• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Monika Sobień

    Dziennikarka i scenarzystka. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego i Szkoły Wajdy. Lubi ludzi, a oni lubią do niej mówić. Od 13 lat z pasją słucha ich zawodowo, specjalizując się w wywiadach. I choć od dekady związana jest głównie z prasą kobiecą, to najlepiej wychodzą jej rozmowy z mężczyznami. Dlatego rok temu stworzyła portal WeMen.pl, w którym najciekawsi faceci w tym kraju opowiadają jej swoje historie.

    Jerzy Schejbal: Największa przyjemność w graniu

    2018-03-24
    Nie zamierza iść na emeryturę, bo aktorstwo konserwuje go lepiej niż odpoczynek. O rolach szwarccharakterów, w których reżyserzy lubią go obsadzać, mówi, że to miód na jego aktorską duszę. Ale 50-lecie swojej pracy artystycznej chce uczcić spektaklem o miłości. Bo w życiu wyszło mu i w pracy, i w domu.

    Panie Jerzy, w tym roku mija, nie wypominając panu wieku – mówię to z największą serdecznością – 50 lat na scenie. Minęło jak 50 lat czy jak jeden dzień?

    Rzeczywiście, to trochę minęło jak jeden dzień. Zorientowałem się parę lat temu, kiedy obchodziłem okrągły jubileusz urodzin, że lada moment nadejdzie też jubileusz pięćdziesięciolecia pracy. Ale to nie jest dla mnie okres do podsumowania tego, co zrobiłem, czy tego, co było. Myślę, że człowiek tak się poddaje i oddaje temu zawodowi, że nie liczy mijających lat. Pamięta się premiery, kolegów, pamięta się klimaty, anegdoty, pamięta się miejsca, w których się było i to jest najważniejsze. To jest ten czas. W nim zamyka się wszystko. Natomiast rzeczywiście, 50 lat to brzmi dumnie.

    A czy przez te 50 lat udało się panu utrzymać jakąś przyjaźń? Relację, która mimo funkcjonowania w tak specyficznym środowisku, przetrwała i była wsparciem?

    W tym zawodzie tak bardzo od siebie zależymy na scenie czy w filmie, że relacje, które się w tak zwanym „normalnym” życiu układają, u nas opierają się na trochę innych zasadach. W tym środowisku – a znam je dość dobrze – trudno o przyjaźnie, które polegają na tym, że ludzie się spotykają, jeżdżą na wakacje, spędzają wspólnie czas, chodzą do kina, rozmawiają o książkach. My na to po prostu nie mamy czasu. Oczywiście zdarzają się sytuacje, że ma się kogoś blisko, spoza kręgu zawodowego, ale to rzadkość. Mówię o takich przyjaźniach zewnętrznych, ale nie chcę tego uogólniać. Opierając się na własnym przykładzie, mógłbym na palcach jednej ręki wyliczyć osoby, z którymi potrafiłbym tak rzeczywiście szczerze rozmawiać o sobie, o tym czego potrzebuję, co mnie boli. A z drugiej strony nie wiem, czy mnie byłoby łatwo komuś pomóc. Aktorzy mają tak hermetyczną przestrzeń pracy, że dla wielu osób z zewnątrz jest szalenie trudnym zrozumieć, że nie możemy się spotkać w proponowanym czasie, bo akurat mamy próbę albo spektakl. Nie możemy pojechać razem na weekend, bo pracujemy, po prostu.

    schejbal_1-min

    Może to wynika z tego, że aktorzy są trudnymi ludźmi w relacjach? Już pomijając kwestię czasu i dostępności.

    Nie, myślę, że to tylko kwestia tego zaabsorbowania. No bo w końcu jesteśmy egoistami w tym, co robimy. Bardzo często nasze dzieci z tego powodu cierpią. Wiem, jak moje córki miały nas mało. I jak ja teraz nie mogę poświęcić wnukom tyle czasu, ile bym chciał, bo jestem aktywny zawodowo. I to zawołanie, które tak pięknie brzmi – „dziadeeeek” – zdarza się rzadko, bo brakuje czasu. Zresztą dzieci teraz też są bardzo zajęte – mają zajęcia z języków, sportowe, artystyczne, w związku z czym mijamy się.

    Czyli to nie jest tak, że z latami wzrasta potrzeba, by jednak mniej w pracy, a więcej w domu, z rodziną, ze znajomymi?

    No właśnie nie. Ciągle mam głód grania. To znaczy, mówię o sobie, ale widzę, że większość moich kolegów ma tę przypadłość, że do końca jest bardzo zaangażowana w pracę... Bo to nie jest zawód, w którym się idzie na emeryturę. Tutaj nie ma takiej potrzeby.

    W takim razie jak wam się udało utrzymać, w sensie emocjonalnym, rodzinę? Tym bardziej, że jesteście aktorskim klanem. Pana żona jest aktorką, córka też. Mając taki układ w domu, to jest chyba ekstremalnie wymagające.

    Bardzo trudne. Ale z tego co zdążyłem się zorientować przez lata – wiele takich rodzin było. Specyfika tego zawodu prowadzi też do tego, że te rodziny, jeżeli utrzymują się jako rodziny, są bardzo ze sobą zżyte. Dzieci z takich rodzin często bardzo szybko przesiąkają magią teatru. Przecież bardzo często jak nie było gdzie i z kim zostawić córek wieczorami, to się je zabierało do teatru. I ten teatr był ich drugim domem. A tam było mnóstwo „cioć” i „wujków”, którzy opiekowali się nimi w międzyczasie, gdy my byliśmy na scenie. I one dorastały w takiej atmosferze. Faktem jest też, że dzieci z takich aktorskich rodzin szybciej uczą się samodzielności. Co prawda, doskonale pamiętam momenty, kiedy wychodziliśmy z żoną do teatru i mała Magda się rzucała i mówiła „Nie puszczę was, nie opuszczajcie mnie!”. Serce się krajało, ale trzeba było wyjść, zostawić dziecko pod czyjąś opieką. Ale gdy córki trochę podrosły, szybko zaakceptowały to, jaki rodzice mają zawód i były bardzo samodzielne.

    A to, że tylko Magda wybrała drogę aktorską, to właśnie dlatego, że jej się to w końcu spodobało, a Kasia miała, nie chcę użyć słowa trauma, ale rodzaj silnej niechęci?

    Paradoks tej sytuacji polegał na tym, że to Magda jako dziecko „nie trawiła” teatru, który nas jej zabierał, a Kasi to się w gruncie rzeczy bardzo podobało. Przesiadywała na proscenium i gapiła się jak gramy przedstawieniach. Po czym zdarzyło się odwrotnie: Magda wybrała ten zawód, notabene przez przypadek, bo przecież studiowała socjologię, ale zdarzyła jej się przygoda z filmem i już w to wsiąkła. Natomiast Kasia skończyła psychologię i chociaż też od czasu do czasu dostawała propozycje aktorskie ze względu na pewną naturalność i urodę, to zdecydowała, że nie wchodzi w to.

    Jako doświadczony wykładowca w szkołach teatralnych szybko się pan orientował, który ze studentów ma predyspozycje psychiczne do tego zawodu, a kto się powinien jeszcze zastanowić nad obraną drogą?

    To się bardzo zmieniło na przestrzeni lat, kiedy prowadziłem zajęcia i we Wrocławiu i potem tu, w Warszawie. Zmiana wynika z presji czasu, w którym żyjemy. Kiedy zaczynałem uczyć, to były lata osiemdziesiąte i tamci młodzi ludzie pochodzili z innej przestrzeni emocjonalnej. Nie było jeszcze Internetu, nie było tego szumu informacyjnego. Studenci byli bardziej skupieni na tym, kim chcą być, co chcą robić, mieli mniejszy dostęp do tego, co na przykład w tej chwili ich bardzo kusi i, nie chcę powiedzieć, że demoralizuje, ale robi im krzywdę, np. zbyt wczesna praca w serialach. To było zupełnie inne pokolenie. Staram się być na tyle komunikatywny w rozmowach z nimi, w proponowaniu im technik, materiału, żeby pomóc im być dobrymi aktorami w przyszłości. Ale mimo wszystko, gdzieś ta komunikacja na łączach zaczyna się przerywać. Oni mają już zupełnie inne oczekiwania, często są bardzo roszczeniowi.

    schejbal_2-min

    Odrzucają autorytety? Są najmądrzejsi?

    Niestety tak. Poza wszystkim – i muszę to powiedzieć z przykrością – obecni studenci bardzo często bywają aroganccy w komunikacji z profesorami.

    Ale przecież tak trudno się dostać do szkoły teatralnej i tak łatwo z niej wylecieć. Czy już nie tak łatwo?

    Nie tak łatwo.

    To może dlatego? Może trzeba wprowadzić większą dyscyplinę w tym zakresie?

    Zawsze uważałem, że przesiew powinien być dużo większy, ale to jest bardziej skomplikowany problem. Nie wnikajmy, dlaczego.

    Ale, krótko mówiąc, czy jest tak, że te predyspozycje psychiczne, emocjonalne do bycia aktorem można już rozpoznać na początkowym etapie szkoły?

    Kiedyś można było łatwiej wychwycić kogoś, kto jest słabszy psychicznie. W tej chwili jest o tyle gorzej, że przychodzi pewna część młodych ludzi, która ma taką energię i takie parcie, za przeproszeniem, na szkło. I to oni są dominującą grupą w tej małej społeczności jednego rocznika. Natomiast kiedyś było tak, że ci, którzy potem dorobili się właśnie tak zwanej kariery, dochodzili do tego dłużej. Nie byli tak agresywni, ekspansywni w tym, co robią, ale dopracowywali się swojego powoli, bardziej nastawieni, aby się czegoś nauczyć. Teraz chcą natychmiast być gwiazdami. Oczywiście, zdarzają się bardzo utalentowani ludzie, którzy nie mają ciśnienia na bycie celebrytą. To byłoby krzywdzące, gdybym generalizował. Ale jest taki problem ogólny. Zresztą, o tym się bardzo często rozmawia w gronie pedagogów. Są próby wypracowania nowych metod, które też będą spójne z tym, jak w tej chwili funkcjonuje teatr, w jakim kierunku zmierza.

    Kiedyś pan powiedział, że teatr musi trzymać poziom, ale to widz musi też być inteligentny.

    Zgadza się.

    A teraz, jak pan gra, to czuje pan tego widza? Nadal jest inteligentny, czy jest inteligentny inaczej?

    To ładne określenie – inteligentny inaczej. Rzeczywiście, widz w tej chwili jest mniej wykształcony. Ja rozumiem, że to są takie czasy, że ludzie są zmęczeni, potrzebują odpoczynku, idą do teatru, żeby się odprężyć i w związku z tym potrzebują lżejszego repertuaru. Niestety bywa tak, że teatry tym gustom bezrefleksyjnie schlebiają, zapominając o tym, że istnieje – cokolwiek to znaczy – funkcja edukacyjna teatru, która kiedyś była...

    schejbal_4

    Podstawową i nadrzędną.

    Właśnie. A w tej chwili teatr jest pogubiony w tym wszystkim.

    Czuje pan czasami, że gra trochę w próżnię, że nie ma odbioru, że publiczność nie rezonuje?

    Bywa tak. I są to momenty dojmujące. Słyszy się czasami odbiór widowni i wie się, że ta widownia jest kompletnie nieprzygotowana do tego odbioru, reaguje bardzo powierzchownie, wyłącznie w warstwie informacyjnej.

    Tylko co to znaczy, że widz powinien być przygotowany? Co on miałby zrobić przed spektaklem? Czy to raczej chodzi o to, co powinien był zrobić dwadzieścia lat wcześniej?

    Ja pamiętam swoje doświadczenia, takie pierwsze teatralne... Po prostu byliśmy przygotowywani do tego, żeby uczestniczyć w życiu kulturalnym. Szkoła naprawdę wtedy edukowała. Poza tym ludzie czytali, i to tę dobrą literaturę. Potem nastąpiła zapaść, która powoduje, że kiedy dziś gram na scenie „Wesele”, to czuję, że 3/4 widowni tego tekstu nie zna. Po prostu nie zna. Nie mówiąc już o innych dramatach, na przykład Szekspira...

    Można się od tego odciąć, zrobić swoje i jest dobrze?

    Czasami jest to przykre. Rozmawiamy o tym potem w garderobie. Komentujemy tego typu odbiór sali. Żyjemy w takich czasach, w jakich żyjemy i musimy próbować z tym w jakiś sposób walczyć, rzetelnie uprawiając swój zawód. Po prostu.

    Uprawiać, czyli przyjmować nowe wyzwania. Za chwilę w telewizji CANAL+ nowy serial z pana udziałem – „Kruk. Szepty słychać po zmroku”. Znów gra pan szwarccharakter.

    Tak, i bardzo mnie to cieszy. To jest sam miód zagrać taką rolę. Bardzo czekam na premierę tego serialu, jestem ogromnie ciekawy efektu. Ogromnie się też cieszę, że pracowałem z Maćkiem Pieprzycą. To było moje drugie z nim spotkanie. To wyjątkowo wrażliwy, świetnie pracujący z aktorem reżyser. A oprócz serialu „Kruk. Szepty słychać po zmroku” niedawno skończyłem też piękny projekt na podstawie życiorysu Simony Kossak.

    schejbal_3-min

    Teatr Telewizji?

    Tak. Gram jej ojca, czyli Jerzego Kossaka. Piękny, klimatyczny spektakl w reżyserii Katarzyny Łęckiej z niezwykłą scenografią. Cieszę się bardzo, że Teatr Telewizji jakoś się reaktywuje, bo to takie medium, które też edukuje. A skoro mówimy o wyzwaniach, to mogę też zdradzić słowo o projekcie teatralnym, który jesienią będzie się realizował, właśnie na okoliczność mojego jubileuszu. Dostałem piękny tekst. Jestem po rozmowach z jedną z reżyserek, bo chciałbym, żeby to reżyserował reżyser filmowy, nie teatralny. To jest tak kameralna rzecz, że wymaga nieco innego spojrzenia na aktora w teatrze.

    O czym to tekst?

    Rzecz dzieje się między mężczyzną, który ma 75 lat i kobietą, która ma 45 lat. Dwoje samotnych ludzi. Spotykają się.

    Czyli o miłości.

    O miłości, ale przede wszystkim o samotności, braku drugiego człowieka wokół. W tej chwili ta sztuka jest grana na West Endzie. Ma wielkie powodzenie. My będziemy mieli premierę w połowie listopada na Kameralnej Scenie Teatru Polskiego. Bardzo na to czekam i cieszę się, bo to wyjątkowa rola. Dwie wyjątkowe role. Wspaniałe.

    Na koniec jeszcze chciałam pana zapytać o seriale, bo rozmawialiśmy o „Kruku”. To jest serial z gatunku premium, ale pan też nie bał się telenowel...

    Tak, niedługo wejdzie nowa transza serialu „Rozlewisko”. On cieszy się dużą popularnością w przedziale wiekowym 45+ i ma wdzięczną publiczność, która tak zaakceptowała i postaci, i temat, że z wielką przyjemnością brałem w tym udział. Zresztą żyje w nas pamięć Małgosi Braunek, więc robimy to też trochę jakby dla niej. Za to, że tak długo z nami była i tak się z nią wspaniale pracowało. To, co przeżywaliśmy wspólnie z nią na planie... Ja wcześniej jej nie znałem i byłem w szoku, ponieważ wyidealizowałem sobie trochę jej wizerunek, a okazała się być równą kumpelą. Wspaniała kobieta, wspaniała aktorka.

    I to jest dowód na to, że najpiękniejsze spotkania przytrafiają nam się zupełnie przypadkowo, niespodziewanie...

    To jest w tym zawodzie fantastyczne, że zaskoczenia czekają na nas na każdym kroku. Dlatego też powtarzam moim młodszym kolegom, żeby byli cierpliwi i nie wpadali w panikę. U większości aktorów jest czas, gdy telefon nie dzwoni, nic się nie dzieje, a potem jedna propozycja, druga, trzecia. Później znowu nie ma nic i jest czarna rozpacz, nikt nie dzwoni, aż tu nagle... Więc to są takie zaskoczenia, które też podbudowują psychicznie. Jak człowiek jest młody, to jest niecierpliwy, ale po wielu latach, jak rozmawiam z młodymi kolegami, to mówię im: „Nie denerwuj się, spokojnie, co ma być, to będzie. A wiesz, jaki będziesz zaskoczony, kiedy przyjdzie taka propozycja genialna?” I to jest wspaniałe właśnie, bo nieprzewidywalne.

     

    fot.: Michał Buddabar

    Galeria
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere