• Współpraca
  • O nas
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Tomasz Sobierajski

    Socjolog z zawodu i z pasji. Wytrawny badacz społecznych zjawisk i kulturowych trendów. Naukowiec 3.0 nie bojący się trudnych wyzwań, międzynarodowej współpracy i interdyscyplinaroności. Wykładowca akademicki i akademik z ambicjami. Znakomity słuchacz oraz wnikliwy obserwator. Kustosz dobrych manier i trener poprawnej komunikacji. Apostoł dobrej nowiny i przeciwnik złych emocji. Z zamiłowania sportowiec i podróżnik. Wegetarianin, cyklista i optymista. Nowojorczyk z duszy, berlińczyk z wyboru i warszawianin z miłości. Dla nas pisze o tym, co jest ważne w ludziach i dla ludzi.


    Marcin Bosak: W życiu robię tak, jak czuje

    2018-04-01
    Jako student szkoły teatralnej, grając Trofimowa w „Wiśniowym sadzie”, mówił: „Cała Rosja jest naszym sadem”. Ten optymizm bohatera Czechowa w nieograniczoną moc możliwości Marcin Bosak – człowiek z piękną duszą i posłuchem dla intuicji – przeniósł na swoje zawodowe życie. Nie boi się wyzwań, ciężkiej pracy, trudnych wyborów i nadal z łaskawą nadzieją patrzy na to, co przynosi mu los. A ten, po świetnych kreacjach w teatrze, podarował mu ostatnio znakomitą rolę w nowym serialu „Kruk. Szepty słychać po zmroku”, zrealizowanym przez Canal+.

    Mam tę przyjemność, że obserwuję Cię na scenie od 15 lat, czyli od momentu Twoich dyplomów w Akademii Teatralnej. Studiowałeś między innymi z Karoliną Gruszką, Dominiką Kluźniak, Michałem Pielą, Małgorzatą Sochą, Krzysztofem Ogłozą, Anną Dereszowską, Andżeliką Piechowiak. Wasz rok był wyjątkowy. Czy studiowanie z tak zdolnymi ludźmi, wyrazistymi osobowościami daje energię na przyszłość?

    My sami nie mieliśmy świadomości tego, że jesteśmy wyjątkowi. Choć rzeczywiście mówiło się, że nasz rocznik jest wyjątkowy, zgrany, że mamy dużo fajnej energii. Ja odczuwałem to jako dużą mobilizację do pracy. Współpraca z tymi ludźmi dała mi energię do startu, tym bardziej, że ówczesny dyrektor Teatru Dramatycznego w Warszawie, Piotr Cieślak, zaangażował do siebie sześcioro z nas. Dało nam to poczucie pewności siebie, byliśmy dla siebie wsparciem.

    Teatr Dramatyczny w tamtym czasie był znakomitą sceną na mapie Polski.

    To był czas, który wspominam z ogromną przyjemnością. Spotkaliśmy się z super przyjęciem ze strony innych aktorów, co motywowało nas do tego, żeby dać z siebie jeszcze więcej. 

    Tam też pracowałeś z Krystianem Lupą.

    Spotkanie z Krystianem Lupą było już w momencie, kiedy dyrektorem teatru był Paweł Miśkiewicz, który dawał mi duże wsparcie. Dzięki niemu czułem, że to nie przypadek, że jestem tam, gdzie jestem. Po jednej z premier Paweł podszedł do mnie i powiedział, że widział wszystkie moje dyplomy. Uświadomiłem sobie wtedy, że kilka lat wcześniej, tuż po spektaklach, które graliśmy na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi, podszedł do mnie ktoś, kto powiedział: „Dla mnie jesteś wygrany!”. Nie wiedziałem kto to jest, bo nie orientowałem się wtedy jeszcze zbyt dobrze w teatralnym świecie. A to był Paweł Miśkiewicz, który zasiadał w jury tego festiwalu.

    bosak_1

    Na którym dostałeś nagrodę, za rolę Judasza w sztuce „Żegnaj, Judaszu” według Iredyńskiego.

    To prawda. Ale ze strony Pawła spotkało mnie jeszcze wiele nagród. Uwielbiam z nim pracować. To on nauczył mnie ciągłego bycia w procesie na scenie, pracy na to, co jest, co się dzieje. Paweł nauczył mnie też nieustannego domagania się czegoś od teatralnej przestrzeni. To wspaniała lekcja, która została ze mną na zawsze.

    Lata spędzone w Teatrze Dramatycznym to czas, w którym pracowałeś bardzo intensywnie również w telewizji i w filmie. Patrząc na Ciebie, miało się wrażenie, że bardzo uważnie obserwujesz to, co dzieje się dokoła Ciebie, uczysz się. Kompletujesz bagaż doświadczeń, z których będziesz mógł czerpać w przyszłości. I po kilku latach grania w Teatrze Dramatycznym postanowiłeś, że zrobisz sobie spacer przez Plac Defilad i przeniesiesz się do teatru naprzeciwko. Mowa tu o Teatrze Studio, który również znajduje się w Pałacu Kultury i Nauki.

    Tak wyszło.

    I pierwszą rolą na tej scenie, którą zagrałeś, był Podkolesin w „Ożenku” Gogola w reżyserii Iwana Wyrypajewa. Ten spektakl był znakomity, wszyscy graliście tam koncertowo. Niemniej to, co Ty zrobiłeś z dość płasko napisaną rolą Podkolesina, przeszło najśmielsze oczekiwania.

    Miło, że tak mówisz.

    Patrząc wtedy na Ciebie, zdałem sobie sprawę z tego, że okres czeladnikowania spędzony w Teatrze Dramatycznym się skończył, a rolą Podkolesina zdałeś mistrzowski egzamin.

    Nie oceniałbym tego w ten sposób. Na pewno praca z Iwanem sprawiła, że przeniosłem się w inny wymiar, zmieniłem moje myślenie o uprawianiu tego zawodu.

    bosak_2

    Od Pawła Miśkiewicza nauczyłeś się bycia jako aktor w procesie, a czego nauczył Cię Iwan Wyrypajew?

    Spotkanie z Iwanem to była rewolucja w myśleniu o teatrze i uprawianiu tego zawodu. Będąc w teatrze już z założenia jesteśmy w cytacie – aktorzy i widzowie. I robimy to świadomie. Iwan mówi, że nie gra się roli, tylko się ją pokazuje. Nie buduje się postaci, tylko opowiada się o tym, jaka ona jest. Jest to o tyle ciekawe, że zwalnia cię z odpowiedzialności niesienia bagażu całej psychologii postaci. I, paradoksalnie, jak go zrzucisz, to tym bardziej wytwarza się u widza iluzja, że widzi, jak ten proces przebiega na scenie. Dzięki Iwanowi miałem olbrzymią przyjemność w poznaniu czegoś zupełnie nowego, czegoś, czego w Polsce nikt mi jeszcze nie proponował. Totalnie mnie to uwiodło. Stwierdziłem, że chcę sobie pozwolić na takie ryzyko, że najwyżej totalnie się na tym wyłożę. I to jest ta olbrzymia przyjemność tego zawodu, że czasami z totalnie nieoczekiwanego spotkania wychodzi coś, co powoduje, że ludziom się to bardzo podoba.

    Uświadomiłeś mi właśnie, że ta „filozofia”, ten sposób myślenia o teatrze, który prezentuje Iwan Wyrypajew, zasadza się na tym, że w tym całym procesie niezwykle ważny jest widz. O czym czasami reżyserzy i aktorzy zapominają.

    Tak, to jest ta umowa, ten cytat, o którym mówiłem. Iwan uświadomił nam, że tradycja eksperymentu Stanisławiskiego, w którym jest czwarta ściana, a aktorzy udają, że widza nie ma, jest bardzo krótka. Ma nie więcej niż 100 lat. A wcześniej, przez całe stulecia teatr był oparty na kontakcie z widzem. Ja – jako aktor – opowiadam wam historię. Wiem, że tam jesteście i staram się, żebyście zmierzali ze mną w tej historii. Jest coś szalenie przyjemnego w tej wspólnej podróży.

    Zapewne brak tej czwartej ściany sprawił, że Twój Podkolesin był tak dobry. W fizycznym rozedrganiu tej postaci sprawiłeś, że widzowie byli z Tobą i to na nich Podkolesin próbował zrzucić odpowiedzialność za decyzję w sprawie ożenku. Część z nas chciała, żebyś uciekał, a część niemalże siłą wpychała Cię w ramiona wybranki.

    Super, że to tak zadziałało, bo to dla mnie był naprawdę ważny moment. Myślę o nim jako przełomie w myśleniu o wykonywaniu tego zawodu. To, czego nauczyłem się w pracy z Iwanem, pomogło mi przy postaci, którą gram w „Kruku”. Miałem tam bardzo trudne emocje do zagrania. Przypomniało mi się, o czym mówił Iwan i jak przestrzegał przed psychologicznym, mozolnym budowaniem postaci, które może być bardzo obciążające dla aktora jako człowieka. I zaryzykowałem. Wskoczyłem w tę postać do środka od razu, bez psychologizowania, nakręcania się. Tym bardziej, że kamera daje szansę na to „skłamanie”, wskoczenie głową w dół do basenu, bez oglądania się na to, czy jest w nim woda.

    Ten sposób myślenia, ta metoda jest ważna szczególnie wtedy, kiedy trzeba zrobić kilka lub kilkanaście dubli ciężkiej emocjonalnie sceny.

    To daje komfort tego, że nie niesiesz tej postaci ze sobą do domu, tylko zostawiasz ją na planie, odwieszasz na wieszaku w garderobie. Jednak z sukcesem możesz to zrobić wtedy, kiedy masz po drugiej stronie wartościowych partnerów. A takich znalazłem przy „Kruku” w postaci reżysera Macieja Pieprzycy, z którym mi się znakomicie pracowało, i Janka Holoubka, który zrobił świetne zdjęcia, a prywatnie jest wspaniałym człowiekiem. Janek opowiadał o swoim ojcu Gustawie, że ten kończył dowcip w kulisach, a po dwóch sekundach wchodził na scenę i wskakiwał w zupełnie odmienny stan. To świadczy o tym, że ta metoda się sprawdza. Mnie ona bardzo interesuje, ale nie mam jej jeszcze na własność, ciągle ją poznaję.

     

    Jeśli już mówimy o wskakiwaniu głową w dół do basenu, to w tym samym sezonie, w którym zagrałeś w „Ożenku”, podjąłeś się czegoś bardzo trudnego technicznie, czyli monodramu, oraz emocjonalnie, czyli zagrania postaci w oparciu o książkę „Rachatłukum” Jana Wolkersa.

    Z moim przyjacielem Sebastianem Chondrokostasem, który to reżyserował, włożyliśmy w tę sztukę mnóstwo pracy. Najpierw pisaliśmy adaptację i rozpędziliśmy się tak, że napisaliśmy też scenariusz filmowy, który na razie czeka w szufladzie, ale kto wie, może któregoś dnia uda się to zrealizować. Zdecydowałem się na ten monodram, bo miałem wtedy potrzebę – może to była iluzja – żeby poczuć, że mam wpływ na to, co się ze mną dzieje – i życiowo, i zawodowo.

    bosak_3

    Po egzaminie mistrzowskim w „Ożenku” potrzebowałeś większej przestrzeni dla siebie?

    Jest takie ryzyko w tym zawodzie, że się usiądzie i będzie się czekało na propozycje. A mnie uruchomiła się potrzeba działania, posiadania poczucia kontroli nad moim zawodowym losem. Moje szczęście polegało na tym, że dostałem propozycję od Michała Brzozowskiego, żeby przeczytać „Rachatłukum” i zrobić z tego audiobook. Po pierwszym rozdziale książki pomyślałem: „Co to jest?!? Co on mi proponuje?!?”.

    To znakomita, ale trudna książka.

    Na początku masz odruch, żeby ją odłożyć. Pierwszy moment jest szokujący, ale potem…

    …nawet nie wiesz, w którym momencie, wsiąkasz w tę opowieść. Tak jak publiczność na Twoim monodramie. Tym bardziej, że nie odpuszczasz widzom. Trzymasz ich bardzo blisko siebie i nieustannie skupiasz ich uwagę.

    Bo tylko taki jest tego sens. Taki jest temperament bohatera zanurzonego w niezgodzie. 

    Radzącego sobie z miłością i porzuceniem.

    Ten monodram daje mi niesamowite możliwości, bo wiem, że będę mógł go grać za 10 czy 20 lat, a moje doświadczenie życiowe zadziała tylko na jego korzyść. Przestrzeń miłości jest tak obszerna, że ciągle coś nowego można w niej odkryć. Moim zdaniem jest sens opowiadać tylko o miłości. Są jej różne odcienie. Może być miłość spokojna, może być miłość totalnie chaotyczna. Przez to, że ta książka jest autobiograficzna, to jest tak bolesna. Prawdziwa. Z tego powodu tak wciąga. Wydawało mi się, że w procesie pracy nad „Rachatłukum” tyle rozumiem, ale dopiero teraz – po pięciu latach od premiery – to czuję. I to jest totalna różnica.

     

    Ten monodram pozwolił Ci na wyraźne zaznaczenie swojej przestrzeni w Teatrze Studio za znakomitych czasów pod dyrekcją Agnieszki Glińskiej. Zagrałeś dwie główne role jako Pan Ripley oraz – razem z Łukaszem Simlatem – główną rolę w niezwykle wzruszającym spektaklu „Wiosna”, w reżyserii Leonardo Moreiry, na podstawie „Wujaszka Wani” Czechowa. Spektakl ten był wymagający dla aktorów, ponieważ w pewnym momencie scena dzieliła się na dwie, odgradzając widzów od siebie i zostawiając ich z połową historii.

    To było ciekawe doświadczenie. Ten spektakl był precyzyjnie, matematycznie ułożony, żeby teksty po jednej stronie ściany synchronizowały się z tymi, które padają po drugiej stronie. Bardzo lubiliśmy to przedstawienie. Było wdzięczne i ciepłe, pomimo tego, że w bohaterze wydarzało się piekło, bo nie wie, co dzieje się po drugiej stronie.

    My sami, na co dzień, skazujemy się na takie piekło, myśląc, że trawa po drugiej stronie rzeki jest bardziej zielona. Tęsknimy za tym, czego nie mamy, nie doceniając tego, co jest obok nas.

    Sonia w spektaklu mówi, że przecież nie ma innego życia. Inne życie nie istnieje. Jesteśmy tylko tu i teraz. Chodzi o to, żeby poczuć, że nie mamy wpływy na wszystko. Możesz wziąć na siebie cały ciężar świata, ale nie masz wpływu na to, co dzieje się po drugiej stronie ściany.

    Czasami po prostu trzeba odpuścić.

    To jest trudne, bo lubimy mieć kontrolę.

    Jeśli już jesteśmy przy wiośnie, to jaka będzie Twoja wiosna?

    Moja wiosna będzie ciekawa, bo już w marcu w Canal+ będzie miał premierę serial „Kruk. Szepty słuchać po zmroku”, z którym wiążę duże nadzieje.

    bosak_4

    Czym Cię uwiódł ten serial?

    Najpierw scenariuszem, który był bardzo dobrze wymyślony i napisany. Potem współpracą z Maćkiem Pieprzycą, która była dla mnie niezwykle inspirująca. Znakomita obsada, no i jeszcze moja postać, która była inna od wszystkiego tego, co grałem do tej pory.

    To będzie pierwszy polski serial Canal+ w technologii 4K.

    Obraz będzie jak żyleta!

    Jak wspominasz pracę przy tym serialu?

    Bardzo dobrze pracowało mi się przy tej produkcji, bo była świetnie zorganizowana i trzymała wysoki poziom realizacyjny. Cieszę się, że w telewizyjnych kanałach niepublicznych jest duża odwaga, gotowość do podjęcia ryzyka, zaangażowania większych środków, które w efekcie przekładają się na jakość seriali. Teraz mamy czas serialu. Na świecie jest wysyp tej formy produkcji i opowieści. Wszystko zależy od wyobraźni twórców i odwagi producenta. Tym bardziej chylę czoła przed producentami „Kruka”, którzy odeszli od bezpiecznego myślenia o serialu, w którym wszystko robi się jak najmniejszym kosztem. Stworzyli coś, co jest interesujące, nieoczywiste, owiane tajemnicą i dające – mam nadzieję – dużą przyjemność widzowi.

    Najbliższa wiosna, to też zmiana w Twoim teatralnym życiu, bo odchodzisz z zespołu Teatru Studio. To ważny krok.

    Odchodzę z Teatru Studio nie w wyniku podsumowań, ale dlatego, że tak czuję.

    Na ile w relacjach z ludźmi, światem ważna jest dla Ciebie intuicja?

    Dla mnie to podstawowa przestrzeń, którą się w życiu kieruję. To szalenie istotny element w podejmowanych przeze mnie decyzjach, o ile nie najważniejszy.

    Intuicja to coś, co ja dopiero odkrywam, bo jako naukowcowi trudno mi się było do niej przyznać.

    Ja w życiu robię tak, jak czuję. Niezależnie od pojawiających się czasem wątpliwości, czy na pewno robię dobrze.

    I intuicja nigdy Cię nie zawiodła?

    Nie, nigdy.

     

    Pierwszy odcinek serialowego thrillera „Kruk. Szepty słychać po zmroku” na antenie CANAL+ już 18 marca. Obraz w reżyserii Macieja Pieprzycy został zrealizowany w technologii 4K.

     

    fot.: Tomasz Sagan

    Galeria
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Przeczytaj również
    Reklama
    reklama Anywhere