• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Dawid Dróżdż

    Reprezentant łódzkiego filmoznawstwa. Miłośnik Kieślowskiego, Jarmuscha i Saury. Kino uważa za najlepszy pretekst do rozmowy o świecie. Wychowany na poruszającej muzyce Björk, fali Małyszomanii i autorytecie Cordella Walkera, dzięki czemu sentyment budzą w nim melancholijne skandynawskie dramaty, opowieści o małych bohaterach i sztampowe seriale z lat 90.


    Poemat na pocztówce – recenzja filmu "Tamte dni, tamte noce"

    2018-02-07

    Kiedy na planie filmu dochodzi do spotkania mistrza filmowego liryzmu z kinowym estetą wiemy, że czeka nas wyprawa zwiastująca emocjonalne turbulencje. „Tamte dni, tamte noce” Luci Guadagnino i Jamesa Ivory’ego są jak poruszający poemat napisany na pocztówce z zapierającym dech w piersiach widokiem na północne Włochy. Tego filmu nie wystarczy zobaczyć, ten film trzeba przeżyć.

    Jest rok 1983. Do małego miasteczka w północnych Włoszech przyjeżdża stypendysta Oliver, przygotowujący swój doktorat pod okiem gospodarza willi, w której się osiedla - profesora Perlmana. Męska wersja Maleny, podobnie jak bohaterka filmu Tornatore, wzbudza wśród mieszkańców zainteresowanie przeradzające się w fascynację młodych dam oraz… nastoletniego syna profesora – Elio. Doświadczający swoich pierwszych seksualnych uniesień wątły chłopiec wraz z zawarciem dwuznacznej przyjaźni z Oliverem staje się mężczyzną w pełni świadomym swoich pragnień.

    Call_me_by_your_name_2-min

    Guadagnino wprowadza nas w odrealnioną idylle beztroskich mieszkańców willi, spędzających wolny czas na kontemplowaniu antycznych rzeźb, czytaniu poezji czy interpretacji kompozycji Bacha. Oglądając film mamy jednak wrażenie, że podobne miejsce odwiedzaliśmy niejednokrotnie i nie chodzi tu o wycieczki krajoznawcze, lecz emocjonalne wędrówki po naszych zmysłach. Już we wstępie reżyser pozostawiając bezimienność miejsca, w którym toczy się akcja filmu sugeruje jego uniwersalność. „Tamte dni, tamte noce” rozgrywają się w wyobraźni, zarówno bohaterów jak i widzów, będąc interaktywnym kanałem łączącym nasze przeżycia z tymi, których doświadczają kochankowie.

    Guadagnino maluje swój filmowy obraz z dbałością o każdą kreskę i barwę, pozwalając napawać się jego wyjątkową fakturą. Niczym mistrz filmowej ceremonii celebruje każde zmysłowe spojrzenie, subtelny dotyk czy nieśmiały uśmiech naddając im wartość emocjonalną. Akcja nie nuży jednak swoją flegmatycznością. Wręcz przeciwnie – jej tempo pozwala coraz mocniej zaangażować widza w rozwijający się „zakazany” romans. Żadna ze scen nie znalazła się w filmie bezpodstawnie. Guadagnino umiejętnie definiuje bohaterów nawet poprzez tak trywialne czynności jak łapczywe picie soku odzwierciedlające pewność siebie i bezkompromisowość Olivera. Dzięki temu „Tamte dni, tamte noce” stają się perwersyjną igraszką między nami a bohaterami. W kulminacyjnych momentach uwznioślenia kamera ostentacyjnie „gubi” jednak kochanków, jakby chcąc pozostawić im skrawek intymności, a nam pole do puszczenia wodzy fantazji, bo jak zdaje się mówić reżyser – film nie jest w stanie oddać tak silnych emocji – może jedynie przywołać niektóre z nich, które drzemią w naszych wspomnieniach. Ów solipsyzm koresponduje z tytułowym (oryginalny tytuł „Call me by your name”) motywem, będącym doskonałą metaforą wyidealizowanego obrazu miłości. Tworzymy go tylko i wyłącznie we własnej wyobraźni, co sprawia, że miłość do drugiej osoby jest poniekąd miłością własną.

    callmebyyourname-min

    Również homoseksualizm w „Tamtych dniach, tamtych nocach” jawi się jako problem pozostający w sferze wyobrażeniowej. Guadagnino demaskuje wpływ kulturowych konwenansów na wolność jednostki. Liberalne środowisko klasy wyższej, w której obracają się bohaterowie dowodzi, że odmienność definiowana jako coś zakazanego jest przede wszystkim barierą psychiczną. Społeczny ostracyzm nie spotyka ani głównych bohaterów, ani wystawionych na pokaz odwiedzających willę wujków Elia. Jak podkreśla reżyser – powracający przy okazji „grzechu” wstyd nie powinien mieć więc miejsca, tak jak ucieczka przed bólem po stracie. Łzy bowiem to świadectwo miłości, a cierpienie to nic innego jak pielęgnowanie pamięci o niej. Guadagnino wykłada swe racje w sposób wyjątkowo subtelny, dzięki czemu nie razi nawet schematyczność historii, którą znamy przecież z innych dzieł filmowych czy literackich.

    Jak mawiał Stendhal: „szczęście to jest to, czego prawdopodobnie nigdy nie osiągniemy, ale na szukanie go warto poświęcić życie” – nawet jeśli pozostanie po nim jedynie ból. Warto więc przeżyć tę historie wspólnie z bohaterami „Tamtych dni, tamtych nocy”, nie wstydząc się łez, które z pewnością podczas seansu spłyną po niejednym poliku.

    „Tamte dni, tamte noce”, reż. Luca Guadagnino, dystr. United International Pictures Sp. z o.o.,

    premiera 26 stycznia 2018

    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Przeczytaj również
    Reklama
    reklama Anywhere