• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Grzegorz Kapla

    Żyje z pisania. A żyć z tego, co się lubi, to dar. Bardziej od pisania lubi tylko spotykać ludzi. No i lubi być w drodze, kupować płyty w sklepie z płytami a nie w sieci, pomidorową i kabriolety. Kiedyś, dzięki dwojgu mądrym ludziom pojął, że nie trzeba pisać tylko o polityce. Że można pisać o świecie.


    Jak kromka chleba

    2018-04-26
    Nie to jest najważniejsze, co posiadasz. I nie to nawet, jaką mądrość zdobędziesz. Właściwie liczy się tylko, ile zrobisz dla innych. Czym się umiesz podzielić.

    Żydzi mieszkali po jednej stronie ulicy, a katolicy po drugiej. I jakoś tak się ułożyło, że kościół był bardziej po żydowskiej stronie, a karczma po polskiej. Ale nie szkodzi, bo to nie była ulica, która dzieli, ale taka, która łączy. Ludzie ze sobą żyli dobrze. Kościół wielki, większy niż w Broku. Ufundował go hrabia Zamoyski, ale każda rodzina z parafii ofiarowała pracę. Mężczyźni nosili cegły po drabinach. Dorośli dziesięć cegieł i więcej. A chłopcy to po pięć. Za kościołem olbrzymi cmentarz. Dwadzieścia cztery wioski należały do parafii. A Żydzi swój cmentarz mieli w Stoczku. Mówili, że tam leży ich cadyk i tam chcieli być chowani. W 1940 roku w Stoczku Niemcy urządzili getto. Żydzi z Sadownego uciekli do lasu.

    Ilu przeżyło, nie wiadomo. Od wojny nie wracali. Przetrwały tylko opowieści. Ale po 1968 roku już nawet opowieści nie było zbyt wiele. Ludzie nie wiedzieli, co wolno wiedzieć, a o czym trzeba milczeć.

    OBNT_1-min

    Jakoś w 1992 przyjechała do Sadownego pewna starsza pani. Nic nie zapomniała po polsku. Weszła po schodach. Dzień dobry, dzień dobry. Wie pani, ja poznaję te schody. Przyjechałam z mężem do Polski, żeby odwiedzić stare miejsca. Wypożyczyliśmy samochód i przyjechaliśmy. Bo ja tu mieszkałam, naprzeciwko. Tu się bawiłam na tych schodach… Z Marysią, na tych schodach gadałyśmy. A… to pani jest wnuczką? A co z Marysią? Nie przeżyła wojny?! No nie przeżyła. Za chleb, co dziadek dawał go Żydom, zamęczyli ją Niemcy. I ją, i męża. I syna. Jemu to w plecy strzelili. Nie, nie tutaj, tam bliżej szkoły, żeby cała wieś widziała, że za chleb dla Żydów jest kara śmierci… Nie wiedziała pani? No skąd mogła pani wiedzieć…

    No i wtedy odwróciła się i poszła. Nie wiem… Może jej się zrobiło przykro? Może wstyd? Może nie wiedziała, co powiedzieć. Nie, nie wróciła już. Ale jakoś wkrótce potem babcia, dziadek i ich syn, co go też wówczas zabili dostali medal Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata.

    Sadowne nie miało szczęścia. We wrześniu 1939 roku front przetoczył się główną ulicą. Drewniane domy płonęły, jakby były zrobione z papieru. Ale te murowane mogły ocaleć. Kościół, no i sklep Lubkiewiczów. Ludzie naznosili tam swoich najcenniejszych rzeczy, co kto chciał zachować. Budynek stał od dziesięciu lat przecież. Kiedy Niemcy szli, to ludzie się tu zamknęli. I może by dom ocalał, ale w podwórzu, w stodole ukrywało się dwóch żołnierzy. I kiedy Niemcy podpalili stodołę, to oni mundury zrzucili i zaczęli uciekać. Ktoś im otworzył drzwi. Niemcy to zobaczyli. Żołnierzy zabili, potem ludziom kazali wyjść i podpalili dom. Ludzie wybiegli, mury zostały. Wszystko w środku się wypaliło. Dlatego tych zdjęć dziadków nie ma. Tylko kilka ocalało.

    OBNT_2-min

    Grażyna Olton układa na stole kilka fotografii, jakie ocalało z czasów wojny. Na jednym z nich Maria Lubkiewicz z wielkim rowerem. Na innych portrety. Był gdzieś jeszcze portret Stefana, chłopak miał dwadzieścia pięć lat, kiedy to się stało… Bo to wszystko nie było tutaj, tutaj zostały jedynie mury. Wyprowadzili się do starego domu, koło piekarni. Tam mieszkali całą wojnę. Pani Grażyna przez długie lata nie znała rodzinnej opowieści. Czasami mama powiedziała kilka słów. Pierwsze wspomnienia są o tym, że co roku zimą, 13 stycznia, mama wychodzi. Zawsze sama szła.

    - Pamiętam, kiedyś tata zerwał się z łóżka, bo był wielki mróz. Obudził nas i pyta „gdzie jest mama”? A za chwilę ona wchodzi. Było w pół do jedenastej w nocy. Zawsze na to miejsce sama szła. No i potem nam mówiła. Najpierw po kilka słów. A potem już wszystko.

    Sadowne jest blisko Treblinki. I blisko Stoczka. Nie było gazet, ale przecież ludzie wiedzieli, że Niemcy będą zabijać Żydów. Połowa wsi, ta po przeciwnej stronie drogi do kościoła, została. A połowa wyprowadziła się do lasu. Ludzie zbudowali ziemianki. Wejścia były zamaskowane gałęziami. Tam próbowali przesiedzieć wojnę.

    - Polacy wiedzieli?

    - Oczywiście, że wiedzieli – opowiada pani Grażyna. - Przecież to sąsiedzi byli. Nie przetrzymaliby bez pomocy. Wiedzieli, że za pomoc Żydom jest kara śmierci, ale nikt nie wydał. Zwracali uwagę, żeby do wsi nie chodzili jedną drogą, żeby nie było śladów. I żeby się nie załatwiali koło wejść do ziemianek. Tata nam opowiadał, w lesie mieszkał jego kolega. Na śniegu to bardzo było widać ślady, jak się człowiek załatwia.

    - Po co ludzie tam chodzili?

    - Przecież Żydzi nie przetrwaliby bez pomocy. Pomoc mojego dziadka nie była jednorazowa, jak to czasami piszą. Nie chodziło o bochenek chleba. Mój tata wtedy pracował w piekarni. Przychodził do pracy przed świtem. Zobaczył, że dziadek pakuje jedzenie do worków. I zobaczył, że się dziadek przestraszył, że on to widzi. Stanął jak wryty. Wiadomo, że takich rzeczy nikt nie mógł wiedzieć. Tata udał, że nic nie zrozumiał. Poszedł dalej.

    OBNT_3-min

    Tata pani Grażyny spotykał się z Ireną, córką Lubkiewiczów. Wkrótce po tragedii, jaka ich spotkała, miał się z Ireną ożenić.

    Niemcy w szkole byli prawdopodobnie po to, żeby schwytać zbiegów z transportów. Gdyby komuś z warszawskiego getta udało się uciec z pociągu do Treblinki. Sadowne jest od obozu szesnaście kilometrów. A przez las jeszcze bliżej. Szkoła jest zaledwie trzysta metrów od starego domu. Od piekarni. Bał się. Bo przecież jeżeli tylu ludzie wie, to łatwo może się wydać. Pretekstem do wykonywania kary śmierci na Polakach było rozporządzenie Hansa Franka z 15 października 1941 roku. Kara śmierci dla Żyda, który opuści getto. Kara śmierci dla Polaka, który zbiegowi udzieli schronienia. A potem już kara śmierci za każdą pomoc.

    - Mógł ktoś wydać, pójść do Niemców i powiedzieć, że tam są Żydzi. Mógł zaprowadzić. Ale nie. Dużo im Polacy pomagali, dawali im żywność. To nie było przecież tak, że piekarnia cały czas pracuje. Mama opowiadała, że na wypiek dostawali od Niemców zezwolenie. Chleb był na kartki, mąka była reglamentowana. To nie było tak, że dziadek mógł dla Żydów ten chleb bezkarnie schować. Niemcy wszystko mieli policzone. Stefan mielił zboże w młynku do kawy. Nawet mój tata mówił mu, żeby to zostawił, bo to przecież się nie da. A on siedział na stołeczku i potrafił przez cały dzień ćwiartkę zboża zemleć. Taki był cierpliwy. Tata go lubił. Za grę na akordeonie. Za te wyprawy na kawalerkę, konno jechali. No i za przyjaźń. Razem pracowali w tej piekarni.

    Do 13 stycznia 1943. Tego dnia niemiecki partol zatrzymał na drodze dwie żydowskie dziewczyny. Czepkiewiczównę i Enzelównę. Powiedziały, że chleb mają z piekarni od Lubkiewiczów. Niemcy rozstrzelali je od razu, na ulicy.

    Irena Lubkiewicz, mama pani Grażyny, tak opowiedziała o tym, co dalej: „Żandarmi nie czekając na wykopanie dołu dla zabitych Żydówek, wpadli do mieszkania rodziców, jeden z nich był nazwiskiem Schultz, kolonista niemiecki, prawdopodobnie z okolic Łodzi, bardzo wysoki, silny, dobrze zbudowany, lat miał wtedy trzydzieści moim zdaniem. Podskoczył do mojej matki, krzycząc: <<Co, dawaliście Żydom chleb!?>>. Uderzył moją matkę silnie pięścią w twarz, tak że się zatoczyła przy ścianie i momentalnie policzek miała siny, aż czarny. Podskoczył wtedy do mnie, kopnął mnie silnie w nogę twardym wojskowym butem. Następnie pistoletem uderzył mnie w plecy, w kręgosłup, tak silnie, że do dzisiaj mam w tym miejscu stały ból. <<Powiedz, że twoja matka dawała Żydom chleb!>>. Stał naprzeciwko mojej matki, którą popychał do drzwi i krzyknął: <<Liczę do dziesięciu, jak się nie przyznasz, to będę strzelał!>>. Wystawił pistolet na  moją matkę i zaczął liczyć. Ja tymczasem, chociaż mam silny ból, jednak myślę <<jak stanę przed mamą, przecież ta kula przebije i mnie i mamę>>. Nogi i ręce mi zdrętwiały i uklękłam między matką, a zbrodniarzem hitlerowskim Schultzem, przed pistoletem. Wtedy przestał Schultz liczyć, na rozkaz starszego oficera Karnej Ekspedycji. Ale śledztwo trwało do godziny 22.00. W  tym czasie strasznie się znęcali nad moją rodziną. Brata bił i kopał bez żadnej litości. Ojca bił pięścią po twarzy, aż zatoczył się na ścianę, również popychał i kopał. O godzinie 22.00 żandarmi z Karnej Ekspedycji rozstrzelali wymęczonych i zbitych moich rodziców i brata na podwórku, za ratowanie Żydów. Mnie zostawili jako małoletnią, ale cóż z tego, kiedy odebrali mi chęć do życia”.

    Czyli to pech był, że złapali te dziewczyny? – pytam.

    - Tak, pech – kiwa głową pani Grażyna. – Młode dziewczyny, przestraszyły się i wygadały. Mama biegła wtedy do domu, żeby schować zeszyt z tajnych kompletów. Usłyszała te buciory jak dudnią i schowała się za otwartymi drzwiami. W domu nikogo nie było, to była szósta wieczorem, ciemno już. Nawet jej mamy nie było, wyszła kury zamknąć, jak Niemiec wpadł do domu, to w pierwszym momencie mojej mamy nie zauważył.

    - Po polsku mówili?

    - Jeden mówił po polsku. Ale dziadek i babcia rozumieli. Uczyli się wtedy ludzie niemieckiego, żeby przeżyć.

    - Wiedzieli, że ich zabiją?

    - No nie. Myśleli, że podpalą, że spalą całe obejście. Myśleli, że przetrwają… Dziadek był torturowany na zewnątrz, mama tego nie widziała. Ale widziała jak się znęcają nad bratem i nad jej mamą. Ale dziadek był strasznie bity. Miał całkiem podarte ubranie na sobie. Chcieli, żeby się przyznali, że dawali ten chleb. Ale oni się nie przyznawali. Wiedzieli, że kto się przyzna, nie przeżyje. Tata nie mógł sobie darować, że Stefan nie uciekł. Przecież to trwało tyle godzin. Mama też się zastanawiała, dlaczego przeżyła. Był taki moment, że Niemcy powiedzieli, że jak nazbierają na łapówkę, to może im pomóc. I wzięli te pieniądze. Ale nie pomogło. Chociaż mama myślała, że może dzięki temu jej jednak nie zabili? Nie tylko pieniądze kazali zebrać, ale jeszcze i kazali im piec chleb. Może i tak. Oni jeszcze im chleb. Mój tata i Stefan musieli to zrobić. Niemiec ich pilnował. W piekarni było ciepło, a to był styczeń i Niemiec zasnął. I mój ojciec wtedy powiedział Stefanowi, że czas uciekać. Stefan odmówił. Powiedział, że jak on ucieknie, to na pewno zabiją rodziców. Tata go wypchnął już na dwór, ale on zawrócił. I kiedy już zabili dziadka i babcię, znowu mógł uciekać. Niemcy powiedzieli, żeby uciekał. Jakby pobiegł do lasu, to by może żył. Bo tam ciemno, drzewa. Ale on zaczął biec w stronę wsi. Skakał przez płot i wtedy Niemiec wystrzelił. Widocznie nie chciał zabić, jak mu ktoś w oczy patrzył. Wolał w plecy.

    Irena Kamińska z domu Lubkiewicz nie doczekała uznania swoich rodziców i brata za Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. Zmarła w 1979 roku. Instytut Yad Vashem uznał rodzinę Lubkiewiczów za Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata osiemnaście lat później.

    OBNT_4-min

    Piekarnia działała po wojnie do czasu, kiedy nowa władza nie nałożyła takich domiarów, że ojciec pani Grażyny zamknął zakład, bo nie był w stanie sprostać wymaganiom. Został oskarżony o sabotaż i trafił do więzienia. Piekarnia została uspołeczniona. Uwolniony zatrudnił się tam jako pracownik.

    Sklep wciąż jest w tym samym miejscu. Przetrwał też budynek piekarni. Obecnie mieści się tam stolarnia brata pani Grażyny. W Sadownem nie ma żadnej tablicy upamiętniającej te wydarzenia. Leon Lubkiewicz, Maria Lubkiewicz i Stefan Lubkiewicz spoczywają w jednej mogile. Trudno trafić. Cmentarz jest bardzo rozległy.

    Po rozstrzelaniu Niemcy nie pozwalali na pogrzeb przez dwa tygodnie. Ludzie mieli się nauczyć, że za pomoc Żydom kara jest ostateczna. Osada ziemianek opustoszała. Żydowscy sąsiedzi uciekli. Do początku lat dziewięćdziesiątych nie było wiadomo, że ktoś przeżył.

     

    fot.:Edyta Bartkiewicz

    Galeria
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere