• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Anywhere .


    Anja Orthodox: Mam swój alternatywny świat, w którym się bujam

    2018-04-23
    W zeszłym roku ukazała się nowa płyta Closterkeller, „Viridian”. Tym razem zespół postawił na zieleń, co nie znaczy, że pożegnał się z mrokiem. O sile, która wypełnia nawet te osoby, których dusza wysłana jest czarnym aksamitem i o potrzebie bycia „na bakier” z liderką zespołu Closterkeller, Anją Orthodox rozmawia Urszula Abucewicz.

    Jest pani silną kobietą, liderką Closterkeller, ale i pani przyznała się w jednym z wywiadów do depresji.

    Siła siłą, ale każdemu może się zdarzyć, że zachoruje. Depresja jest chorobą polegającą na niedostatecznym wydzielaniu hormonów i neuroprzekaźników, i to po prostu mi się zdarzyło. Właściwie jeśli chodzi o mechanizm, to depresja specjalnie nie różni się od cukrzycy. Tylko po prostu zawodzi inny hormon. Wydaje mi się, że jestem osobą silną, ale też najzwyczajniej bywam słaba. Mam dość zdecydowany charakter, to prawda. Wiem, czego chcę. I pod tym względem można opisać mnie jako silną. Wolałabym jednak inne określenie – jestem zdecydowana, konkretna.

    Sesja-Closterkeller1

    Czy depresja to cena, jaką płaci się za wykonywanie pracy artysty?

    Bycie artystą to piękna praca. Oczywiście są trudne momenty, gdy nagrywasz płytę i nie wychodzisz ze studia przez 24 godziny, albo gdy jesteś w trasie i jedziesz przez całą Polskę. W każdej pracy są plusy i minusy, momenty stresujące i męczące, ale uważam, że moja praca mimo wszystko jest piękna.

    Ktoś kiedyś powiedział, że jeśli będziesz wykonywał pracę, która jest twoją pasją, to nigdy nie będziesz chodził do pracy. Czy to sformułowanie jest pani bliskie?

    Tak, zgadzam się z tym. Zdarzyło mi się wykonywać trudne prace, np. na praktykach, gdy jako zootechnik pracowałam w oborach przy krowach. To była nie tylko trudna, ale i niewdzięczna praca.

    Czy czasami wraca pani do tej kobiety sprzed 22 lat z utworu „Scarlet”, w którym padają słowa: „Nie znam marzeń, nie znam bajek i tak mało wiem”?

    Prawdę mówiąc, nie pisałam tego o sobie. To raczej taka poetycka impresja na bliżej nieokreślony temat – choć z siebie też czerpałam. Na szczęście nie wszystkie teksty, które piszę, traktują o mnie. Nie pamiętam, co mnie zainspirowało do napisania tego tekstu, bo czasem bywa tak, że po prostu słowa na mnie spływają i samo się pisze. I to był taki tekst. Na pewno zawarłam w nim osobiste wątki, że gdy utracę możliwość śnienia i marzenia, snucia alternatywnych światów, to jest to równoznaczne z wyschnięciem źródła, z którego czerpię siłę. To jest mój najbardziej osobisty akcent w tym tekście, bo choć jestem osobą mocno stąpającą nogami po ziemi, to jednocześnie najbardziej realizuję się, błądząc w dodatkowych wymiarach. Niektórzy mówią, że taką dwoistość ciężko wytłumaczyć. A dla mnie to jest proste. Ja po prostu taka jestem. Nie wiem jak, ale udaje mi się to pogodzić. Kiedyś ktoś mi powiedział, że podobnie funkcjonowali również najwięksi poeci – niby oderwani od ziemi, ale obdarzeni niezwykle ścisłym umysłem. I tak sobie myślę, że coś w tym jest, bo ja również mam umysł ścisły. Może dlatego udaje mi się stać mocno na nogach i zarazem mieć swój alternatywny świat, w którym się bujam. Te dwa światy się u mnie znakomicie uzupełniają.

    Sesja-Closterkeller_2

    Dzięki temu może pani tworzyć i być poetką.

    Tak, stałam się poetką. Nie, nie stałam się, okazało się, że jestem poetką. Choć przyznam, że nigdy nie lubiłam poezji. Pochłaniałam za to prozę w gigantycznych ilościach. I nie miałam żadnej przyjemności z czytania poezji, choć właściwie przypominam sobie kilka wierszy w liceum, które złapały mnie za serce. Nie wiem, może jestem zmarnowanym talentem literackim? Znajomi mają do mnie pretensje, że zajmuję się jakimiś rockowymi głupotami, zamiast uszczęśliwiać świat swoim literackim darem (śmiech). Czasem myślę, że mają rację, bo ja właściwie nawet pisałam, tylko że raczej eseje, ale jak przyszłam do Closterkeller, to koledzy mi powiedzieli: „Słuchaj, musisz pisać teksty”. A ja z niedowierzaniem zapytałam: „Dlaczego?”. „No, bo jesteś wokalistką”, usłyszałam. W ten sposób się zaczęło. I dotarło do mnie, że muszę rymować. Teksty to są wiersze. Najpierw biłam się z myślami, myślałam: „Ja mam pisać wiersze? Przecież ja nie lubię wierszy”, ale potem stwierdziłam: „Każą – to piszę”. I to właśnie słychać na mojej pierwszej płycie, że to są właściwie próby poetyckie, a nie wiersze. A może to ja widzę, że one są kanciaste? Ale później to się prawdziwie w tym rozmiłowałam. I nawet się cieszę, że kazano mi jako wokalistce te teksty pisać. (śmiech) Teraz, po tylu latach, to ja się w pisaniu spełniam na równi z muzyką – naprawdę.

    Ma pani opinię skandalistki, która mówi o operacjach plastycznych, o swoim życiu osobistym – prawdziwie, bez udawania. Mam wrażenie, że to nie jest kreacja artystyczna.

    Nie, to jestem ja. A bierze się to stąd, że jestem z pokolenia, które trafiło na etap eksplozji punk rocka. A taka najczystsza ideologia punkowa polega na buncie będącym twórczym fermentem. I muszę powiedzieć, że ja razem z innymi kombatantami tych czasów dostrzegam nie tyle upływ czasu i to, jacy jesteśmy teraz starzy, ile to, że szkoda tamtej epoki. Lata 80. to był piękny czas, który nas fajnie ukształtował. Fundamentem moich działań jest punk rock i hasło: „A niech coś się dzieje, niech będzie odjazd. Jeśli nikomu tym nie szkodzę, to dlaczego nie może być fajnie?”. Ja taka po prostu byłam. Lubiłam i lubię sobie zaszaleć, żeby świat nie był nudny. I lubiłam też coś powiedzieć odważnego, nawet nie tyle, żeby sprowokować, ile żeby coś się działo. O swoich silikonowych piersiach powiedziałam najzupełniej spontanicznie. To moje nieprzemyślane wyznanie tak wstrząsnęło Polską, że się o mało lej krasowy nie wytworzył i całego kraju nie wciągnął w głąb do Australii (śmiech). Siedziałam na wywiadzie u Wojtka Jagielskiego, który wtedy prowadził „Wieczór z wampirem”, gadamy, gadamy, gadamy, a ja byłam akurat tuż po zrobieniu tego sztucznego biustu – i on nagle zadał mi jakieś pytanie, a ja bez zastanowienia powiedziałam, że mam sztuczne cycki (śmiech). Co mnie skłoniło? To był przebłysk. Podobało mi się, że Pamela Anderson powiedziała wszem i wobec, że zrobiła sobie silikonowy biust. I gdy wtedy Wojtek powiedział, że mi biust wystaje spod koronki – to ja bez zastanowienia wypaliłam, że jeśli tyle pieniędzy na niego wydałam, to może wystawać. Choć właściwie już nie pamiętam dokładnie, co mu odpowiedziałam, bo to było dwadzieścia lat temu (śmiech). Pamiętam za to, że Jagielski na chwilę zamarł, nie wiedział, co powiedzieć, a ja zaczęłam sobie myśleć: „Ale będzie jazda!”.

    Sesja-Closterkeller_3

    I była.

    Są takie rzeczy, które lubię powiedzieć po to, żeby coś się zadziało. Wtedy to był taki czas, kiedy wszystkie wokalistki były bardzo grzeczne, takie wylizane krowim ozorem, żeby nie utracić ani jednego fana, żeby nie powiedzieć za dużo. Dla mnie takie zachowanie to jest beznadzieja i asekuranctwo. Wszystko to spadek po punkowej subkulturze, w której byłam mocno zakorzeniona.

    Jak to się stało, że gotyk zawładnął pani życiem i muzyką?

    Z punk rocka, który był bardzo otwarty i obejmował szeroką gamę wyrazu artystycznego, zaczął się wyłaniać post punk, a potem new wave – nowa fala. Z nowej fali, w której znalazł się Closterkeller, wyłonił się również cold wave. Płytą zwieńczającą ten nurt jest płyta „Pornography” The Cure. Z tej zimnej, mrocznej fali wyłonił się gotyk, który w odróżnieniu od cold wave był bogaty w riffy gitarowe. Najbardziej wyrazistym przykładem gotyku jest Sisters of Mercy. Ale muszę przyznać, że coś, co się kiedyś nazywało rockiem gotyckim, teraz nazywa się gotykiem. Mniejsza o nazwy, ważne, że ma w sobie mrok i mroczną, piękną poezję. I to jestem ja, bo tak naprawdę wnętrze duszy mam wysłane czarnym aksamitem.

    Bardzo ładnie powiedziane.

    Jestem osobą szalenie wesołą, żartuję, ale ten czarny aksamit wyróżnia mnie wśród innych. I to właśnie charakteryzuje ludzi, których potocznie możemy nazwać gotami. Znam takich mnóstwo. I to wcale nie znaczy, że taki got musi chodzić ponury i nabzdyczały – tu chodzi przede wszystkim o wielkie miejsce w duszy, które zajmuje piękna, mroczna poezja. Ten smutek wynika bardziej z zachłyśnięcia się pięknem i sztuką, jest on bardziej refleksyjny niż dramatyczny. To jestem ja i mój fundament.

    Czy myśli pani o wydaniu płyty solowej?

    Solowy materiał to ja sobie od kilkunastu lat dzióbię. Po cichutku, w zaciszu domowym. W 2000 roku kupiłam sobie sampler i zaczęłam się nim bawić, uczyć się jego obsługi. I od razu zaczęłam sobie na nim grać, czasem wystąpiłam na jakichś elitarnych koncertach solowych – choć nie było ich zbyt wiele. Ale wytwórnia fonograficzna naciska, żeby wydać płytę solową. Na razie udało nam się wydać płytę z Closterkeller – „Viridian”.

    Sesja-Closterkeller_4

    Jaki jest pani przepis na radzenie sobie z upływem czasu?

    Bardzo dużo daje zachowanie w sobie młodzieńczości. Trzeba ciągle mieć w sobie słońce i młodzieńczość. Im dłużej ma się młodość w sobie, tym dłużej jest się młodym. Ale zaczęłam też dostrzegać, ile jest we mnie mądrości życiowej i to jest naprawdę olbrzymia wartość, uważam ją za coś niezwykle cennego, bo wartość człowieka buduje nie tyle jego physis, ile jego wnętrze. Może i mam tę pięćdziesiątkę na karku, ale za to ile stworzyłam pięknych rzeczy, ile ja w ogóle stworzyłam w życiu!

     

    Rozmawiała Urszula Abucewicz

    fot.: Anna Zofia Powierża, Agnieszka "vSpectrum" Jędrzejewska

    Galeria
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Przeczytaj również
    Reklama
    reklama Anywhere