• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Aleksandra Budka

    Wymarzyła sobie, że zawodowo będzie słuchać muzyki. Dziś nie tylko muzyki słucha, ale też o niej opowiada i pisze. Pasjonatka radia i klimatu retro, kolekcjonerka płyt, okularów i torebek. Od wielu lat związana z radiową Trójką. Fanka Grzegorza Ciechowskiego, przez co jej serce jest z pewnością biało-czarne. Kawę zaś pije zawsze białą.


    Teksty/muzyka/Leski

    2018-02-08
    Jak, opisując album o takim ładunku emocjonalnym, wyzbyć się emocji? Jak oddzielić swoje myśli od tego, co miał na myśli autor? Słuchałam nowego albumu Leskiego i uwierzcie mi - to, co teraz wylewam z siebie przy pomocy przycisków na klawiaturze komputera, nie jest proste do ujęcia w słowach.

    Tytuł albumu, którego zdradzać póki co nie mogę (ale mogę napisać, że zaznaczyłam przy nim 3 wykrzykniki oznaczające wielką aprobatę), nie tyle narzuca tok myślenia o nim, ile lokuje w konkretnej rzeczywistości. Oto stan zakochania ze „.splotu” – debiutanckiej płyty Leskiego, przeobraża się w dojrzałe uczucie. A to nie jest ani łatwe, ani też – o zgrozo – do końca przyjemne.

    Pusty pokój i kawa. W takich, przypominających domowe zacisze okolicznościach przyszło mi słuchać nowego materiału Leskiego, specjalisty od wypełniania pustych przestrzeni w głowie i w sercu. 11 utworów, które znajdą się na nowym albumie to podróż przez miłość. Podróż pełna dziur w asfalcie, stromych poboczy, podróż przez grad, śnieg i łzy. To jednak podróż, na końcu której widać światło nadziei. I ten pokój, okrągły stół i kawa były świadkami wybuchu emocji z głośników rezonujących w głowie słuchającej i opisującej to zjawisko.

    Album rozpoczyna się tam, gdzie zakochanie zastąpione zostaje przez realia odarte z wyniosłych poetyckich słów, z obietnic szczęśliwego życia, z wiary w to, że miłość uniesie największe ciężary. To ten moment, kiedy miłość zaczyna się psuć, kiedy jest cierpka, pomarszczona i wymagająca, kiedy idylliczne obrazy nikną na horyzoncie. I już podczas pierwszego utworu pomyślałam: jak gorzka jest ta kawa, którą przyszło mi dziś pić. A gdybym miała słuchać tego albumu po raz pierwszy w tłumie, rozszarpałabym biedaków na strzępy, bo tłum odebrałby swobodę wyrażania niepokoju i smutku, które rysowały się na twarzy, a które musiałabym ukrywać pod maską neutralnego słuchacza. Musiałabym udawać, że przecież wszystko jest w porządku, że to tylko odsłuch płyty, jakich wiele na rynku. Otóż nie. Ani takich płyt na rynku wiele, ani takich emocji, ani też szarość za oknem od dawna nie była tak intensywna, mimo panoszącego się już na dobre w Warszawie smogu. I też wielkie miłości nie przydarzają nam się na co dzień. A o tym właśnie jest ten album.

    Każda miłość jest pierwsza. Ale jaka ta miłość toksyczna. Jaka smutna. Jaka przygnębiająca. Leski rozdrapuje rany, podlewa je alkoholem wymieszanym z brudem i potem i czeka na reakcję. Mówi: sprawdzam. Pyta: czy wasza relacja jest prawdziwa? Czy nie pozorujecie szczęścia? Czy nie tęsknicie za czasami, kiedy miało się szesnaście lat i na ustach wspomnienie pierwszego pocałunku?

    Leski to wcale nie taki uroczy chłopak z gitarą. Jest momentami wściekły, jest arogancko uszczypliwy, czepia się szczegółów. Przez to jest jeszcze bardziej intrygujący niż przy debiutanckiej płycie. Zadaje niewygodne pytania i zmusza do myślenia. Uświadamia? Raczej uchyla drzwi do szafy, w której smętnie zastygł trup. To wszystko jest szalenie oczyszczające.

    Choć najnowsza płyta mówi o rozczarowaniach, nikt nie powinien mówić o rozczarowaniu tą płytą. Bo to znakomity album, który namiesza nam w letnich drinkach pitych w knajpianych ogródkach. Na mieście będą o nim krążyły plotki. Wstydem będzie nie znać Leskiego i tej płyty. Kiedy muzykę tworzy się dla rozrywki i towarzystwa, Leski stworzył płytę w jednym – pierwotnym dla muzyki – celu. Do słuchania. Może mniej w niej melodii, a więcej treści. Choć muzycznie nie ma się do czego przyczepić, największym atutem albumu są teksty, w których każdy będzie mógł się przejrzeć. A to, co zobaczy, będzie zależeć tylko od niego. Podczas gdy pierwszy album unosił słuchacza do chmur, bo skupiał się na wolności uczuć i tworzenia, ten niebezpiecznie przyciąga ku ziemi. To już nie jest muzyka marzyciela, choć to wciąż folkowe granie. I kiedy na „.splocie” marzenia ograniczały się do warstwy tekstowej, tu marzenia przybierają raczej postać nowych rozwiązań aranżacyjnych. Przez to album wypełniony jest nie tylko występującą na pierwszym planie gitarą. A propos odwagi. Leski odważył się także na sporą nutę empirycznej przyjemności. Wcześniej serwował nam jedynie niedopowiedzenia, na nowej płycie wątek bezwstydnie się rozwija.

    Na tej płycie nie ma hitu, bo życie nie jest hitem. A to album do cna życiowy, odarty z iluzji. Ta płyta to PRAWDA. A o nią przecież tak trudno w dzisiejszych czasach. Nie ma też czegoś takiego jak „zbyt trudny materiał”, nowy krążek Leskiego jest jednak dojrzalszy, bardziej wymagający, przemyślany w każdym szczególe. I ten błękit ze „.splotu” już mniej błękitny i przysłonięty chmurami. A ten mrok wynosi album Leskiego do rangi wybitnych. Wspomnicie moje słowa.

    Temat miłości w muzyce nigdy się nie wyczerpie, bo miłość każdemu ciśnie się na usta i serce. I nawet jeśli miłość umarła, nadzieja jeszcze nieźle się trzyma. Leskiemu gratuluję, a słuchaczom zazdroszczę tego, że wkrótce usłyszą ten album po raz pierwszy. Gdyby tak dało się ten pierwszy raz powtórzyć…

     

    fot.: Monika Szałek

    Reklama
    reklama Anywhere
    Przeczytaj również
    Reklama
    reklama Anywhere