• Współpraca
  • O nas
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Magdalena Juszczyk

    Dziennikarka radiowa i telewizyjna. Zaczynała w Radiu Jazz z serwisem kulturalnym "HeyNow na miasto". Potem było Radio PiN, codzienny "Kalkulator kulturalny" i wywiady z osobowościami świata kultury. Radiowa Dwójka stała się na kilka lat miejscem jej cotygodniowych spotkań z twórcami w cyklu "W Dwójce raźniej". Za emitowany w Telewizji Kino Polska "Program obowiązkowy" nominowana była w 2017 r. do nagród PISF-u. Ma maturę, magistra, kartę mikrofonową i prawo jazdy kategorii B. Lubi rowery z RFN-u, stylowe motocykle wraz z ich jeźdźcami, a do szybowca wsiada na jedno zawołanie.

    Michał Czernecki: Mistrz iluzji

    2018-01-14
    W teatrze Michał Czernecki jest maksymalistą, ale metoda Stanisławskiego budzi w nim sprzeciw. W aktorstwie nie potrzebuje mistycyzmu, a rzemiosła, w którym bez końca chce się doskonalić. Bez dotknięć absolutu i rządu dusz pragnie być mistrzem iluzji, która uwiedzie publiczność.

    W kinie zaskakujesz lawirowaniem od komedii po dramat, od wygłupu po jakąś bardzo poważną rolę, od warunków amanta po warunki ciapy życiowej. Ale niezwykle ciekawie się robi, jeśli zajrzeć w twoje karty teatralne. Czy ty potrzebujesz właśnie takiej zmiany urodzaju?

    Moje teatralne dzieje potoczyły się, jak się potoczyły, bo dokonałem takiego wyboru. Poróżniliśmy się z Tadeuszem Słobodziankiem w Teatrze Dramatycznym i na kilka lat nas rozdzieliła ta artystyczna bądź co bądź kłótnia czy niesnaska. Teraz w teatrze nie chcę robić byle czego i nie chcę robić jakiegokolwiek teatru. Przewinąłem się przez wiele teatrów, pracowałem i z Krystianem Lupą, i z Majką Kleczewską...

    ...I z Zadarą, i z Miśkiewiczem.

    I to są tak odrębne wszechświaty! Jako czterdziestolatek wiem już, jakiego teatru nie chciałbym robić, a wiem też coraz bardziej, jaki bym chciał. Jeżeli wrócę do teatru, to chciałbym pracować z Ondrejem Spišákiem.

    Zrobiliście parę udanych rzeczy. Przypomnijmy: „Młody Stalin”, „Prorok Ilja”, „Nasza klasa”, „Merlin. Inna historia”... I to wszystko można było oglądać w Teatrze Dramatycznym w Warszawie.

    Już nie można, właśnie z tych powodów, o których powiedzieliśmy przed chwilą. Ale powrót do teatru będzie mi prędzej czy później potrzebny. To jest taki rodzaj ekspresji i taki rodzaj spotkania „online”, w którym wszystko się może zdarzyć, wszystko się dzieje tu i teraz, a ja jestem człowiekiem mocno relacyjnym. Wchodzę w relacje i teatr mi to zapewnia. Na planie jest odrobinę inaczej. Spotykamy się jednorazowo, można dokonać korekt, takich czysto rzemieślniczych. Ale ostateczny rezultat pracy, który do widzów dociera, jest w dużym stopniu od nas niezależny. Film tworzy montaż, to jest rytm, ktoś wybiera duble, które jemu się bardziej podobają...

    Jesteś poza pracą nad kształtem ostatecznym.

    Ale czy teatr za wszelką cenę? Chyba nie. Ja chciałbym robić taki teatr, jaki robi Ondrej... On jest wspaniałym rzemieślnikiem, a do tego ma nieprawdopodobny dystans do świata i poczucie humoru. Wszystko jest w tych spektaklach, zawsze. I one są oparte wyłącznie na aktorze. Ondrej proponuje nam pewien świat i potrzebuje nas ze wszystkim, czego się nauczyliśmy w szkole, w życiu. Potrzebuje pełnej naszej dyspozycji aktorskiej i ludzkiej. I taki teatr to ja rozumiem! Do takiego chciałbym wrócić. Inny mi się, prawdę mówiąc, nie marzy.

    czernecki_5

    To dla mnie zaskakujące, bo przecież w teatrze zatrudniali cię mistrzowie, wspomniany Lupa, ale też Wajda, który jeszcze na studiach zaprosił cię do spektaklu, i Krzysztof Globisz. To są nazwiska istotne dla kultury w Polsce. Ty przywołujesz Spišáka, mając świadomość, że nie jest to nazwisko gorące, z pierwszych stron vademecum teatru polskiego. To jest ważne, żeby sobie znaleźć taki świat artystów, z którymi jest ci po drodze?

    Myślę, że tak. Nie daję się już nabrać na „wielką artystyczną rodzinę” i na to, że każdy projekt jest „naszym wielkim wspólnym wyzwaniem”. Oczywiście, tak bywa. I w przypadku Ondreja za każdym razem tak było. Jest różnica pomiędzy demiurgami teatru, którzy są nimi często tylko z nazwy, a ludźmi, którzy biorą pełną odpowiedzialność za historię, jaką staramy się opowiedzieć. Ta historia jest priorytetem, niezależnie od tego, jakich gwiazd byśmy w obsadzie nie mieli i w jakim miejscu na świecie byśmy nie pracowali – czy to byłby teatr w Moskwie, Bratysławie, Petersburgu czy w Warszawie. Historia ma się opowiedzieć.

    Człowiekiem, który próbował opowiedzieć szekspirowską historię na nowo, był Łukasz Barczyk. Zaprosił cię do tej chyba najszlachetniejszej dla aktora roli. Byłeś tuż po ukończeniu krakowskiej szkoły teatralnej... W „Hamlecie” spotkałeś się z Zapasiewiczem, Gajosem, całkiem legalnie nienawidziłeś Grażyny Szapołowskiej i zaciskałeś jej ręce na szyi... Byłeś bardzo chwalony w tym kontrowersyjnym spektaklu.

    Akurat „Hamlet” to jest przedstawienie, które w moim rozumieniu nie do końca się udało... Albo nie udało się doszczętnie. Miałem poczucie zupełnej klęski. Oto zderzyłem się z archetypem i poniosłem sromotną porażkę, ponieważ byłem kompletnie do tego nieprzygotowany. Ktoś, a ściślej reżyser, nie wyciągnął ręki, tylko zostawił mnie z tym sam na sam. Ja się po tym bardzo długo nie mogłem podnieść, także psychicznie. Nie było żadnych prób, o czym nie wolno nam było mówić (ale teraz już można). W głowie Łukasza to się pewnie tak ułożyło: obsada marzeń plus Wieliczka, plus Paweł Edelman – i to się wszystko samo złoży. Otóż nie złożyło się i każdy grał inny spektakl. Z mojej strony nic nie było zagrane, tylko przeżyte, sięgałem po jakieś swoje wewnętrzne rzeczy, żeby cokolwiek uwiarygodnić w jakimś zupełnym poczuciu bezradności i desperacji. Natomiast zobaczenie w tym spektaklu Janusza Gajosa, który jest aktorsko bezradny – to był dla mnie szok. Naprawdę, duży szok. Widziałem go w scenie, w której Klaudiusz się modli, i pomyślałem sobie, że nie dostał od reżysera nic. Nic a nic. Musiał to zrobić sam. I każdy z tych aktorów, którzy tam byli, Jan Frycz, Janusz Gajos i Zbigniew Zapasiewicz, każdy z nich na własną rękę ratował się swoim ogromnym doświadczeniem. Ja nie miałem żadnego doświadczenia, ani środków, ani wsparcia, no i wyszło, jak wyszło. Powstał spektakl, który nie opowiada jednej spójnej historii.

    A zatem coś, co miało być spektakularnym „wielkim wow”, kończy się według ciebie sromotną porażką. Czy to nie jest ekwipunek na całe życie zawodowe? Wyposażenie, które zapobiega „odbijaniu wody sodowej”?

    Chyba tak. W jakimś wywiadzie powiedziałem, że zawsze miałem pod górkę. Nie do końca jest tak, ale zawsze to, co sobie wyobrażałem, że będzie jasną, prostą drogą, okazywało się drogą krętą, nie na skróty, pod górkę. Np. mój debiut w Starym Teatrze... Napisałem zresztą o tym pracę magisterską. Robiliśmy przedstawienie Marka Ravenhilla „Polaroidy. Kilka ostrych zdjęć”. Taki niemiecki brutalizm. Ale to był... brutalizm krakowski – grzeczny, zawoalowany...

    czernecki_4

    Przedstawienie docenione na festiwalu w Kaliszu.

    Doszło do zmiany reżysera w jakichś bardzo dramatycznych okolicznościach. Byliśmy sfrustrowani do granic możliwości. Sztukę, którą powinno się zrobić w miesiąc, robiliśmy chyba w trzy. To się finalnie jakoś spięło, ale wyszła z tego taka hybryda – nie chcę już wnikać w szczegóły. Mnie się oczy otwierały ze zdziwienia. Pomyślałem, że jak to tak ma wyglądać w teatrze, to ja nie wiem, czy w ogóle chcę się w to angażować. A lepiej już przecież być nie mogło! Stary Teatr, z olbrzymim zapleczem, już pewnie tylko Narodowy jest wyżej. I potem w tym Starym Teatrze, za dyrekcji Mikołaja Grabowskiego, takie rzeczy były na porządku dziennym: nie było premier, były odwoływane, ktoś wyjeżdżał w trakcie, proponowano mi coś, potem to odbierano. W ciągu tych trzech pierwszych lat – tyle tam byłem na etacie – doświadczyłem bardzo skrajnych emocji. To było pasmo jakichś zupełnie wykluczających się nawzajem doznań. Nieprawdopodobna szarpanina. Zacytuję film, w którym grałem, „Planetę singli”: „Nie zawsze to, czego chcesz, to jest to, co jest ci potrzebne”.

    To prawda, muszę przyznać, choć filmu nie cenię.

    Mocne zdanie i wydaje mi się, że jakoś konstytuuje to, co ja o świecie myślę jako Michał, i to, jak chcę w tym zawodzie funkcjonować. Chociaż bardziej chyba wiem, jak nie chcę. David Mamet napisał moją ulubioną książkę „Prawda i fałsz. Herezja i zdrowy rozsądek w aktorstwie” – najszczerszą i w mojej opinii jedyną rzetelną o tym zawodzie. Jedno z pierwszych zdań, które tam przeczytałem, a wydaje się być ono kluczowe, jest o tym, że Stanisławski przyszedł do teatru jako osoba zamożna. Nie musiał walczyć o życie w teatrze. Wymyślił sobie całą tę nadbudowę, a wszyscy się na to złapali. Ale wydaje mi się, że my nie musimy w tym zawodzie niczego poczuć, ani w nic uwierzyć. To wy macie uwierzyć, a nie my, bo my jesteśmy mistrzami iluzji. Chodzi o iluzję, a nie o to, żeby dać się zwariować, bo domy wariatów są pełne ludzi, którzy „w coś wierzą” i „coś poczuli”.

    Życie też jest pełne aktorów, którzy nie udźwignęli tego ciężaru, tej konfrontacji.

    Albo dźwigają na przykład jedną rzecz przez całe życie, taką, którą im włożono, albo oni sami sobie nałożyli na plecy. Przykro patrzeć, kiedy człowiek, który ma do dyspozycji nieskończoną partyturę (a każdy z nas ją ma), paletę emocji, zamknięty jest tylko w czterech klawiszach. Myślę sobie, że to jest pewnie jakiś pomysł marketingowy, i to może się sprawdza, ale mnie takie coś nie interesuje, bo mnie ogranicza. Śmieszy mnie ta metoda Stanisławskiego, to wywlekanie z siebie flaków...

    Ja jednak chciałabym, aby ta trudna przeprawa, jaką jest granie postaci, jakiejś niesamowitej i niezwykłej, aby to was też coś kosztowało, żeby to było doświadczenie zmieniające was, aktorów.

    Ale wydaje mi się, że jedno z drugim w ogóle się nie wyklucza. To nie jest tak, że wychodzisz i mówisz tekst „na biało”. To nie tak. Mnie chodzi o to, żeby sobie nie „wkręcać” całej tej historii i tych monologów wewnętrznych. To co mówisz jest fajne, tylko że ten spektakl trzeba zagrać 10 razy w miesiącu i nie zwariować po tym. Jak się zabieramy za Szekspira, to wiemy, że ta historia jest napisana dobrze albo doskonale, czyli nic tam nie trzeba dodawać. Więc jeżeli scenariusz jest dobrze napisany, to twoje aktorstwo mu nie zaszkodzi. A jeżeli jest źle napisany, to mu też nie pomoże. Wiele razy tego doświadczyłem. I próbowałem złe scenariusze jakoś uwiarygodnić swoją grą aktorską, czyli dodawać tam tony emocji. Umiejscawianie aktora i obciążanie go czymś więcej niż tylko grą jest zbrodnią. Jest odbieraniem mu godności wykonywania tego zawodu. Jest też odbieraniem widzowi przyjemności z doświadczania tej historii i możliwości pewnej metafory oraz wzięcia tej historii na siebie.

    czernecki_2

    Porównam teraz twój zawód do zawodu lekarza – chirurga. Jeżeli przyjrzeć się walorom intelektualnym ludzi, którzy operują pacjentów, to też są w gruncie rzeczy dwie drogi. Można wykonywać te zabiegi bardzo mechanicznie – bardzo dobrze, ale mechanicznie. Albo być humanistą w tym zawodzie, rozwijającym się na wielu płaszczyznach. Czy aby być takim humanistą, rozwijającym się na wielu płaszczyznach, musiałeś sam nad sobą pracować, czy szkoła aktorska przygotowuje do tego, by wiedzieć, jakie książki o zawodzie czytać, gdzie pogłębiać siebie jako człowieka idącego na zderzenie, jakim jest rola?

    Szkoła przygotowuje, o ile masz szczęście trafić na właściwych ludzi. Ja chyba na właściwszych nie mogłem trafić w Krakowie. Taki punkt startowy w tym zawodzie dał mi Krzysztof Globisz. To jest dla mnie bezcenne spotkanie i wydaje mi się, że bez tego byłoby mi ciężko. Jeśli jesteś uważnym obserwatorem, jesteś w dobrym kontakcie z sobą samym, to szkoła daje też bardzo wiele wzorców negatywnych. To znaczy, po iluś tam semestrach wiesz, że na pewno takiego teatru i w taki sposób nie chcesz robić. Ja miałem tyle szczęścia, że oprócz selekcji negatywnej była też pozytywna – patrzyłem na kogoś i wiedziałem, że tak chciałbym grać. Nasz dyplom, „Maestro”, był chyba jednym z najlepszych przedstawień, w jakich kiedykolwiek grałem. Krzysiek Globisz zrobił rzecz trochę diabelską, ponieważ zafundował nam w tym przedstawieniu pewnego rodzaju szczepionkę. Kompletnie nie wiedzieliśmy wtedy, w czym gramy, o czym jest to przedstawienie. Bawiliśmy się doskonale. 50 minut spektaklu, który pędził do przodu jak syberyjski ekspres, i nie braliśmy tam rannych, i wszystko było super. Nawet to, że byliśmy zmęczeni. Było pięknie! Byliśmy radośni, bo skupialiśmy się na samej grze. Ja ten spektakl obejrzałem z Piotrkiem Jędrzejkiem po pięciu latach od skończenia szkoły i... nie mogłem przestać się trząść. Obaj płakaliśmy. Miałem bardzo mocne przeświadczenie, że wszystko, o czym w tym spektaklu jest mowa, przez te pięć lat już mnie w zawodzie spotkało. Nie wiedziałem tych rzeczy, robiąc spektakl. Wydaje mi się, że gdybyśmy go grali teraz, to byłby on nieznośny. Mógł być zagrany tylko wtedy, gdy nie mieliśmy żadnej świadomości, na czym ten zawód polega.

    Kiedy byliście w jakimś sensie głupi?

    Tak. Głupsi. Teraz, mądrzejszy o tę wiedzę, myślę, że dziś nie mam dostępu do świata zawartego w tym spektaklu.

    Niesamowite. Wspaniałe też.

    Wspaniałe. Zrozumiałem na przykład, dlaczego Krzysztof, zresztą to się zdarzało dosyć często na próbach, w połowie wstawał zapłakany i mówił: słuchajcie, ja już nie dam rady dzisiaj obejrzeć do końca, grajcie tak, jak gracie, bo robicie to pięknie. I szedł do domu. To było bardzo poruszające. Wtedy mieliśmy takie przeświadczenie, jakie potem miałem tylko z Ondrejem, że jesteśmy w jednej drużynie. Stworzyliśmy wtedy świat, o którym on z perspektywy 30 czy 25 lat w zawodzie wszystko już wiedział. Widział, że my to robimy tak naiwnie, z taką radością, entuzjazmem grania i tworzenia tego świata. A on już miał wiedzę o piętro wyżej.

    A wy jeszcze na tej żarliwości...

    Tak. Tym bardziej to było dojmujące. Sukces tego przedstawienia na festiwalach szkół teatralnych był dla nas piorunujący. Bo zdarzało się w Krakowie, że graliśmy dla trzech osób, recenzje były takie sobie, np. że szukali formy, a znaleźli foremkę, itp. Pojechaliśmy do Łodzi na Festiwal Szkół Teatralnych, a tam zostaliśmy przyjęci frenetycznie, naprawdę! Gdy patrzyłem na swoich kolegów obok – wszyscy mieli łzy w oczach. Wychodziliśmy się kłaniać ze 12 razy. Ja czegoś takiego nie przeżyłem w teatrze chyba nigdy.

    czernecki_3

    Był taki moment wcześniej w naszej rozmowie, kiedy poczułam się również wzruszona, kiedy mówiłeś o zespołowości. Jak ważne jest dla ciebie bycie częścią zespołu, a na ile jesteś indywidualistą?

    Wydaje mi się, że wspólnota wcale nie musi oznaczać jednakowości, to znaczy, że wspólnota jest tym ciekawsza, im bardziej jest różnorodna. Im ta wspólnota pojemniejsza jest dla temperamentu, dla wrażliwości każdego z nas, to mamy to, o co chodzi. Bo wtedy przedstawienie jest pełne, jest jakieś niezwykłe spotkanie ludzkie, które, nie ma siły, oddziałuje też na was – widzów.

    Czy film ma szansę wywołać w tobie tyle namiętności? Czy w kinie masz jeszcze cały czas „rozbiegówkę”?

    Nie wiem. To chyba nie mnie o tym mówić. Wydaje mi się, że „Wojną polsko-ruską” zrobiłem polskiemu kinu mocną rysę na tym monolicie. Myślę, że to wynikło też z pracy zespołowej, ze spotkań z ludźmi, z Borysem Szycem, z Xawerym Żuławskim przede wszystkim, reżyserem, który nas do tego filmu zaprosił. I to jest naprawdę wielka przyjemność, móc tego swojego aktora we wnętrzu rozbisurmanić i rozpuścić. Wszystkie potencjometry były tam odkręcone na maks. Nikt nie miał uwag, że jest za dużo czegoś. To, co robiła Sonia Bohosiewicz na przykład... Ale Xawery jest właśnie takim człowiekiem, że on wymaga od nas grania, ja bym to nazwał, kreacyjnego. To nie jest pitu, pitu pod nosem, to nie jest mały realizm. My mieliśmy setny ubaw z tego, co sami robiliśmy. Między dublami po prostu pokładaliśmy się ze śmiechu. No, ale to jest genialnie napisane przez Dorotę Masłowską, a potem jeszcze film „stuningowany” przez Xawerego!

    Porozmawiajmy o innym, dość szczególnym projekcie – o „Uchu prezesa”. Gratuluję ci postaci prezesa telewizji. Czy to wymagało od ciebie towarzyskich kompetencji, innych niż stosowane dotychczas na planie filmowym, czy też jakichś nowych chwytów warsztatowych? Jak się tworzy taką postać pod batutą Kabaretu Moralnego Niepokoju?

    To po prostu był bardzo dobry scenariusz. Kwestie polityczne interesują mnie najmniej, ponieważ się na tym nie znam.

    Ale chyba jesteś świadomy sytuacji politycznej?

    Szczątkowo, tak. Dla mnie barwy, w których oni występują, nie mają znaczenia, bo tu chodzi tylko o zamach na kasę w większym lub mniejszym stopniu. Polityka działa tak, że albo grasz w tę brudną grę znaczonymi kartami, albo cię tam po prostu nie ma. Ten Jacek nie wymagał ode mnie jakiegoś stawania na głowie. Dopiero zaczynam wnosić w niego pewną lekkość życia. Teraz dużo swobodniej mogę korzystać i z tych jaśniejszych „klawiszy”, i z tych ciemniejszych. Zawsze marzyłem o kabarecie. Bardzo chciałem poznać chłopaków z Moralnego Niepokoju. Ta współpraca była naturalnym wynikiem znajomości z Robertem. Oni są doskonałymi rzemieślnikami i to nie jest przypadek, że odnieśli taki sukces. To jest znakomity materiał komediowy i przyjęliśmy to bez żadnych poprawek.

    Ale zagrane jest to środkami, możliwościami, warsztatem, a nie doczepianymi nosami.
    Dzięki lekkości, możemy śmiać się z przywar, a nie z osób. Bo jak zaczniemy się natrząsać z osób, to jesteśmy w jakimś małym, gównianym kabareciku. To jest naprawdę subtelna ironia. Momentami jest też tak, że odechciewa się śmiać. To jest mocna rzecz.

    czernecki_1

    Teraz są ogromne apetyty na kino historyczne, a w tym kinie bardzo potrzebni są mężczyźni o klasycznej urodzie, pięknie prezentujący się w mundurze. To właśnie ty. Dałeś tego dowód nie raz. Myślisz, że poprzestanie na takim właśnie prostym skojarzeniu, to jest szuflada, która cię okroi i uczyni biedniejszym, czy chętnie znów zagrasz?

    No pewnie. Dzielę aktorów na tych, którzy pracują, i tych, którzy nie pracują. Jedyny sensowny podział w tym zawodzie. Jeżeli ktoś próbuje to komplikować, to albo nie wie, na czym polega jego specyfika, albo jeszcze to do niego nie przyszło – chude lata na przykład. I wydaje mi się, że na te chude lata można sobie pozwolić, kiedy się nie ma rodziny i można wypić herbatę oraz zjeść herbatniki za 2,50 zł, i też jest ok.

    Co też jest ważnym doświadczeniem.

    Na pewno. Przeszedłem przez to, wiem, że tak może być i można dać radę, ale ja po prostu nie chcę sobie wszystkiego odmawiać do końca życia. A tak było, że z żoną i dziećmi musieliśmy sobie odmawiać wielu rzeczy. Czasami usprawiedliwieniem była wielka sztuka, a czasami nie. I wszelkie radykalne sądy na temat aktorstwa wydają mi się naiwne, a na pewno zbędne. Wydaje mi się, że to jest taki specyficzny zawód, w którym nie ma przypadkowych obsad. W ogóle w życiu nic się nie dzieje przypadkowo, a w tym zawodzie jesteś na wolnym rynku i albo się pogodzisz z tym, że niczego tu nie kontrolujesz i na nic nie masz wpływu, możesz poczekać na wodzie, dokąd cię prąd poniesie (i to podejście jest mi bliższe), albo – i tak też robiłem – możesz zagłębić się pod spód i ryć te kanaliki, i próbować coś wyszarpnąć. Mnie się już tak nie chce. Z tego też są niewielkie profity, a życie jest wtedy dużo trudniejsze. Ostatnio myślałem o tym, co robiłem w teatrze, co w filmie, i gdyby tak miało być, że nigdy więcej nic bym nie zrobił w poważnym kinie, czy w poważnym teatrze, to patrząc wstecz, jestem zadowolony z tego, co dotąd zagrałem. Gdyby tak miało być, że dzięki pracy w serialach i telenowelach wykształcę moje dzieci i dam im to, co rodzice dać powinni, czyli bezpieczeństwo, o które w tym zawodzie naprawdę jest trudno, to byłoby mi to w smak.

     

    Rozmawiała Magdalena Juszczyk

    Galeria
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere