierwsze pytanie ustawia energię wywiadu.

    Lubisz udzielać wywiadów?

    Lubię rozmawiać, jeżeli rzeczywiście jest to rozmowa. Jeśli można porozmawiać o czymś istotnym. A często jest tak, że ktoś łapie nas, aktorów, gdzieś na evencie, przy okazji, na szybko, zadaje pytania i wcale nie chce usłyszeć szczerej odpowiedzi, a bardziej wyłapać wyrwane z kontekstu zdanie, które będzie medialnie „atrakcyjne”, dobrze się sprzeda. Tego typu rozmów nie lubię, jeśli w ogóle możemy je nazwać rozmowami. Zresztą generalnie nie czuję się komfortowo mówiąc o sobie, wolę mówić przez moją pracę, role. Ale zdaję sobie sprawę, że jest to wpisane w ten zawód, więc... zaciskam zęby.

    Czy wrażliwość pomaga w aktorstwie?

    Na pewno tak, bo na tym ten zawód polega, aby potrafić zrozumieć drugiego człowieka. Dla mnie aktorstwo to studiowanie człowieczeństwa, trochę poniekąd psychologia, umiejętność wejścia w czyjąś skórę, w czyjeś emocje. Na pewno wrażliwość jest pomocna i potrzebna. Z drugiej strony czasem przez tę wrażliwość aktorzy bywają bezbronni, krusi. Niektórzy potrafią nakładać maski i w ten sposób się chronić. Ja masek nie lubię, źle się w nich czuję.

    kawiorska_8-min

    Kiedy w ogóle poczułaś w sobie taką chęć przekazywania ludziom emocji? Bo do tego się sprowadza aktorstwo…

    Nie planowałam tego, że będę aktorką. Szczerze mówiąc, myślałam, że zostanę prawniczką. W liceum przygotowywałam się do studiów prawniczych.

    To ty musisz być poukładana…

    Nie do końca. Wydaje mi się, że łączę w sobie dwie sprzeczności. Lubię porządek, ale jakoś poukładane życie nie do końca chyba mi wychodzi. Mam w sobie i w moich działaniach trochę spontanicznego chaosu. Kiedyś walczyłam z tym chaosem, bo wydawało mi się, że trzeba być poukładanym, w y p a d a. Dziś chyba zaakceptowałam to, że bywam roztargniona i wszystko najczęściej robię na ostatnią chwilę, ze sporą dozą improwizacji.

    To pomaga w aktorstwie, ale nie wiem, czy w prawie. A jak to się skończyło, twoja przygoda z prawem?

    Jak każdy młody człowiek, przed maturą zastanawiałam się, co chciałabym robić w przyszłości i ze zbioru dostępnych opcji i możliwości wybrałam sobie właśnie prawo. W tamtym czasie, w liceum, należałam do alternatywnego amatorskiego teatru, w którym wylądowałam właściwie przypadkiem. Ktoś mnie tam zaciągnął, mówiąc: chodź, spróbujesz. Ja wtedy myślałam, że to coś kompletnie nie dla mnie. Byłam na tamtym etapie życia osobą dosyć introwertyczną, przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Nie lubiłam być w centrum zainteresowania.

    kawiorska_1-min

    Taką zdystansowaną ?

    Może nie zdystansowaną, ale na pewno nie lubiącą na siebie ściągać uwagi. Nie byłam zbyt pewna siebie. I nagle, wychodząc po raz pierwszy na scenę, poczułam, że ja się tam czuję dobrze, bezpiecznie. Poczułam, że kiedy jestem na scenie i wchodzę w postać, wszystkie te moje niepewności i lęki gdzieś znikają. Aktorstwo szybko stało się moją pasją. I nagle, bardzo krótko przed maturą odkryłam, że aby być aktorem, wcale nie trzeba się nim urodzić! Tak mi się wcześniej wydawało. Pochodzę z Sandomierza, z małego miasta, więc ten wielki świat filmowy, aktorski wydawał mi się bardzo daleki, nierealny. Sądziłam, że trzeba zostać w jakiś sposób „odkrytym”, ktoś musi cię zobaczyć na ulicy, dostrzec twój talent i powiedzieć: „chodź, zagraj w moim filmie”. Nagle wpadłam na to, że są szkoły teatralne i że aktorstwo to jest zawód, który mogę sobie wybrać tak samo jak zawód prawnika czy lekarza.

    Wyobrażam sobie, że to było niesamowite uczucie, gdy wyszłaś na scenę i nagle znalazłaś swoją pasję?

    To właśnie lubię w tym zawodzie, że przynosi te odkrycia cały czas. W takim sensie, że praca aktora to nieustanna pracą nad sobą i odkrywaniem w sobie takich przestrzeni, których myślałam, że nie mam. Cech charakteru, z których nie zdawałam sobie sprawy. Czasem sądziłam, że czegoś nie potrafię zagrać, a koniec końców okazywało się, że jednak potrafię.

    kawiorska_7-min

    Co takiego na przykład było szokującego dla ciebie, że wydawało ci się, że to nie jest dla ciebie, a nagle odkryłaś to w sobie?

    Czasem, czytając nowy scenariusz czy tekst sztuki, myślałam sobie, że ta rola będzie dla mnie za trudna, że te emocje są zbyt duże, zbyt rozhuśtane, że nie będzie łatwo. A nagle się okazuje, że to robisz, że znajdujesz te przestrzenie w sobie. W teatrze zdarzało się, miałam okazje grać role, które były dosyć dalekie ode mnie samej. I bywało, że czytając to, co mam do zagrania, stwierdzałam, że ja nie mam w sobie takich emocji, nie wiem jak do tego dojść, jak to ugryźć… I nagle się okazuje, że to w sobie znajdujesz.

    A takie pierwsze publiczne wystąpienie? Twój pierwszy debiut, który spowodował, że zostałaś aktorką?

    Był taki moment. To było wystąpienie przed moją klasą w liceum, na lekcji języka polskiego. Raz na pół roku trzeba było nauczyć się wiersza na pamięć i go wyrecytować. Nawet pamiętam jaki to był wiersz - Adam Mickiewicz, „Broń mnie przed sobą samym”. Wiersz skierowany do Boga. Pamiętam ten moment. Cała klasa, podobnie jak ja sama, była zadziwiona, skąd wzięła się we mnie siła do tego tekstu, tak mocnego.

    Był taki przekaz, że po twojej ostatniej kwestii zapadła cisza?

    Tak. Pamiętam, że później kilka osób podeszło do mnie, mówiąc „Agnieszka, ja nie wiedziałem, że ty masz taki głos!”. Oczywiście nie mówiłam tego tekstu jakimś podniesionym tonem, to po prostu była rola. Taka pierwsza. Było to też dla mnie samej kolejnym potwierdzeniem tego, że czuję się w tym dobrze, że sprawia mi to radość. Nie kalkulowałam, czy będę w stanie kiedyś utrzymać się z tego zawodu, czy zrobię karierę czy nie. Zaufałam głosowi intuicji, który powiedział mi „idź w to”.

    kawiorska_3-min

    Ty często wspominasz o tym, że kierujesz się intuicją. Zresztą przecież podstawą pracy aktora jest jego intuicja…

    Myślę, że intuicja jest ważnym narzędziem nie tylko dla aktora, ale w ogóle dla człowieka. Coraz mocniej się w tym przekonaniu utwierdzam. Uczę się być wyczulona na tę wewnętrzną nawigację, jak ja to nazywam. Która mówi mi, co jest dla mnie dobre, a co nie, w którym kierunku warto pójść, a co lepiej odpuścić.

    W życiu każdego człowieka pojawia się zwykle ktoś, kto ukierunkowuje, ktoś, kto staje się takim mentorem. Czy ty miałaś kogoś takiego w swoich początkach?

    Wielu. Nie mam chyba takiego, poza Panem Bogiem, życiowego mentora, który by prowadził mnie przez całe życie. Pojawiają się osoby, które są na pewne etapy życia. À propos aktorstwa - na pewno byli to moi profesorowie ze szkoły teatralnej, bo muszę powiedzieć, że miałam sporo szczęścia do wykładowców. Pracowałam na przykład z Krzysztofem Globiszem, który zresztą był dla naszej grupy z roku takim „ojcem”, mimo że nie był formalnie naszym opiekunem. To z nim robiliśmy dyplom. Pracowałam z nim zresztą już od drugiego roku, najpierw były to zajęcia z wiersza, później na trzecim roku sceny. Byliśmy bardzo z nim związani, czuliśmy ogromne zaufanie. Było też wielu innych wspaniałych profesorów.

    Zadebiutowałaś w Teatrze Starym na drugim roku studiów. To musiało być dla ciebie szczególne doświadczenie i duże wyróżnienie.

    Tak, tym bardziej, że Teatr Stary był pierwszym teatrem, w którym byłam w moim dorosłym życiu, nie licząc oczywiście przedstawień, na które chodziło się w ramach poznawania lektur szkolnych. I od początku bardzo się w tym teatrze zakochałam, właściwie z wizyt w nim wynikła i narodziła się moja późniejsza miłość do sceny.

    kawiorska_4-min

    Czytając o tobie stwierdziłem, że mamy coś wspólnego, ponieważ ja mam trzech braci i jestem najstarszy, a ty…

    …Mam czwórkę młodszego rodzeństwa.

    Czy ty jesteś dla nich taką wyrocznią? Czy idą w twoje ślady? Czy jesteś dla nich autorytetem?

    Całe dzieciństwo słyszałam od rodziców, że mam być mądrzejsza, że moje młodsze rodzeństwo może robić coś, co nie do końca jest dobre, ale ja nie, bo przecież ja daję przykład…

    A z drugiej strony przecierałaś szlaki.

    Tak. Teraz mamy świetny kontakt z moim rodzeństwem, bardzo się wspieramy. Chociaż śmieję się czasem, że w dzieciństwie moim marzeniem było bycie jedynaczką. Bo nie ukrywajmy, że nie było łatwo funkcjonować w niewielkim mieszkaniu w bloku, piątka dzieci plus rodzice, a wszyscy mieliśmy i mamy dosyć mocne charaktery, temperamentne. Może dlatego lubię boks i sztuki walki, bo zaczęłam je trenować już w dzieciństwie z moimi młodszymi braćmi. (śmiech) Ale teraz uważam, że duża rodzina to jest najwspanialsza rzecz na świecie, bardzo się wspieramy i kochamy. Mam nadzieję, że jestem dla nich autorytetem. Ale oni również są nim dla mnie w wielu kwestiach. Mam wrażenie, że nawzajem się od siebie uczymy.

    Wyobrażam sobie, jacy dumni byli, gdy się dowiedzieli, że grasz u mistrza, czyli u Andrzeja Wajdy. To też na pewno było dla ciebie szczególne, zagrać w „Katyniu”.

    Było to duże wyróżnienie i jestem za to bardzo wdzięczna. Czułam, że uczestniczymy w czymś bardzo wyjątkowym. Zarówno ze względu na mistrza, ale też na temat filmu. Fajnie jest brać udział w filmach, które mówią o czymś ważnym.

    A były takie role, które były szczególnym wyzwaniem? Które pamiętasz chociażby z tego względu, że musiałaś się do nich jakoś szczególnie przygotować? Zmienić swoją aparycję czy nastawienie?

    Chyba najtrudniejszą dla mnie rolą była postać, która grałam w dyplomie „Kapelusz pełen deszczu”, u Krzysztofa Globisza. W tym dramacie była tylko jedna kobieca postać, a w naszej grupie było pięć dziewczyn. Spektakl miał być grany w dublurze, czyli w dwóch obsadach i reżyser Krzysztof Globisz zadecydował, że tę rolę podzieli pomiędzy cztery aktorki. A mnie powierzył postać, która była dla mnie wielkim wyzwaniem. Miałam zagrać mężczyznę, szefa bandy narkotykowej, o przezwisku Matka. Była to postać nie do końca realistyczna, trochę oniryczna. Taki trochę Bóg, trochę diabeł, ktoś okrutny, ale też bardzo mądry, ktoś, kto rozdaje i ustawia karty w całej tej historii.

    Co sądzisz o castingach? Czy czujesz podczas castingu rywalizację z innymi? Czy podchodzisz bardziej na luzie?

    Bardziej rywalizuję z samą sobą. Nie zastanawiam się nad tym, jak wypadnie ktoś inny, czy zagra lepiej czy gorzej. Jestem zadowolona z castingu, jeśli mam poczucie, że zagrałam najlepiej, jak mogłam na dany moment, że dałam z siebie sto procent. Wtedy wychodzę z takiego castingu ze spokojem i z poczuciem dobrze wykonanego zadania. Reszta jest już w rękach reżysera czy producentów.

    kawiorska_6-min

    Rolę w filmie Władysława Pasikowskiego "Pitbull. Ostatni pies" dostałaś po castingu?

    Tak, to był krótki i konkretny casting. Bardzo przypominał późniejszą szybką pracę na planie. Na castingu zrobiliśmy dwa duble i „dziękuję, do widzenia”. Pan Władysław Pasikowski nigdy nie pozwala po sobie poznać żadnych emocji, więc właściwie nie było wiadomo, czy to jest „dziękuję, było dobrze” czy „dziękuję, już się nie spotkamy”.

    Mówiłaś o późniejszej pracy na planie, że miałaś wrażenie, że reżyser miał już cały film zmontowany w głowie…

    Był świetnie przygotowany, dało się odczuć, że wszystko, co robimy, jest bardzo dokładnie przemyślane. To była bardzo konkretna praca. Nie było mowy o jakiejś improwizacji, czy nawet proponowaniu reżyserowi swoich pomysłów na daną scenę. Co jest bardzo fajne, bo to daje aktorom duże poczucie bezpieczeństwa.

    A jak się przygotowywałaś do roli żony gangstera?

    Czytałam sporo na ten temat. I przyznam, że ten mafijny świat jest niezwykle interesujący. Mimo że tak bardzo okrutny i zły, również niesamowicie ciekawy. W świecie tym panują bardzo jasne i konkretne zasady. Oni mają swoją hierarchię wartości, której się trzymają.

    Są namiętności, jest podział…

    Tak. Jest podział ról. Czytając scenariusz, nie do końca rozumiałam niektóre zachowania mojej postaci, np. jest taka scena biznesowej narady, w której bierze udział mój mąż i kilka innych osób. Mona wchodzi, rozmowa cichnie, ona podaje herbatę i wychodzi. Czyli spełnia tu trochę funkcję kelnerki… Zastanawiałam się, jak mam to grać, bo skoro to jest mój mąż i nasi goście i rodzina, to powinnam przecież usiąść z nimi. Ale potem trochę poczytałam o tym, w jaki sposób kobiety funkcjonują w tym świecie. Nie wszystkie oczywiście, bo kobiety mafii są bardzo różne, ale duża ich część żyje trochę za plecami swoich mężczyzn, często nie do końca w świadomości tego, co dokładnie ich mężowie robią. Chcą wierzyć, że są to normalne biznesy, ewentualnie czasem nie do końca legalne, małe oszustwa. Często nie dopuszczają do siebie myśli, że ich mąż mógłby np. kogoś zabić. Powiem ci, że to, co przeczytałam o tym światku przeraziło mnie. I muszę przyznać, że nie widziałam takiego filmu - ani polskiego, ani zagranicznego - który by naprawdę oddał, jak straszny i okrutny jest ten świat, jakie rzeczy się dzieją.

     

    fot.: Tomasz Sagan

    Galeria
    Reklama
    reklama Anywhere
    Przeczytaj również
    Reklama
    reklama Anywhere