• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Magdalena Juszczyk

    Dziennikarka radiowa i telewizyjna. Zaczynała w Radiu Jazz z serwisem kulturalnym "HeyNow na miasto". Potem było Radio PiN, codzienny "Kalkulator kulturalny" i wywiady z osobowościami świata kultury. Radiowa Dwójka stała się na kilka lat miejscem jej cotygodniowych spotkań z twórcami w cyklu "W Dwójce raźniej". Za emitowany w Telewizji Kino Polska "Program obowiązkowy" nominowana była w 2017 r. do nagród PISF-u. Ma maturę, magistra, kartę mikrofonową i prawo jazdy kategorii B. Lubi rowery z RFN-u, stylowe motocykle wraz z ich jeźdźcami, a do szybowca wsiada na jedno zawołanie.

    Michał Żurawski: Między twardzielem a ofiarą

    2018-03-12
    Sądząc po pozorach, stworzony jest do ról twardych facetów, okrzepłych w męskim świecie. Reżyserzy chętnie powierzają mu jednak postaci niejednoznaczne, pogubione lub wmanewrowane przez los w rodzaj potrzasku. Michał Żurawski ma apetyt na granie, gotowość do podejmowania wyzwań i chęć pracy nad sobą również jako człowiekiem.

    Spotykamy się w Warszawie, za chwilę zabierzesz nas na Podlasie, a pochodzisz z Zabrza. Czy miejsce bytowania określa twój styl bycia albo sposób myślenia o życiu i pracy artystycznej?

    Sprostuję: urodziłem się w Zabrzu, a połowę życia mieszkałem w Chorzowie. To Górny Śląsk. Czy miejsce ma na mnie wpływ? Oczywiście, że ma. Dla przykładu: kwestia akcentu. Do 18. roku życia wydawało mi się, że mówię czystą polszczyzną, a gdy dostałem się na studia w Warszawie, w Akademii Teatralnej powiedzieli: przyjmą mnie pod warunkiem, że popracuję nad językiem, nad akcentem. Nie wiedziałem, o co im chodzi. Teraz, gdy drugą połowę życia spędziłem w Warszawie, kiedy wracam na Śląsk i próbuję powrócić do tamtego akcentu, do śląskiej godki, to już czuję, że tak dobrze mi to nie wychodzi. Więc miejsce życia ma wpływ.

    Wspomniałam o Podlasiu na otwarcie naszego spotkania, bo pretekstem do rozmowy jest twój udział w głównej roli w oryginalnej produkcji CANAL+. Tytuł tego serialu, którego akcja dzieje się na Podlasiu, odwołuje się do policjanta o nazwisku Kruk i ty wcielasz się w tę postać. Klimat i atmosfera jest czymś szczególnym w tej produkcji. Jest się czego bać?

    Myślę, że tak. Gram policjanta, który swoje dzieciństwo spędził na Podlasiu. W wyniku różnych okoliczności postanowił przeprowadzić się do Łodzi. Szef łódzkiej komendy wysyła go z powrotem na Podlasie, aby rozwiązał pewną zagadkę związaną z tamtejszą działalnością przestępczą. Na miejscu okazuje się, że musi zmierzyć się nie tylko z tą konkretną sprawą, ale również z nierozwiązanymi zdarzeniami sprzed kilkunastu lat. Niestety, dziś nie mogę więcej powiedzieć.

    zurawski_1-min

    Maciej Pieprzyca, reżyser serialu, jest dla ciebie magikiem kina?

    Tak. Maciek Pieprzyca jest Ślązakiem tak jak ja, co w naszych relacjach już załatwia połowę roboty… Może to są stereotypy, ale coś w tym jest. Kiedy Ślązacy spotykają się w pracy, idzie ona sprawniej. Jest trochę inny Ordnung. Mam do niego totalne zaufanie. Kiedy pracowałem z nim jeszcze przy „Jestem mordercą” – to był dla nas temat idealny, ponieważ działo się to na Śląsku i mogłem sobie poszaleć mówiąc po śląsku – zobaczyłem, że gdy on zaufa aktorowi, to daje mu wolną rękę. Oczywiście w pewnych granicach, ale aktor właściwie przez cały okres zdjęć czuje, że coś tworzy. Dla aktorskiego ego i zadufania jest to po prostu idealne – możemy rozłożyć skrzydła i frunąć. Jeśli chodzi o „Kruka”, to dowiedziałem się, że Pieprzyca bardzo zabiegał, żebym zagrał w tym serialu, więc moje ego podskoczyło jeszcze o jakieś 4 piętra. To główna rola, więc podchodziłem do tego z pewną obawą. Bardzo trudny temat do zagrania i nie wiedziałem, czy sobie z tym poradzę. Temat, do którego w moim życiu nigdy się nie zbliżyłem. To jest ta tajemnica, o której nie mogę za bardzo mówić. Ale Maciek jest reżyserem na tyle opiekuńczym, gwarantującym bezpieczeństwo, że znowu dał mi pewność siebie, wiarę w siebie. Pod tym względem wśród polskich reżyserów Pieprzyca jest ewenementem.

    Po Srebrnych Lwach dla „Jestem mordercą” zyskaliście dodatkowy powód, by sobie ufać w tym duecie albo poczuć się pewniej w pracy filmowej?

    Chyba nie, bo każdy z nas jest dorosłym facetem i ma tyle lat pracy w zawodzie, że nie potrzebujemy głaskania po głowie. Chodzi raczej o kwestie finansowe. W tym przypadku nagroda przełożyła się tak, że Maciek dostał serial premium – ma inny budżet, więcej do powiedzenia, może sobie wybrać ludzi. I to jest super. Pierwszy raz to teraz poczułem, że nagrody w tym biznesie po coś są. W moim zawodzie nagrody są bez sensu. Nie można oceniać, że jeden aktor jest lepszy od drugiego. Są w kraju setki utalentowanych aktorów, o których nikt nigdy nie słyszał. Przede wszystkim my mamy g o t o w o ś ć. Wielokrotnie tego doświadczyłem. Będąc na planach za granicą, na przykład na Ukrainie czy w Rosji, byłem w szoku, w jaki sposób nas traktują. Dla nich jesteśmy aktorami z Zachodu. Ale mają też przekonanie, że my Polacy jako aktorzy potrafimy jakieś dziwne rzeczy robić.

    zurawski_3-min 

    Naprawdę? Tymczasem w Polsce tak się postrzega rosyjskich aktorów.

    Natomiast w Niemczech patrzą na nas jak na wariatów. Ale z szacunkiem. Niejednokrotnie doświadczyłem takiego przekonania, że nie potrzebujemy kaskaderów – możemy zrobić wszystko. Żaden niemiecki aktor nawet nie zbliżyłby się do pewnych zadań. U nich funkcjonuje to tak: jak Niemiec czegoś nie potrafi, to dawać Polaka, Polak zrobi. Jedna z historii związana jest z Marcinem Bosakiem. Gdy kręciliśmy „W ciemności", to on wykonał taki numer, po którym dostał oklaski od niemieckich kaskaderów.

    Pracowałeś też przy japońskiej produkcji. Co powiesz o stereotypach dotyczących tamtej części świata?

    To była japońsko-amerykańsko-polska produkcja, kręcona w Polsce, natomiast główny trzon w ekipie to byli przede wszystkim aktorzy i producenci z Japonii. Kiedy pojawili się w Polsce, okazało się nagle, że cały ten cesarski, japoński system bushidō nadal tam funkcjonuje – jest hierarchia. Niesamowite, że działa to tam na wszystkich płaszczyznach – w biznesie, w sztuce, w filmie czy w zabawie w gry komputerowe. Gdy przyjechała gwiazda, grająca małżonkę głównego bohatera, to trochę nam szczęki opadły. Zostaliśmy jej oficjalnie przedstawieni, jednak zanim wyszła do nas z kampera, to przed nią pojawiło się pięć kobiet, świta, która sprawdziła, czy teren jest czysty, po czym na koniec wyszły: druga asystentka oraz druga główna asystentka z parasolkami i pakietem ochronnym. Zatem gwiazda wychodziła jak cesarzowa. Miała w sobie totalny spokój. Po pięciu minutach rozmowy czułem się jak na spotkaniu buddyjskim, po medytacji. Tak jest w ogóle z każdym japońskim aktorem. Oni to mają w DNA. Podczas przerw mieliśmy okazję z nimi posiedzieć, porozmawiać, czegoś się dowiedzieć o nich, o ich kraju. Po kilku sekundach rozmowy rozpływałem się, zaczynałem się jąkać, miałem niższy głos – czułem się jak na jakiejś sesji terapeutycznej. Dla nas Polaków, narwańców, to dziwne, ale to było wspaniałe.

    zurawski_2-min

    Czy mając określone emploi, a ty masz emploi południowca, możesz być w zawodzie aktora kowalem własnego losu? Wybierać, zarządzać tym, jak jesteś postrzegany przez reżyserów i przez nich obsadzany?

    Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Chyba za krótko jeszcze w tym zawodzie jestem. To jest raptem prawie 20 lat – dla aktora to prawie nic! Przy „Kruku”, gdy się okazało, że nie ma pełnej obsady, podrzuciłem kilka nazwisk osób, z którymi chciałbym się spotkać. Te osoby zostały zaproszone na casting. Pierwszy raz miałem do czynienia z tym, o czym mówisz, z tym kreowaniem samego siebie.

    Powiedz, kto jest w obsadzie serialu „Kruk. Szepty słychać po zmroku”S.

    Marcin Bosak, Czarek Łukaszewicz, który gra mojego najbliższego przyjaciela, bardzo istotna postać dla całego serialu, chyba najważniejsza. Moją małżonkę gra Kasia Wajda. Anna Nehrebecka zaszczyciła nas swoim udziałem, Jerzy Schejbal, Andrzej Zaborski – cudowny aktor z Białegostoku, cudowna postać. Michał Filipiak, Mariusz Jakus, obsadzany niestety ciągle w rolach bandytów, a to jest facet o niesamowitej wrażliwości. Mam nadzieję, że po tym serialu otworzą się też inne drogi i możliwości dla niego.

    Jak bardzo można się przyjaźnić w waszym zawodzie? Czy to się aktorom udaje?

    Mam kilku przyjaciół aktorów, takich przyjaciół naprawdę, nie udawanych. Mam kilku dobrych kumpli. Mimo że z kilkoma mamy podobne emploi albo jesteśmy podobni fizycznie, nie ma żadnej zawiści. To się zdarza, mnie się to zdarzyło. Jestem za to bardzo wdzięczny losowi.

    zurawski_4-min

    Jest jeszcze kwestia braterstwa. Twój brat, Piotr, jest utalentowanym aktorem, macie sporo podobieństw zewnętrznych. Czy to w ogóle jest dla ciebie jakieś obciążenie? Kiedy twój brat pojawia się razem z tobą na planie „Karbali”, patrzycie na siebie jak na zagrożenie?

    To trudna sprawa, przyznaję. Między nami jest sześć lat różnicy. Jestem w zawodzie sześć lat dłużej, prawie siedem. To kolosalna różnica. Gdy on się pojawił, zaczął grać pierwsze role, byłem oczywiście krytyczny i próbowałem mu coś podrzucać. Widziałem, jak to na niego działało. Nie było mu w smak, że starszy brat coś podpowiada. Ale też on wybrał trochę inną drogę niż ja – skupił się mocno na teatrze. Tworzy tam naprawdę świetne rzeczy. To jest facet, który rzucił szkołę, żeby grać w teatrze! Dostał angaż w Jeleniej Górze, zaczął jeździć po całej Polsce, zaczepiał się tam, gdzie były fajne ekipy.

    Dziwiłeś mu się?

    Nie, absolutnie nie, bo wiedziałem, że chce się trochę odciąć od tego, co ja robię, żeby nas nie łączono. Dzisiaj nie mamy kłopotów z tym, wręcz przeciwnie, bardzo nam to pomaga. Gdy się pojawiliśmy na planie „Karbali”, to te wszystkie prywatne historie, które działy się w naszym życiu, idealnie się zgrały z tym, co było w filmie. O tym wiedzieliśmy tylko my. Sceny odbywały się praktycznie bez prób, bo brat z bratem wie wszystko bez słów. 

    Emploi twardziela – to przekleństwo, ograniczenie czy skarb?

    Nie wiem. Nigdy nie uważałem się za twardziela. Role w produkcjach, w których ostatnio brałem udział, raczej przeczą temu: „Dzikie róże” oraz „Justa” i „53 wojny”, na które czekam.

    W „Dzikich różach” nie jesteś typem twardziela?

    Jestem raczej ofiarą, bezsilną ofiarą kobiet. Tak patrzę na postać, którą miałem tam do zagrania.

    zurawski_5-min

    Ten film to wspaniały popis aktorskiego talentu Marty Nieradkiewicz i reżyserskiego Anny Jadowskiej.

    Ja chyba w ogóle mam szczęście do kobiet reżyserów. Nie tylko w filmie, w teatrze również. W pracy z kobietami staję się bardzo pokorny, trochę się boję tej współpracy. Nigdy nie rozumiałem, co mówią do mnie kobiety. Miałem z tym duży problem, przyznaję. Gdy mówi do mnie facet, to wiem, po której stronie barykady stoję, nawet gdy przedstawia mi coś skrótowo, to wiem, co ma na myśli – wiem, o co chodzi w męskich emocjach... Z kobietami tak prosto nie jest. Do tego mam jeszcze taką fizjonomię, że gdy się nad czymś zamyślam, to kobiety się mnie boją, coś je do mnie zniechęca. Często się z tym spotykam. W pracy z kobietami właśnie zacząłem odkrywać ten fenomen. U Jadowskiej cały plan to były kobiety (operatorką była Małgosia Szyłak). Do tej pory, gdy kobiety rozmawiały, to był dla mnie całkiem inny świat, nie rozumiałem tego kodu. Kiedy pojawiałem się na planie „Dzikich róż”, to czułem się bardzo niezręcznie – nie wiedziałem, czy mogę sobie pozwolić na bycie „normalnym Michałem”, więc się zamknąłem w postaci. Niesamowite, że po miesiącu zdjęć, siedząc kiedyś w charakteryzatorni, zacząłem rozumieć, o czym one rozmawiają, co do siebie mówią. Zacząłem rozumieć świat kobiet. I to jest niesamowite! Potem, przy następnych produkcjach, gdzie planem rządziły kobiety, np. przy „53 wojnach” Ewy Bukowskiej, to ja już też rozmawiałem tym językiem. Zatem praca z kobietami dała mi niezwykle dużo.

    Jak dać sobie więcej wyzwań zawodowych, gdy zna się już smak udziału w „Kac Wawie” albo w filmie „Kochaj”? Ryzykujesz czymś, przyjmując takie role?

    To jest odwieczny problem: mieć co do gara włożyć, czy „bidować” i być artystą mieszkającym na poddaszu? Stworzyłem z żoną dom, dość dużą rodzinę, właściwie małe państwo, w którym chcemy przetrwać do starości, do końca życia. To nie są proste wybory – pokusy napływają ze wszystkich stron. Ale od momentu, kiedy pojawiły się dzieci, to się trochę przewartościowało. Już nie jest tak, że mogę sobie pozwalać na artystyczne rzeczy wyłącznie i mieć gdzieś to wszystko, co się dzieje wokół. Do niedawna nie interesowały mnie wywiady i to, co dzieje się wokół życia aktora. Natomiast teraz bywam niestety wręcz zmuszony, żeby brać w tym wszystkim udział.

     

    fot.: Tomasz Sagan

    Galeria
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Przeczytaj również
    Reklama
    reklama Anywhere