• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Jakub Milszewski

    Redaktor naczelny. Pisze głównie o muzyce i turystyce, o tym pierwszym również na blogu 140db.pl. Kiedyś zostanie gwiazdą rocka, ale póki co śpiewa w chórze. Poza tym fan komiksów i kolekcjoner płyt. Z wykształcenia kulturoznawca, ale niech to zostanie między nami.


    To miał być tekst o pozorach

    2018-03-11
    Kiedy wstałem dziś rano z łóżka, nie bez problemu i niechętnie, miałem już w głowie ten tekst. Wystarczyło go po prostu przelać na monitor komputera i gotowe.

    Chciałem napisać, jak to Bonson na albumie „Postanawia umrzeć” opisuje w brutalny, ale i przejmujący sposób historię walki ze sobą, z depresją, z „klubem 27”, z uzależnieniami zżerającymi nie tylko jego, ale i całą branżę muzyki rozrywkowej od zarania. Jak to ta płyta zdejmuje zasłonę oddzielającą blichtr gwiazd sceny, które iskrzą korzystaniem z życia na Instagramach i Facebookach, uśmiechają się i/lub robią groźne miny do fleszy aparatów, pokazują się w efektownych ciuchach i drogich samochodach oraz chwalą szczęśliwym życiem rodzinnym, od ich wewnętrznego gnicia, brudu, narkotyków i spacerów po gzymsie przepełnionych ochotą skończenia z tym wszystkim. Tekst miał nawet nosić tytuł „Pozory”, bo taki pasowałby jak ulał. Ale nagle, w kolejce SKM, którą jak co dzień jechałem do pracy, denerwując się na rosnące koszty wszystkiego przy jednoczesnych malejących przychodach, zdałem sobie sprawę, że po prostu opisałbym swoimi słowami to, o czym Bonson rapuje w utworze numer dwa na rzeczonej płycie. Utworze, który na dodatek nosi tytuł „Pozory”. Choć ambicje zawodowe wyrugowano ze mnie dawno, to nie jestem w stanie iść na aż taką łatwiznę. Musiałem sobie więc ten tekst poukładać na nowo.

    bonson-d-min

    Nagle mnie olśniło. Choć jestem bliski podpisania się własnym imieniem i nazwiskiem pod większością podszytych depresją historii, jakie opowiada na płycie Bonson (może za wyjątkiem tego, że nie szastam za bardzo kasą, bo jej nie mam, narkotyki mi nie smakują, nie mam też domu, dziecka i psów, które mógłbym wypuścić do ogrodu, tudzież, jak rapuje Bonson, „na ogród”), to tak naprawdę raper opisuje mroczną część nie tylko mojego żywota doczesnego, ale żyć nas wszystkich, tylko obserwowanych przez lupę. Jeśli kiedyś zachłysnąłeś się sukcesem, choćby niedużym, ale wyolbrzymionym przez znajomych w Internecie, jeśli zbyt wiele razy wzywało cię nocą miasto, jeśli na zewnątrz pokazywałeś, że jesteś chodzącym zwycięstwem nad przeciwnościami losu, a tak naprawdę całe twoje życie było w proszku, a w środku czułeś, że gnijesz i łapałeś się na tym, że kupujesz chleb krojony, bo boisz się, że nóż w twoim ręku mógłby posłużyć do zakończenia własnych zmagań – odbijesz się w tej płycie jak w lustrze. Co jest w gruncie rzeczy dziwne, bo Damian ewidentnie nie zamierzał pisać albumu uniwersalnego, a raczej bardzo osobisty, niczym skropiony łzami, krwią i rzygami pamiętnik z ostatnich paru lat. A mimo to odsłonił nam prawdę o nas samych w sposób dużo bardziej bolesny niż wszystkie „Dni świra” razem wzięte, bo pozbawiony krzywego zwierciadła, brutalnie wręcz bezpośredni. Bonson pokazał, że schowaliśmy się wszyscy razem za gombrowiczowskimi gębami, maskami, które pokazują nas w Internecie jako ludzi sukcesu, a tymczasem wszyscy jesteśmy wielkimi przegrywami, choćbyśmy nie wiadomo jakie mieli CV i ile zer na koncie. Dopóki nie nauczymy się zrzucać sztucznych wirtualnych przebrań i brać za bary z własnymi demonami i emocjami, każdego dnia podczas porannych ablucji będziemy postanawiali umrzeć.

    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Przeczytaj również
    Reklama
    reklama Anywhere