• Współpraca
  • O nas
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Katarzyna Zdanowicz

    Od 2012 roku pracuje w TVN24. W CV ma też „Gazetę Wyborczą” Polskie Radio PiK, Radio Gra, Polsat i Polsat News. Lubi kawę i rozmowy. Nie kończy na jednym pytaniu, ale unika ludzi, którzy mówią bez końca. Jest też uzależniona od newsa i książek. Nie lubi marnować czasu i brzydzi się plotami.


    Trudne początki narciarstwa

    2018-02-06
    W te ferie nie było wyboru. Chciałam pojechać w ciepłe kraje, ale usłyszałam od mojego syna, że „ferie są od tego, by jeździć tam, gdzie jest śnieg”. Klamka zapadła.

    Zrezygnowałam z pięknie słonecznego miejsca i zarezerwowałam równie piękne, urokliwe, aczkolwiek zimne miejsce. Od tamtej pory zaczęły się przygotowania. Najlepiej szło nam w sklepie, wybierając strój narciarski. Najwięcej czasu zajął wybór czapki. Wytyczne były jasne. Ma być puchata, ciepła i jak najbardziej kolorowa. Stanęło na granatowej, bo wszystkie inne były dla dziewczyn. Na otarcie łez miała wielki żółty pompon. Ruszyliśmy zacząć swoją narciarska przygodę. Podróż była pełna ekscytacji, do hasła „jutro rano idziesz do szkółki uczyć się jeździć na nartach”. W lusterku od razu zobaczyłam szklane oczy dziecka. Długo nie musiałam się na nawet przyglądać. Mieszanka rozpaczy ze złością była tak wielka, że w aucie od razu rozległ się piskliwy głos. „To nie fair. Miałem odpocząć do szkoły. A teraz muszę iść do następnej”. Sytuację udało się w miarę szybko opanować. Przekonać, że tak trzeba, że to nie szkoła, a zabawa. Ponieważ dotarliśmy w poniedziałek wieczorem, na pierwsze swoje zajęcia poszedł we wtorek. Żeby dołączyć do grupy, musiał nadrobić jeden stracony dzień. Wtedy pojawił się kolejny kryzys. Dzieci jeździły pewniej, szybciej, nie przewracały się. Zupełniej inaczej niż mój syn. Płacz przeplatał się ze złością, atakiem histerii. Ponieważ nie należę do matek ckliwych, nazbyt opiekuńczych, możliwe było tylko jedno hasło - „nie poddajemy się”. Ostatni kryzys był przed wjazdem na prawdziwy stok. Po godzinie tłumaczenia w końcu rozwiałam jego katastroficznej wizje. Pojechał. Odetchnęłam z ulgą. Schodzę do knajpy na stoku i widzę ten sam obraz. Dziecko zawodzi, jakby je obdzierali ze skóry, ojciec najpierw łagodnie, później z coraz mniejszą cierpliwością tłumaczy synowi, że nie będzie siedział cały tydzień w hotelu. Nie wiem jak ostatecznie mu poszło, bo przyspieszyłam kroku. Potrzebowałam odrobiny ciszy. Na niewiele się to zdało, bo tuż za rogiem kolejny ojciec gonił czterolatka, który uciekał prosto przed siebie, nie zważając na wracających ze stoku narciarzu. Bezradny mężczyzna powtarzał w kółko „ach ta mała, uparta kanalia”. Kiedy w końcu dotarłam do knajpy, zamówiłam grzane wino, usiadłam i rozejrzałam się po sali. Od razu zrozumiałam, skąd się bierze tylu siwych ojców.

    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Przeczytaj również
    Reklama
    reklama Anywhere