• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Magdalena Juszczyk

    Dziennikarka radiowa i telewizyjna. Zaczynała w Radiu Jazz z serwisem kulturalnym "HeyNow na miasto". Potem było Radio PiN, codzienny "Kalkulator kulturalny" i wywiady z osobowościami świata kultury. Radiowa Dwójka stała się na kilka lat miejscem jej cotygodniowych spotkań z twórcami w cyklu "W Dwójce raźniej". Za emitowany w Telewizji Kino Polska "Program obowiązkowy" nominowana była w 2017 r. do nagród PISF-u. Ma maturę, magistra, kartę mikrofonową i prawo jazdy kategorii B. Lubi rowery z RFN-u, stylowe motocykle wraz z ich jeźdźcami, a do szybowca wsiada na jedno zawołanie.

    Ryszard Horowitz: Surrealista fotografii

    2018-02-04
    Specjalista od efektów specjalnych w fotografii sprzed ery cyfrowej i współtwórca języka współczesnej fotografii. Igrając z perspektywą, bywał rewolucjonistą i buntownikiem. Ryszard Horowitz nigdy nie zapominał jednak o poprzednikach w sztuce. Jego droga do fotografii wiodła przez malarstwo. Wielbiciel muzyki i muzyk fotografię postrzega niczym kompozycję muzyczną. Technologia to dla niego instrument i środek do wyrażania własnych wizji.

    Zanim przejdziemy do najważniejszej sprawy, czyli do sztuki fotografii, to chciałabym nawiązać krótko do kina. Na festiwalu Camerimage byłam świadkiem spotkania z operatorami "Dekalogu" Krzysztofa Kieślowskiego. Sławomir Idziak powiedział tam coś, co zapamiętałam: on się ukształtował jako artysta dopiero wówczas, gdy się uwolnił od konieczności naśladowania innych. A więc ten element uwolnienia, a jednocześnie znalezienia własnego języka, jest chyba w życiu artysty rzeczą najtrudniejszą. Czy można w pana życiu odnaleźć moment, kiedy zdefiniował pan tę potrzebę własnego języka?

    Do pewnego stopnia, zgadzam się z tym, co powiedział Sławek, ale muszę podkreślić, że ja wierzę w kontynuację.

    Pan to często podkreśla.

    Tak, i nie ukrywam wpływu wielkich mistrzów. Wychodzę z założenia, że nikt nie jest w stanie stworzyć od podstaw czegoś absolutnie nowego. Jeśli ktoś myśli, że coś takiego robi, to po prostu się okłamuje. Dla mnie momentem najważniejszym jest chwila, kiedy człowiek po prostu przestaje myśleć o sprzęcie, przestaje myśleć o tym, jakie narzędzia są potrzebne do realizacji jakiegoś projektu, jakiejś historii i koncentruje się wyłącznie na koncepcie, a nie na tym, jak zrealizować go od strony technicznej. Trzeba po prostu opanować technologię, opanować instrument do takiego stopnia, że staje się on rzeczą, w cudzysłowie, nieistotną. Chodzi o to, by tak jak muzyk, gdy bierze w ręce instrument, nie zastanawiać się, który klawisz nacisnąć. Ze sprzętem fotograficznym jest tak samo jak z pędzlem, farbami, kamerą, czy czymkolwiek. W tej chwili ludzie nie myślą w ten sposób, ponieważ wszystko im się daje jak na tacy. Stwarzana jest iluzja, że oto dostają niesamowitą moc. Wraz z nią zyskują niesamowitą arogancję, że nie trzeba się uczyć, poznawać, że jest rzeczą nieistotną, na czym to polega, jak funkcjonuje. Młodzi w tej chwili w ogóle nie wiedzą, jak funkcjonuje aparat, jakiej ogniskowej obiektywu należy użyć do pewnego rodzaju efektu itd. To są kwestie zupełnie dziś nieistotne, a szkoda, bo to jest narzędzie, które trzeba w optymalny sposób wykorzystać do zrealizowania jakiejś wizji.

    horowitz_1-min

    A mnie zastanawia pana podejście - na ile bierze się ono z kształcenia w ASP w Krakowie, a na ile jest prawdą zweryfikowaną w Stanach? Kiedy taka wierność poprzednikom się w panu narodziła?

    Wierzę w wykształcenie i edukację. Zawsze ciepło wspominam młode lata spędzone w Krakowie - w Liceum Sztuk Plastycznych, czy w Akademii, ale koniec końców sami odpowiadamy za to, co robimy. W odpowiednim momencie życia możemy zyskać pewnego rodzaju fundament, taką bazę wiedzy: na czym polega plastyka, poczucie piękna, estetyki, jak ważny jest kolor, kompozycja, światło. To wszystko może zostać zaszczepione w młodym człowieku i stać się częścią jego natury, stać się podstawą dla tego, że robi się coś w ten czy inny sposób. Ale to nie wszystko. Każdy z nas ma jakieś osobiste podejście do sprawy. Niektórzy są szczęśliwcami, bo rodzą się z talentem. Zawsze uważałem, że tzw. sztuki nie można się nauczyć, albo człowiek to ma w sobie, albo nie, ale w grę wchodzi też sprawa podejścia do rzeczy, właśnie do kwestii oddawania szacunku tym poprzednikom, którzy w jakiś sposób ułatwiają nam pracę. Patrząc na ich dzieła uczymy się i czerpiemy inspirację. To nie znaczy, że należy dosłownie kopiować, ale wielu wielkich artystów malarzy z przyjemnością i z wielkim pietyzmem kopiowało poprzedników, interpretując ich prace, oddając im przy tym wielki szacunek.

    Myślę też o tych czasach, kiedy udał się pan na emigrację, i o tych światach, które musiał pan tam odkrywać, które pan zdobywał. My dzisiaj w Polsce jesteśmy w stanie sobie jakoś wyobrazić tamte realia, ale kiedy opuszczał pan kraj, to o tych przestrzeniach, w które pan wchodził jako artysta, nie mieliśmy pojęcia. Myślę tutaj o języku reklamy. Dziś łatwiej nam odczytywać pana prace jako twórcy nowego języka w świecie reklamy, ale wtedy, wydaje mi się, były one zupełnie niezrozumiałym dla nas przekazem. Swoją drogą, spotykamy się tu dziś przy nowym projekcie, stworzonym dla reklamy. Na ile patrzy pan na swoje nowe prace zrealizowane dla Forda z przymrużeniem oka?

    Muszę podkreślić, że ja od samego początku patrzyłem na świat reklamy z przymrużeniem oka.

    horowitz_5-min

    Pierwszy raz współpracował pan z Fordem w latach 80. Nie padł pan tam wtedy na kolana?

    Absolutnie nie. Byłem uważany za dziwoląga.

    Miał pan charakter.

    Niektórzy ludzie w ogóle nie wiedzieli, o co tam chodzi. Byłem inny, poruszałem się w zupełnie innych światach, operowałem zupełnie innym językiem. I patrząc na to z perspektywy, muszę powiedzieć, że mi to bardzo pomogło. Połączenie tradycji i wykształcenia, które zyskałem dzięki profesorom takim jak Adam Hoffmann, którego nazywaliśmy Dürerem, a który dawał nam szkołę, zmuszał nas do kopiowania mistrzów. Znalazłem się w tym kotle, jakim jest Nowy Jork. To mieszanina różnych kultur, ale i miejsce z zupełnie innym podejściem do rzeczywistości, innym spojrzeniem na świat. Właśnie dzięki mojemu zapleczu nie zostałem kompletnie podmyty, nie zmuszono mnie, żebym funkcjonował wyłącznie w kontekście tamtych realiów, tylko zezwolono mi na znalezienie jakiegoś sposobu, by połączyć moją przeszłość z teraźniejszością. I tu rzecz bardzo ciekawa. Szef artystyczny, z którym pracowałem nad kampanią Forda w latach 80., zadzwonił do mnie któregoś dnia i powiedział: cześć, jestem w Nowym Jorku i chciałbym się z tobą spotkać. Straciłem z nim kontakt przed wieloma laty. Przyszedł do mnie do studia, gadamy i on mówi: - Słuchaj, muszę powiedzieć ci coś, czego nigdy nie mówiłem. Ty sobie nawet nie zdajesz sprawy, jaki miałeś wpływ na mnie. - Ja miałem wpływ? - No tak! Bo patrzyłeś na wszystko inaczej, pomagałeś nam spojrzeć z innej perspektywy. Odpowiedziałem, że głupio mi tego słuchać, choć zapewne coś w tym jest. Nigdy nie chciałem jednak nikomu mówić, co należy robić, jak trzeba robić...

    horowitz_3-min

    Albo burzyć jakiegoś zastanego świata.

    Tak, tak. Ale ponieważ zrobiłem tam wtedy trochę zamieszania, to dałem im inne punkty odniesienia. Przez to zaczęli myśleć zupełnie inaczej i to zachęciło ich do dalszej współpracy ze mną. Bo to, co dla nich wtedy robiłem, było czymś zupełnie innym, zupełnie nowym. Dla mnie niezwykłą przyjemnością było nie tylko to, że chcieli ze mną rozmawiać, ale też to, że darzyli mnie szacunkiem i zainteresowaniem. Dawali mi zlecenia do wykonania i nie bali się tego, że to, co zrobię, będzie inne. Jeśli jednak znów spojrzymy na to jak na reklamę, to powiedzmy sobie szczerze, chodzi w niej o to, żeby pokazać coś nowego, żeby odbiorca zwrócił uwagę na produkt, zapamiętał go.

    Wierzy pan w to, że to nadal byłoby możliwe w tych czasach w których żyjemy? Nie wprost opowiadać o towarze, produkcie reklamowanym? Czy to jest dla współczesnego odbiorcy reklamy możliwe do odczytania, czy trzeba jednak schlebiać najprostszym gustom, albo iść, razem z tym widzem, na jakąś łatwiznę?

    Na szczęście mnie to nigdy nie interesowało i miałem na tyle samozaparcia, żeby umieć się   z tym pogodzić, walczyć o swoje własne potrzeby, prawa, a nigdy nie chciałem robić rzeczy tuzinkowych. Nie chciałem koncentrować się tylko na fotografowaniu konkretnych przedmiotów, zawsze szukałem sposobów wprowadzenia własnej wizji do tego co robię, jednocześnie szanując przy tym zdanie innych osób. Koniec końców, gdy robi się coś dla kogoś, to wiadomo, że zawsze jest to pewnego rodzaju kompromis, umowa. Dla mnie kompromis nie jest czymś tak strasznie negatywnym, jak dla wielu ludzi, którym się wydaje, że absolutnie nie wolno, trzeba obstawać przy swoim, pod żadnym pozorem nie można odpuszczać. Od zawsze wszyscy idą na kompromis. Ci najwięksi, ci giganci sztuki też.

    Mniej lub bardziej się do tego przyznając...

    Niektórzy się przyznawali, niektórzy nie, ale takie są fakty. Czytając biografie mistrzów renesansu, znaleźć można wiele ciekawych anegdot dowodzących tego, że ci wielcy, do których się teraz niemal modlimy, byli pionkami w rękach różnej maści mecenasów, płacących za tę ich twórczość straszne pieniądze. Dla tych pieniędzy trzeba się im było w jakimś stopniu poddać. Nie odbierało to jednak znaczenia i wielkości tego, co ci artyści sobą reprezentowali.

    Ale proszę mi pozwolić myśleć o panu jako o buntowniku, skoro jest pan reformatorem, skoro wprowadził pan swoje zasady, inne, odmienne i zostały one uszanowane. To jest szlachetne bardzo buntowanie się, prawda? Z poszanowaniem tych cudzych rygorów.

    To brzmi bardzo sympatycznie, ale to nie tylko moja zasługa. Pojawiając się w Nowym Jorku, znalazłem się na gigantycznym rynku - w przeciwieństwie do Warszawy czy Krakowa. Stałem się pyłkiem w całym tym uniwersum. Zrozumiałem też, że wystarczy, abym znalazł w tej masie ułamek jednego procenta zainteresowanych, i ten ułamek pozwoli mi przeżyć. A przy tym zostać sobą. Nigdy nie zakładałem, że to, co robię, będzie się wszystkim podobało. Kwestią fundamentalną jest zrozumienie, że człowiek nie musi podobać się wszystkim, że nie można zadowolić każdego. Ludziom się często wydaje, że muszą być akceptowani przez wszystkich... Otóż nie muszą! Oczywiście, każdy z nas, każda osoba twórcza lubi być jakoś chwalona, chce znaleźć bliskie sobie dusze, chce usłyszeć dobre słowo na temat tego, co robi. Na krytykę nie należy zwracać zbyt dużej uwagi, choć dobra krytyka jest czymś pozytywnym. To, że coś się komuś nie podoba, jest dobrym objawem. Najważniejsze jest to, żeby ludzie zwrócili uwagę, żeby nie przechodzili obok tego obojętnie, bez najmniejszego zainteresowania. Jeszcze innym credo w mojej pracy było i jest to, żeby nie produkować rzeczy nudnych. Może nie szokować od razu, ale chociaż coś "poprzewracać", żeby widz zwrócił uwagę, zastanowił się, znalazł własną interpretację. Podkreślam, że nigdy nie próbowałem przekonywać widza, żeby myślał i odbierał to, co robię, identycznie jak ja. Moje intencje są tu całkowicie drugorzędne. Chodzi o to, żeby ludzie nie przechodzili obok tej twórczości obojętnie, aby ona w jakiś sposób zaistniała.

    horowitz_2-min

    Trzeba mieć ten jeden niebagatelny element - talent. Chyba to jest klucz do wszystkiego?

    Tak, ale jest dosyć dużo talentów na świecie, z tym, że większość ludzi nie potrafi go wykorzystać. Sam talent nie wystarcza. Ciężka praca jest rzeczą podstawową. Trzeba nad sobą pracować i opanować cały ten mechanizm twórczy. Bo nie wystarczy, że mamy wspaniałe pomysły, że możemy cudownie je opisywać, trzeba jeszcze coś na papierze pokazać. Trzeba znaleźć sposób na komunikowanie się z ludźmi. Czy mówimy tu o malarstwie, o muzyce, o filmie, czy o fotografii, to dzieło nabiera znaczenia dopiero w momencie, gdy powstanie. To realizacja, czyli przekazanie myśli w sposób konkretny jest rzeczą podstawową. Nie gadanie, nie pianie na ten temat. Tak często spotyka się ludzi, którzy mają dobre intencje, mają naprawdę fantastyczne pomysły, ale nie są w stanie ich zrealizować. Powodów może być wiele. Nie mówię w tej chwili o sprawach finansowych oczywiście, stworzenie filmu, czy realizacja jakiegoś spektaklu jest rzeczą o wiele bardziej kosztowną i zależną od setek czynników. Ja sobie mogę tak gadać, bo mnie jest o wiele łatwiej zrobić zdjęcie, niż wyprodukować film. Mówimy tu o różnych dziedzinach. Gdybym nie był w stanie zrealizować swojej myśli, nadać jej realnego kształtu, to nie miałaby ona żadnego znaczenia.

    Jest w pana autobiografii, moment szczególny, kiedy przyznaje się pan do doświadczenia zmniejszenia rozmiaru Krakowa po powrocie z Nowego Jorku. Kiedy wyjeżdżał pan z Krakowa, wyjeżdżał pan z jakiegoś epicentrum wszechrzeczy, a powraca pan tam po latach i nagle to miejsce ma inny wymiar.

    To jest rzecz naturalna, której wszyscy doświadczamy w dzieciństwie... Ale tu chodzi o to, że dla pewnych ludzi Kraków zawsze był i będzie pępkiem świata. Jako stary Krakus mogę to powiedzieć. Ale trzeba się jakoś z tego swojego kociołka wydostać. Powodem, dla którego wyjechałem, i dla którego rodzice wypchnęli mnie w świat, było m.in. to, abym się spełnił, poznał świat, zobaczył, jak to wszystko wygląda, jak inni ludzie myślą, abym zobaczył wielkie dzieła sztuki - w rzeczywistości, a nie z reprodukcji! To wszystko miało dla mnie kolosalne znaczenie. Jako młody chłopak nie miałem możliwości obejrzenia wielkich dzieł sztuki, bo w muzeach nie mieli niczego poza "Damą z łasiczką", która przypadkowo wylądowała w Krakowie. Niczego nie było. Zarówno jeśli chodzi o sztukę klasyczną, jak i nowoczesną. Nikt się tym specjalnie nie interesował, nie było w ogóle pomysłu tworzenia wielkich muzeów, czy kolekcjonowania sztuki, ani ludzi, którzy te dzieła mogliby kupować. Tak było nie tylko za komuny, ale też przed wojną. Przyjechałem do Stanów, siedzę w Nowym Jorku, mam do dyspozycji wielkie muzea, wszystko, o czym marzyłem i mnie do tego ciągnie. Ja chcę po prostu oglądać, oglądać, oglądać... A moi koledzy, Amerykanie, nie wykazywali wielkiego zainteresowania i kiedy im mówiłem, że idę do Metropolitan na przykład, to patrzyli na mnie jak na wariata. Mówiłem im: jesteście młodymi artystami, chcecie studiować sztukę, a więc co? Zależy wam jedynie na papierku? Żeby wam ktoś dyplom dał z sygnaturą: oto jesteś artystą?! Trzeba to chłonąć, trzeba to wszystko oglądać. I to jest ta różnica - ten głód, ta potrzeba, która z jednej strony była spowodowana realiami politycznymi, a z drugiej strony moją osobistą podświadomą potrzebą pochłaniania, uczenia się, doświadczania. I wracamy znowu do kontrastu pomiędzy wychowaniem i edukacją tutaj w Polsce, a późniejszym życiem i umiejętnością wymieszania tego wszystkiego, połączenia w jakiś sposób.

    Jak pan patrzy na Polskę dzisiaj, kiedy spotykamy się w Warszawie w 2017 r.?

    Polska jest w tej chwili jak każdy inny kraj. Nie będę wchodził w politykę, bo po co? Ludzie mają w tej chwili dostęp do wszystkiego i to jest cudowna sprawa. Już nie można tłumaczyć się: ty robisz lepsze zdjęcia, bo masz lepszy aparat, ciebie na to stać, a nas nie. Te rozmowy, które odbywały się tu w latach 70., 80., kiedy zacząłem przyjeżdżać, spotykać się z moimi kolegami. Patrzyli na mnie podejrzliwie, wielcy młodzi artyści, a ja w Ameryce - zarabiam, do tego pracuje w reklamie... Pamiętam, gdy w czasie studiów pracowałem jako kelner. To też było problemem: "ty, artysta z Krakowa, pracujesz jako kelner?!". Moi profesorowie, na których patrzyłem jak na bogów, nie mogli zrozumieć, że zajmuję się fotografią: "Czyś ty zwariował? Porzuciłeś pędzel? Fotografia? Jakie to ma w ogóle znaczenie?" .

    Degradacja.

    Tak, tak. Dzięki Bogu, nie brałem sobie tego do serca. Było mi jedynie przykro, że ludzie,              z którymi się wychowałem, którzy byli szalenie uzdolnieni, inteligentni, wyedukowani, widzą świat w sposób bardzo wąski, ograniczony.

    Ale to jest ta różnica doświadczeń, prawda?

    Oni nie byli w stanie tego doświadczyć, ponieważ ich nie wypuszczali na zewnątrz. W tej chwili ludzie podróżują bez przerwy. Nie boją się tego. Mają dostęp do wszystkiego, więc nie ma żadnych wymówek. W związku z tym ci, którzy mają jakieś aspiracje, mają talent, potrafią coś ze sobą robić, mają idealne warunki ku temu. Ta różnica została zupełnie zniwelowana.

    horowitz_4-min

    Czy Polska jest zatem interesująca dla pana?

    Owszem. Jest interesująca, bo spotkałem tu mnóstwo wspaniałych ludzi i bardzo dobrze się wśród nich czuję. Często żałuję, że nie mam ich na co dzień, no ale widujemy się - ja przyjeżdżam tu, oni przyjeżdżają tam. W tej chwili cały świat jest zupełnie otwarty. I to jest bardzo fajne, że te różnice się zatarły.

    Ostatnie pytanie - jak się panu udało ocalić przyjaźnie? To pytanie stawiam po wczorajszym wernisażu pana prac zrealizowanych dla Forda, kiedy spotkaliśmy tu naprawdę pokaźną grupę ludzi związanych z panem od dekad. Gdy ma się to doświadczenie emigracyjne, ma się doświadczenie spektakularnego, międzynarodowego sukcesu - jak się panu udało ocalić te przyjaźnie?

    Szczęśliwie się złożyło, że wychowałem się wśród bardzo fajnych ludzi, tu się nic nie zmieniło i jest to fantastyczne. Robi to na mnie ogromne wrażenie. Amerykanie są w stałym ruchu, podróżują szukając pracy, całe rodziny zmieniają miejsce zamieszkania kilkanaście razy w ciągu życia, a tutaj ludzie sobie po prostu.. siedzą. Tak to wygląda z mojej perspektywy. Tu mogę zaznać tej stałości. Niezwykle sympatyczne jest to, że po tylu latach wspólna radość i wspomnienia mają jakieś znaczenie. Od czasu do czasu ciągnie mnie, żeby wracać, rozmawiać z ludźmi, mieć jakiś kontakt z nimi. To jest wspaniałe w Polakach.

     

    fot.: Monika Szałek

    Galeria
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere